Można chyba powiedzieć, że czyniący zło są jego czynnymi ofiarami, a pokrzywdzeni są ofiarami biernymi. W tym ujęciu walka ze złem, aby oszczędzić cierpień krzywdzonym, wymaga szczególnego zajęcia się czynnymi ofiarami zła. Niewątpliwie po- trzebne są do tego rozległe badania psychologiczne, prawne i organizacyjne.

Rocznica zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki dziwnym trafem zbiegła się w czasie z debatą w sejmie polskim nad przywróce- niem kary śmierci. Debata ta może kojarzyć się z paleniem cza- rownic. Uważano przecież wówczas, że cierpienie jest zadawane szatanowi, który opętał człowieka, a człowiek ginie niejako „przy okazji”, bo nie da się inaczej przepędzić szatana. Podobno w po- czątkowym stadium komputeryzacji, gdy systemowi zadano pyta- nie jak zwalczyć raka, odpowiedź brzmiala: uśmiercić pacjenta. Jeszcze dziś niektórzy egzorcyści sądzą że zły duch, który opętał człowieka, jest bardziej niż człowiek podatny na ból. Zadawanie bólu opętanemu (może także elektrowstrząsami, bo przecież żyje- my w czasach rozwiniętej techniki) pomaga w pozbyciu się demo- na.

Czytałem gdzieś, że w którymś z prymitywnych krajów karę śmierci dawniej wykonywano przez „rozerwanie”, przywiązując nogi ofiary do wierzchołków dwóch nagiętych młodych drzew. Po- stęp techniczny usprawnił tę kaźń, gdyż zamiast drzew używa się teraz dwóch traktorów.

Zwolennicy kary śmierci są zaślepieni owym rezonansem e- mocjonalnym. Mają na ustach słowa „sprawiedliwość” i „bezpie- czeństwo”. A przecież oba te wymagania mogą być spełnione bez pozbawiania życia czynnych ofiar zła.

Zachowanie bezpieczeństwa jest oczywiście istotną sprawą. Tu jest właśnie olbrzymi ugór, pole dla polityków, psychologów i prawników. Czynne ofiary zła nie powinne być ciężarem dla spo- łeczeństwa. Gdy są zdrowi mogą zarabiać na swoje utrzymanie pracując w godziwych warunkach lecz będąc pozbawionymi mo- żliwości krzywdzenia innych. Chyba w tym kierunku będą prze- biegać zmiany w systemie penitencjarnym. Szczególną uwagę należałoby poświęcić osobom ze złogennymi obciążeniami dzie- dzicznymi.

Wyzwolenie

Ostatnio kupiłem ciekawą książkę pt. Wyzwolenie, autorstwa Zbigniewa Jana Popko. Zaskoczył mnie brak daty wydania (w internecie sprawdziłem, że chodzi o październik 2005, wydaw- nictwo Olivia) oraz brak copyright, co częściowo wyjaśnia uwaga: zapiski medium. Chodzi więc chyba o channeling.

Bardzo zainteresował mnie fragment o koncentracji (str. 115), jako że mam w tej dziedzinie pewne własne doświadczenie, w du- żym stopniu zgodne z wypowiedzią autora. Przytoczę cały ten fragment gdyż myślę, że naprawdę jest godny uwagi:

„Koncentracja to silnie kreatywne spojrzenie na siebie poprzez pryz- mat materialnej i duchowej rzeczywistości. To umiejętność manipulowa- nia energią na poziomie materii i ducha. Wypracowane w tym celu tech- niki są bardzo proste, bardzo szybkie i bardzo skuteczne. A techniki Hu- ny zdecydowanie prostsze i zdecydowanie skuteczniejsze od możliwości Jogi, której prawdziwym obszarem zainteresowania jest rozwój duchowy, a nie kształtowanie materii według własnego uznania. Mówiąc, rozwój duchowy, mam raczej na myśli usilne dążenie do osiągnięcia stanu oś- wiecenia. Medytacja daje wgląd, pozwala wiele zrozumieć, chociażby przez sam fakt zapoznania się z jej założeniami, ale nie potrafi wyręczyć koncentracji w kształtowaniu naszej fizycznej rzeczywistości. Tu i teraz jest tylko nasza fizyczna obecność, nasz ból i nasza miłość. Medytacja to jedna z wielu form zdobywania wiedzy, bez której można się obyć. Kon- centracja to coś więcej niż tu i teraz: choć nie sięga kresu poznania, do- pasowuje ramy świata do naszych wyobrażeń. Modyfikuje materię i światy tajemne. Jest potężna i niebezpieczna, a jej właściwe zastosowa- nie wprowadza często nieodwracalne zmiany. To ona zmienia aktywnie treść życia, to ona potrafi wydobyć z nieszczęścia i ona wreszcie może sprowadzić kataklizm.

