Inną podobną sprawą było odkrycie niemieckiego lekarza-praktyka I. Semmelweisa w dziedzinie bakteriologii, który naka- zywał rygorystyczne utrzymywanie higieny przy porodach aby uniknąć gorączki połogowej. Był postponowany i ośmieszany przez ówczesnych luminarzy wiedzy medycznej. Dopiero wsta- wiennictwo B. Pascala, cieszącego się powszechnym autorytetem, zmieniło ten stan rzeczy.

Niefortunne sąsiedztwo strachu i wesołości

Przejdźmy do spraw bardziej związanych z życiem codzien- nym. Opowiadał mi kiedyś mój przyjaciel mieszkający w pagór- kowatym Wałbrzychu, jak wielką wesołość pasażerów autobusu wzbudził spóźniony mężczyzna, który kurczowo trzymając kubek z kawą rozpaczliwie gonił odjeżdżający z przystanku ich auto- bus. Wesołość jednak natychmiast prysła gdy któryś z pasażerów zawołał: przecież to nasz kierowca!

Chcę zauważyć, że strach i wesołość wzajemnie likwidują się, nie mogą występować razem na pierwszym planie samoświado- mości człowieka. Dlatego w wielu ustrojach społecznych tak moc- no jest ścigana anegdota i satyra polityczna. Pomniejsza bowiem strach, który jest niezbędnym narzędziem władzy, gdy władza nie ma dostatecznego autorytetu i przymusem buduje swój „autory- tet”, czasem nawet w postaci kultu jednostki.

Pamiętam anegdotyczną, choć równie prawdziwą wiadomość. Otóż Gazeta Wyborcza z 23-go czerwca 2006 informowała: Po 15 miesiącach żmudnego śledztwa warszawska prokuratura ustali- ła, że dziennikarze tygodnika „Przekrój” dopuścili się znieważenia funkcjonariusza publicznego za pomocą słowa na „d”. Staną przed sądem za to, że w tytule tekstu Podupadły prokurator użyli słowa „podupadły”. Nie byłoby w tym nic obraźliwego, bo przecież także prokurator może mieć problemy, na przykład natury gos- podarczej. Prokuratura nie poradziłaby chyba sobie bez pomocy językoznawcy dra R. Pawelca z polonistyki UW, który zwrócił u- wagę na fakt, że litery w słowie podupadły, składające się na sło- wo „podły”, zostały podcieniowane, przez co słowo na „d” wyłoniło się w całej okazałości i dostojeństwie.

W zamierzchłych latach, kiedy Jerzy Urban był jeszcze pow- szechnie lubianym dziennikarzem i felietonistą, opisywał czasem zabawne wydarzenia z pyskówek sądowych. Otóż pewien docent, mieszkający we wspólnym bloku, drażnił sąsiadów swoją wynios- łością i zarozumiałością. Poczuł się dogłębnie urażony gdy jeden z sąsiadów nazwał swego nowonabytego psa-boksera

Pages: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83