Oczywiście aspekt duchowy jest wspólny obu tradycjom. W Hunie bazuje on na poziomie egzystencjalnej zborności wewnętrznej, takiego zrozumienia aktywnej istoty człowieka, która - zawracając go ze złej drogi - umożliwia mu dokonywanie twórczych zmian w otoczeniu. Nie ma tu miejsca ani czasu, przynajmniej na początku, na bezwzględne podporządkowanie życia wyższym ideałom, które stanowią główny nurt dociekań systemów Jogi. Dążenie człowieka do stawania się lepszym jest dla Huny tak naturalne, iż nie poświęca ona temu zagadnieniu zbyt wie- le miejsca. Człowiek jest z natury dobry, a jeśli czyni zło, to powinien to zrozumieć i naprawić. Prędzej czy później stanie się dobry i potężny. Krótko i rzeczowo. I jakże zgodnie z prawem moralnym w zaświatach.”

Od siebie dodam jednak, że nie bardzo przekonuje mnie ślepe zapatrzenie w dobroć człowieka. Gdyby w pełni tak było to nie istniałoby zło. Zdobycie władzy nad materią dla wielu ludzi sta- nowi zbyt wielką pokusę, chociaż Jose Silva utrzymuje, że w stanie mózgu alfa człowiek nie potrafi postępować nieetycznie.

W swoim życiu nie dążyłem do uzyskania władzy. Nie była mi potrzebna, w każdym razie dla celów osobistych. Ufam, że spo- kojne kroczenie obraną drogą prowadzi w kierunku celu.

Pamiętam słowa mego bardzo serdecznego przyjaciela, star- szego kolegi, nieżyjącego już Kazika Chmielowca, który był dużo bardziej ode mnie rozwinięty duchowo. Mówił: Nie trzeba się śpie- szyć, nie jesteśmy tu przypadkowo. Nie wystarczy samemu po- siąść prawdę. Trzeba pamiętać o innych.

Mieszkał w Wałbrzychu i często odwiedzał mnie we Wrocła- wiu. Oczekując jego wizyty czasem przygotowywałem nurtujące mnie pytania. I było to fascynujące - podczas spotkania nie mu- siałem o nic pytać. Odpowiedzi przychodziły same.

Ostrzegał przed nieuważną wyobraźnią, bo jej treść może się naprawdę wydarzyć. Był zawsze spokojny i zrównoważony, nie zwracał na siebie uwagi. Nie mówił, że ma zdolności uzdrowi- cielskie, ale swoją obecnością czasem uzdrawiał ludzi. Ożenił się dopiero w podeszłym wieku i zamieszkał w Warszawie. Tam za- kończył życie. Pozostawił w mym sercu niezatartą pamięć o nim.

Rozdział 7

Trochę o Hermetyźmie

Rozdział ten opracowano głównie na podstawie publikacji wy- danej w języku rosyjskim autorstwa Dymitra Wł. Strandena: Hermetyzm, jego pochodzenie i podstawowe nauki (wydawnictwo A.I. Woroniec, 1914), przełożonej przeze mnie na język polski i wydanej w PRL (w tzw. drugim obiegu) przez wydawnictwo „Łop- szyc”, Wrocław 1977.

Tablica Szmaragdowa

Przytoczę tu tekst, któremu powszechnie przypisuje się po- chodzenie ze starożytnego Egiptu. Jest on znany pod nazwą Tablica Szmaragdowa. Można chyba powiedzieć, że stanowi ty- powe dzieło z zakresu tak zwanej wiedzy hermetycznej. A oto jego treść:

Prawdziwie, bez cienia kłamstwa, wiarygodnie i ze wszech miar prawdziwie: to co znajduje się na dole, jest analogiczne do tego, co znajduje się na górze. I to, co na górze, jest ana- logiczne do tego co znajduje się na dole, aby spełnić cuda rzeczy jedynej. I podobnie do tego jak wszystkie rzeczy po- wstały z Jedynego (za pośrednictwem Jedynego, czyli przez myśl Jedynego).

Słońce jest jej ojcem. Księżyc jest jej matką. Wiatr nosił ją w swym łonie. Ziemia jest jej karmicielką. Ta rzecz, to oj- ciec wszelkiej doskonałości w całym wszechświecie. Jej siła pozostaje w całości (to jest nie zużyta), gdy przekształca się ona w ziemię. Oddzielisz ziemię od ognia, subtelne od cięż- kiego (grubego) ostrożnie i z dużym kunsztem. Rzecz ta wstępuje z ziemi do nieba i znów zstępuje na ziemię, odczu- wając siłę tak wyższych, jak też niższych sfer świata. W ten sposób zdobywasz sławę całego świata. Dzięki temu opuści cię wszelka ciemnota. Ta rzecz to siła wszelkiej siły, gdyż pokona ona wszelką najbardziej usubtelnioną rzecz i przenik- nie sobą wszelką ciężką (twardą) rzecz. W ten sposób został stworzony świat. Stąd wynikają zdumiewające przystosowa- nia, taki jest sposób działania. Dlatego zostałem nazwany Hermesem Trzykroć Wielkim, gdyż władam wiedzą trzech części filozofii wszechświata.

Jest to zupełne, co powiedziałem o pracy dzieła, dokona- nego przez słońce.

Aby uniknąć przekłamań, podaję ten tekst także w wersji łacińskiej (Chrysogonus Polydorus, Nuremberg 1541):

[Tabula Smaragdina Hermetis

Verum, sine mendacio, certum et verissimum: Quod est inferius est sicut quod est superius, et quod est superius est sicut quod est inferius, ad perpetranda miracula rei unius. Et sicut res omnes fuerunt ab uno, meditatione unius, sic omnes res natae ab hac una re, adaptatione.

Pater eius est Sol. Mater eius est Luna. Protavit illud Ventus in ventre suo. Nutrix eius terra est. Pater omnis telesmi totius mundi est hic. Virtus eius integra est si versa fuerit in terram. Separabis terram ab igne, subtile ab spisso, suaviter magno cum ingenio. Ascendit a terra in coelum iterumque descendit in terram, et recipit vim superiorum et in- feriorum. Sic habebis Gloriam totius mundi. Ideo fugiet a te omnis obs- curitas. Haec est totius fortitudinis fortitudo fortis, quia vincet omnem rem subtilem, omnemque solidam penetrabit. Sic mundus creatus est. Hinc erunt adaptationes mirabiles, quarum modus est hic. Itaque voca- tus sum Hermes Trismegistus, habens tres partes philosophiae totius mundi.

Completum est quod dixi de operatione Solis.]

Trzeba zauważyć, że dzieła tego rodzaju zawierają zwykle różne warstwy pojęciowe, zależnie od kontekstu i wewnętrznego przygotowania czytelnika. Nieraz odsłaniają się one przy kolej- nym czytaniu. Niektórzy badacze wyróżniają do siedmiu znaczeń: 1) metafizyczne, 2) kosmogeniczne, 3) antropogeniczne, 4) psy- chologiczne (lub mistyczne), 5) okultystyczne, 6) astronomiczne, 7) historyczne.

Nie wchodząc w szczegóły zwróćmy uwagę na metafizyczne i mistyczne znaczenie Tablicy Szmaragdowej. Hermetyści sądzą, że we wstępnych słowach Tablicy jest zawarta wskazówka o ważnej roli jaką odgrywa w filozofii hermetycznej prawo troistości, czyli trojakiego rodzaju wiarygodności. Verum est sine mendacio (prawdziwie, bez cienia kłamstwa) - jest to wskazówka o wiary- godności doświadcznia, opartego na rzetelnie sprawdzonej per- cepcji zmysłowej, czyli wiarygodności danych leżących u podstaw nauki. Certum - to wskazanie wiarygodności filozoficznej, opartej na poprawnych założeniach rozumowych, ustalonych na podsta- wie ściśle sprawdzonych i oczywistych faktów (aksjomatów). I wreszcie verissimum (wiarygodnie, ze wszech miar prawdziwie) - to uznanie nadrzędnej wartości doświadczenia mistycznego, któ- re jest wynikiem bezpośredniego kontaktu samoświadomości człowieka ze Świadomością Kosmiczną. Według hermetystów ta- kie poznanie jest najbardziej wiarygodne (oczywiście, jeśli nie jest skażone wpływami subiektywnymi, fantazją, itp). Najmniej nato- miast pewnym źródłem poznania są wskazania naszych zmysłów zewnętrznych.

Zauważmy, że z tego punktu widzenia poznanie powinno być całkowicie oparte na danych doświadczenia mistycznego z jednej strony, i doświadczenia naukowego (w wąskim tego słowa zna- czeniu) z drugiej strony. Z punktu widzenia hermetyzmu nie mo- że być sprzeczności między wiarygodnymi danymi tych obu ro- dzajów doświadczenia. W ten sposób wtajemniczenie hermetycz- ne ma wyzwalać człowieka od męczącego współczesną ludzkość konfliktu między religią i nauką.

Wspominając o wtajemniczeniu warto zastanowić się, jak je określają hermetyści. W najprostszym ujęciu uważają, że jest to przyśpieszenie normalnej ewolucji człowieka. W toku ewolucji ludzkość może uzyskiwać nowe stany świadomości, nowe moż- liwości, dostępne obecnie tylko nielicznym osobom, które w swo- im rozwoju nieco wyprzedziły pozostałych ludzi. Człowiek może rozwinąć w sobie szereg nowych zdolności i doświadczyć nad- osobowych stanów świadomości, pod wpływem których jak gdyby całkowicie odrodzi się duchowo i fizycznie, stając się zupełnie no- wym człowiekiem.

Na świecie opracowano cały szereg metod prowadzących do takiego rozszerzenia samoświadomości. Szczególnie dobrze opra- cowano te metody na Wschodzie przez jogów hinduskich i tybe- tańskich. Jogowie wyróżniają szereg dróg, którymi człowiek może kroczyć do uzyskania nadświadomości. Wśród nich, jako główne, można wymienić: Jogę Woli, Jogę Mądrości, Jogę Miłości, Jogę związku ciała fizycznego z psyche (Hatha Joga). Są także takie drogi jak Huna, Zen, Medytacja Transcendentalna i inne, lecz nie zetknąłem się z nimi w literaturze hermetycznej. Istnieje bogata literatura szczegółowo omawiająca te sprawy, dlatego nie będzie- my tu nad nimi się zatrzymywać.

Teraz pokrótce omówimy główne zasady hermetyzmu, w pew- nym stopniu oparte na Tablicy Szmaragdowej.

Podstawowe nauki hermetyzmu

Z głębokiej starożytności zachował się krótki zestaw nauk hermetycznych w formie zbioru aforyzmów, przekazywanych przez nauczycieli podczas wtajemniczania uczniów, którzy uczyli się ich na pamięć. Zestaw ten nosi nazwę Kabała. Tego zestawu aforyzmów nie wolno było zapisywać i ujawniać, jednak niektóre z nich czasem pojawiały się w dziełach hermetystów. Dopiero w ostatnich czasach uznano, że możliwe jest ogłoszenie części tych aforyzmów.

U podstaw hermetyzmu leży siedem następujących praw:

1) prawo mentalizmu,

2) prawo analogii lub odpowiedniości,

3) prawo wibracji,

4) prawo biegunowości,

5) prawo rytmu,

6) prawo przyczynowości,

7) prawo dwoistości czynnego i biernego pierwiastka, leżące

u podstawy tworzenia na wszystkich planach bytu i świa- domości.

Omówimy pokrótce te prawa.

1. Prawo mentalizmu

Prawo to zawiera się w następującym sformułowaniu z Ka- bały:

Wszystko (w sensie Absolutnego, Całego, Wszechjedynego) jest rozumem. Wszechświat jest czymś umysłowym. U pod- staw istniejącego i zmieniającego się wszechświata, lub poza tym wszechświatem, można zawsze znaleźć substancjalną rzeczywistość - podstawową Prawdę.

Inaczej mówiąc, filozofia hermetyczna uznaje, że poza świa- tem przemijających zjawisk znajduje się jakaś wieczna, niez- mienna Istność. Natomiast wszechświat, podporządkowany for- mom przestrzeni, czasu i przyczynowości, jest tylko przejawem. Zgodnie z nauką hermetyzmu Istność ta nie jest do końca poz- nawalna. Jedynie Wszechjedyne może do końca znać Samo Sie- bie. Lecz i my możemy poznać coś niecoś z tej Substancjalnej Rzeczywistości, której istnienie objawia się nam jako dostrze- galny wszechświat. Wiemy, że ta Rzeczywistość zawiera w sobie wszystko co jest, było i będzie. Wiemy, że jest Ona wieczna, nieskończona i niezmienna, tj. dokonana, zakończona i zupełna. Wiemy, że pojawia się jako rozum, jako energia i jako materia. Materia to niższe, najbardziej iluzoryczne przejawienie Wszech- jedynego, rozum jest wyższym Jego przejawem. Jakkolwiek nie- możliwe jest podanie w jakimś stopniu wyczerpującego okreś- lenia Wszechjedynego, czyli Absolutu, to jednak możemy powie- dzieć, że jest On przede wszystkim życiem i rozumem - nieskoń- czonym żywym rozumem, innymi słowy tym, co przyjęto rozu- mieć przez słowo Duch.

Wszechświat jest zawarty w umyśle Wszechjedynego. Wszechjedyne stwarza w swym nieskończonym rozumie nie- zliczone wszechświaty, które trwają w ciągu eonów; a jednak dla Wszechjedynego tworzenie, rozwój, upadek i śmierć mil- ionów wszechświatów stanowią jakby jedno mgnienie.

Tak więc wszystko co istnieje w świecie zjawisk, jest zawarte w umyśle Wszechjedynego; cały wszechświat jest tylko obrazem myślowym, stworzonym przez nieskończony rozum, lecz z drugiej strony - Wszechjedyne znajduje się we wszystkim, jest immanen- tne (zawarte) we wszystkim. Jakkolwiek Ono przebywa w przeja- wionym wszchświecie, jednak nieskończenie go przewyższa, a także nie zużywa się przez wszechświat i zawiera w sobie moż- liwość tworzenia nieskończonych nowych wszechświatów.

Jeśli wszechświat jest tworem umysłowym, zawartym w rozu- mie Wszchjedynego, to w takim razie wszystko jest iluzją, wszy- stko jest snem pozbawionym wszelkiej realności! Lecz jeśli prze- siąkniemy takim światopoglądem to staniemy się jakimiś bezza- sadnymi idealistami, zupełnie niezdolnymi do energicznej, prak- tycznej działalności, której żąda od nas życie.

Obawy te są jednak całkowicie nieuzasadnione. Prawa wszch- świata nie stają się mniej niewzruszone przez to, że dowiadujemy się, że są to li tylko formy myślowe, utworzone przez nieskończo- ny rozum. Pogwałcenie tych praw powoduje całkiem jednakowe cierpienia, bez względu na sposób patrzenia na wszechświat: jak na agregat czysto mentalny, czy jak na wynik wzajemnych od- działywań energetycznych, bądź też jak na twór myślowy, stwo- rzony rozumem Wszechjedynego i zawarty w Nim.

Każda próba uchylenia się od tych praw powoduje srogie cier- pienia, zmuszając do refleksji i zrozumienia, że prawa naszego życia nie stały się ani o drobinę mniej ustępliwe i realne dzięki temu, że poznaliśmy umysłowość natury wszechświata oraz sto- sunkową nierealność materii, a nawet energii.

Kabała zawiera na ten temat następującą, niezwykle charak- terystyczną wypowiedź:

Ludzie, którzy przyswoili sobie prawdziwą mądrość tylko połowicznie, uznawszy względną nierzeczywistość wszech-świata wyobrażają sobie, że mogą oni rzucić wyzwanie jego prawom. Ludzie tacy są próżnymi, beznadziejnymi głupcami. Na skutek swojej głupoty rozbijają się na proch o skały i są rozdzierani na strzępy przez żywioły.

2. Prawo analogii lub odpowiedniości

Zgodnie z prawem analogii zachodzi odpowiedniość między zjawiskami i prawami trzech światów: duchowego, umysłowego (psychicznego) i fizycznego. Prwo to pozwala wysnuć prawidłowe wnioski dotyczące światów niewidzialnych na podstawie faktów ze świata widzialnego. Opanowanie tego prawa pozwala stosować go do badania najbardziej abstrakcyjnych problemów, podobnie jak ten kto opanował podstawy geometrii może stosować jej re- guły do rozwiązywania skomplikowanych zagadnień astronomi- cznych i, siedząc w swoim pokoju, badać związki między ciałami niebieskimi.

Zastosowanie prawa analogii do badania najrozmaitszych problemów, potwierdzone doświadczeniem poznania pozazmys- łowego, stanowi najlepszy dowód istnienia jedynego, rozumnego planu, leżącego u podstaw wszechświata.

3. Prawo wibracji

Filozofia hermetyczna naucza, że w przyrodzie nic nie znaj- duje się w stanie spoczynku, wszystko jest w ruchu, wszys- tko wibruje. Tak wyrażono to prawo w Kabale. Hermetyści na- dawali mu olbrzymie znaczenie, jak widać to z następujących słów pewnego starożytnego hermetysty: Kto zrozumiał prawo wibracji, ten ujął berło władzy.

Zgodnie z nauką hermetystów całą różnorodność zjawisk we wszechświecie tłumaczy się różnicą w szybkości i charakterze wi- bracji jedynej światowej substancji.

Na jednym biegunie ogromnej skali wibracji kosmicznych - tam gdzie są one najszybsze - znajduje się Duch. Na przeciw- ległym biegunie - to, co nazywamy „ciężką materią”. Między tymi dwoma biegunami są zawarte niezliczone rodzaje i stopnie wib- racji, odpowiadające różnym przejawom energii i umysłu. Nauka uznaje, że ciepło, światło, magnetyzm i elektryczność są różnymi rodzajami drgań, rozchodzących się w środowisku eterycznym. Niektórzy utrzymują, że także siła spójności, powinowactwo chemiczne i siła grawitacji są szczególnego rodzaju wibracjami niezwykle rozrzedzonego środowiska. Nie wyczerpuje to jednak całej skali wibracji. Myśli, emocje, wola i w ogóle wszystkie inne stany psychiczne są także wibracjami środowiska jeszcze subtel- niejszego niż eter i niższy astral. Wibracje takie, powstałe w móz- gu jednego człowieka, mają tendencję do wzbudzania podobnych wibracji u innych ludzi tak jak dzieje się to z indukcją prądów elektrycznych. Wyjaśnia się tym zjawiska telepatii, hipnozy i w ogóle wpływu jednego umysłu na drugi.

Zdolność dowolnego wywoływania w sobie takich lub innych astralnych i mentalnych wibracji, a także przekazywania ich in- nym ludziom, dotyczy duchowej lub umysłowej (psychicznej) al- chemii, którą bardzo gorliwie uprawiają adepci hermetyzmu jako najcenniejszą sztukę.

4. Prawo biegunowości

Prawo to, odpowiadające współczesnemu prawu binarnej po- laryzacji, jest sformułowane w następującej wypowiedzi z Kabały:

Wszystko jest dwojakie; wszystko posiada bieguny; wszy- stko ma do siebie coś przeciwstawnego; podobne i różne jest jednym i tym samym; przeciwieństwa są z natury tożsame (identyczne); między nimi zachodzi różnica tylko ilościowa, skrajności zbiegają się; wszystkie prawdy są tylko półpraw- dami; wszystkie paradoksy mogą być usunięte.

Z punktu widzenia hermetyzmu biegunowość jest prawem uniwersalnym. Przejawia się ono we wszystkich dziedzinach przyrody i życia. Ciepło i zimno, światło i ciemność, Duch i ma- teria, miłość i nienawiść, dobro i zło, pierwiastek męski i żeński, biegunowość elektryczności i magnetyzmu, itd. itd. - są to wszy- stko przejawienia prawa biegunowości. Hermetyści utrzymują, że absolutna przeciwstawność dodatniego i ujemnego bieguna, we wszystkich takich parach przeciwstawnych pierwiastków i zja- wisk, jest czymś tylko pozornym. Biegunowość jest zawsze wzglę- dna. Przeciwstawne bieguny są zawsze tylko różnorodnymi wib- racjami jednej i tej samej światowej substancji. Dlatego we wszel- kim plusie jest zawsze chociażby znikoma część minusa i odwrot- nie. W dodatnim biegunie tylko przeważa, lub jest aktywny plus, a w ujemnym minus; zatem - jeden biegun, gdy znamy prawo wi- bracji, może być zamieniony przez drugi, przeciwny mu.

Mówiąc o prawie wibracji już częściowo poruszyliśmy zagad- nienie, że nie ma żadnej nieprzebytej przepaści między Duchem a materią. Te dwa biegunowe stany jedynej światowej substancji są związane jej stanem pośrednim, w którym przejawia się ona jako energia. Ponadto nie ma materii całkiem martwej i pozbawionej wszelkich przejawów świadomości, tak jak nie ma też Ducha cał- kowicie pozbawionego wszelkiej cielesnosci.

Szczególnie ważne jest uświadomienie sobie zastosowania prawa biegunowości, jak go rozumieją hermetyści, w dziedzinie stosunków moralnych i w ogóle, zjawisk psychicznych. Często jesteśmy skłonni uważać dobro i zło za absolutne przeciwieńs- twa, są to jednak nasze zupełnie względne, ludzkie pojęcia o jed- nym i drugim. Niewątpliwie jednak im bardziej rozwijamy się u- mysłowo i moralnie, tym lepiej zaczynamy rozumieć względność tych pojęć, tym bardziej uświadamiamy sobie, że to co jest złem dla jednego, bardziej rozwiniętego człowieka, jest niewątpliwie do- brem dla drugiego, znacznie mniej rozwiniętego. Zaczynamy co- raz bardziej i bardziej widzieć w różnych rodzajach tak zwanego zła moralnego - tylko niższe stopnie dobra. Nie wynika z tego wcale, że człowiek wysoko rozwinięty ma moralne prawo oddawać się niskim namiętnościom, wstrzymującym jego postępy coraz wyżej po stopniach ewolucji. Oznacza to tylko, że powinniśmy uz- nać względność i subiektywność naszej oceny dobra i zła i zacho- wać skrajną cierpliwość oraz tolerancję dla przejawów u innych ludzi tego, co my uważamy za zło. Pobłażliwość dla siebie przy- niosłaby nam oczywiście jedynie szkodę, zatrzymując nasz rozwój w samorealizacji.

Miłość i nienawiść wydają się nam zwykle absolutnymi prze- ciwieństwami. Jeśli by jednak tak było to jak wyjaśnić, że najgo- rętsza miłość łatwo może zamienić się w największą nienawiść i odwrotnie? Przecież, jeśli możliwe są podobne przekształcenia, oznacza to, że znów nie mamy tu do czynienia z przeciwieństwem absolutnym, lecz jedynie ze względnym. Możliwe jest więc, po zrozumieniu praw powstawania i propagacji odpowiednich wib- racji, opanowanie tej sztuki alchemii duchowej, która pozwoli nam zamienić niepożądane emocje na pożądane, zmieniając w ten sposób siebie i innych. Oto co głosi jeden z cytatów Kabały:

Dany stan umysłu może być zmieniony na inny (tak jak mogą być zmienione metale i inne pierwiastki chemiczne); dany jeden stopień stanu umysłu można zamienić na drugi; dane warunki jego przejawienia na inne; jeden biegun - na drugi; dane wibracje umysłowe - na inne.

5. Prawo rytmu

Wszystko odpływa i przypływa; wszystko ma swoje przy- pływy i odpływy; wszystkie rzeczy powstają i upadają; miara rozmachu na prawo jest także miarą rozmachu na lewo; dzięki rytmowi jedno kompensuje się drugim.

Takimi słowami wyrażone jest prawo rytmu w Kabale. Prawo to jest ściśle związane z omówionymi już prawami biegunowości i wibracji. Można by przytoczyć niezliczone przykłady ilustrujące to prawo. Periodyczna zmiana dnia i nocy, przypływów i odpły- wów, pór roku, przeciwnych nastrojów, rewolucyjnych i reakcyj- nych epok, materialistycznych i duchowych światopoglądów, itd. - są to przykłady jak prawo to przewija się w zjawiskach przyrody i w życiu ludzkości.

Hinduscy jogowie mówią o „dniach i nocach Brahmy”, lub o „manwantarach i pralajach”, o wdechu i wydechu światów przez Brahmana; są jednak przy tym zdania, że chociaż we wszech- światach, tworzonych przez Wszechjedyne, okresy działania zmieniają się z okresami spoczynku, to jednak samo Wszechje- dyne nigdy nie pozostaje bezczynne, gdyż w czasie gdy w jednych systemach słonecznych i w systemach systemów zachodzi stan spoczynku, w innych trwa działanie, a jeszcze inne w tym czasie powstają.

W zastosowaniu do ewolucji pojedynczego człowieka prawo rytmu przejawia się w postaci kolejnych wcieleń na Ziemi lub na innej planecie, z okresami pobytu duszy na innych płaszczyz- nach bytu, w światach astralnym oraz mentalnym, gdzie dusza jakgdyby odpoczywała po pracy, dokonanej przez nią w okresie jej wcielenia. Opracowuje i asymiluje zdobyte przez nią doświad- czenia.

6. Prawo przyczynowości

Prawo to leży u podstaw całej współczesnej nauki. Zwróćmy tylko uwagę na pewien jej aspekt grający ważną rolę lecz nie bra- ny pod uwagę przez tych, którzy stoją na gruncie światopoglądu pozytywistycznego bądź materialistycznego. W Kabale prawo przyczynowości wyraża się w słowach:

Każda przyczyna ma swe następstwo; każde następstwo ma swą przyczynę; wszystko przebiega zgodnie z prawem; przypadek jest tylko nazwą, którą nadajemy sprawom jesz- cze nie poznanym; jest wiele płaszczyzn przyczynowości, lecz nic nie wymyka się prawu.

Zwróćmy uwagę na końcową część przytoczonego fragmentu: jest wiele płaszczyzn przyczynowości, lecz nic nie wymyka się prawu. W tych słowach wyraża się ważna cecha rozumienia prawa przyczynowości, którą różni się ono (rozumienie) w istotny sposób od zwykłego, pozytywnego rozumienia.

Z punktu widzenia tzw. naukowego światopoglądu uznanie niczym nie ograniczonego panowania prawa przyczynowości, czy- li determinizmu we wszystkich zjawiskach wszechświata, całkiem znosi wszelką teologię, wszelkie uznanie rozumnych i moralnych celów leżących u podstaw procesu ewolucji. Prawo przyczynowo- ści jest jednak tylko narzędziem, którym posługuje się Rozum Ś- wiatowy w osiąganiu swoich celów - celów w najwyższym stopniu mądrych i dobrych. Istnieje więc wiele płaszczyzn przyczynowości - tyle co płaszczyzn świadomości. Jeżeli na niższej, materialnej płaszczyźnie przyczynowość może po prostu nam się wydawać ślepym losem, działającym całkiem mechanicznie zgodnie z pra- wem, bez żadnego odniesienia do jakichkolwiek celów moralnych i duchowych - to na wyższej, duchowej płaszczyźnie staje się jas- nym, że takie pojęcie o przyczynowości jest tak samo niesłuszne i mylne, jak w ogóle wszelka wiedza osnuta wyłącznie na doświad- czeniu zmysłowym. Dla osoby, której świadomość zetknęła się ze światem duchowym staje się jasne, że cały mechanizm wszech- świata jest podporządkowany wyższemu prawu harmonii i miłoś- ci, przyporządkowującemu skutki przyczynom w taki sposób, że wszystko we wszechświecie dąży do świadomości ludzkiej, to jest rozumnej, samoświadomej istoty i że rozwój ludzkości nieugięcie dąży do spełnienia ideałów miłości, braterstwa, duchowości i w końcu świętości, poprzez którą przyroda ponownie jednoczy się z bóstwem.

7. Prawo dwoistości czynnego i biernego pierwiastka

To prawo filozofii hermetycznej zostało sformułowane w Ka-

bale w następujących słowacha:

Dwoistość czynnego i biernego pierwiastka jest wszędzie widoczna; wszędzie znajduje się pierwiastek męski i żeński; ich dwoistość przejawia się na wszystkich płaszczyznach by- tu.

„Uniwersalność tej zasady, zawsze uznawana przez ezoteryków, mo- że wkrótce będzie uznana przez oficjalną naukę. W każdym razie zasada ta otrzymała potwierdzenie w tzw. elektronicznej budowie atomu, i w o- góle, w budowie materii fizycznej. Oczywiście, w odniesieniu do proce- sów fizycznych używa się określenia ,rodzaj’, a nie ,płeć’. Niektóre now- sze obserwacje ,życia’ kryształów wskazują, że mamy tu do czynienia z procesami w pewnym stopniu podobnymi do zjawisk kopulacji w króle- stwie roślinnym i zwierzęcym.”

Hermetyści utrzymują, że z czasem nauka dojdzie do tego, że także zjawiska powinowactwa chemicznego i spójności moleku- larnej, a nawet wszechświatowa grawitacja w istocie są formami przejawienia powszechnej zasady dwoistości czynnego i biernego pierwiastka.

„W dziedzinie dwoistości psychicznej niezwykle jasno widać, jak przejawia się dwoistość naszego ,ja’ z jednej strony oraz całej emocjonal- nej reszty psyche z drugiej strony. Zjawisko owe przejawia się także w dwoistości naszego świadomego umysłu i tak zwanej podświadomości.

W tym krótkim, popularnym zarysie nie sposób szerzej omówić procesów prokreacji w przyrodzie, a przede wszystkim przejawienia męskiego i żeńskiego pierwiastka w psychice człowieka.”

Rozdział 8

Świadomość i jej związek z formą

Teraz coś bardziej współczesnego. Przedstawiam mój referat, który wygłosiłem na II Międzynarodowym Triennale Rysunku we Wrocławiu w 1981 r. Nie był on dotychczas szerzej publiko- wany, a jedynie w roboczych materiałach Triennale.

Świadomość

Świadomość a forma

Reguła tworzenia form przestrzennych

Psychologiczne uwarunkowania sztuki

Wszelka sztuka, rozumiana jako wyraz piękna i wiedzy, nieu- chronnie kojarzy się ze świadomością, aczkolwiek świadomość jest dotąd pojęciem mętnym, wieloznacznym i nieuchwytnym. Różne szkoły filozoficzne przypisują słowom „sztuka” i „świado- mość” rozmaity sens, wypełniający bardzo szerokie spektrum pojęciowe. Dotyczy to również samoświadomości. Także psycho- logia, chociaż stanowi dyscyplinę bardziej zbliżoną do empirii niż filozofia, nie wyjaśnia istoty tych pojęć.

Nie jest przeto sprawą łatwą wypowiedzieć się na tak bardzo ambitny temat, obrany przez Dostojnych Gospodarzy jako hasło II-go Międzynarodowego Triennale Rysunku: Sztuka jako forma samoświadomości. Z drugiej jednak strony jest to wspaniała okazja do przedstawienia pewnych niekonwencjonalnych poglą- dów, które ośmielam się tutaj zaprezentować.

Zanim jednak zdołam wyrazić swój krótki pogląd na temat sztuki i samoświadomości - widzę potrzebę szerszego przedsta- wienia niektórych pojęć związanych ze świadomością w ogóle, a także z określonym psychologicznym uwarunkowaniem procesu twórczego w sztuce.

Świadomość

W ustępie tym podejmiemy próbę określenia istoty świadomo- ści, jej cech i sposobów przejawienia. Przedtem jednak, aby unik- nąć nieporozumień i wieloznaczności, należałoby chwilowo za- pomnieć o dotychczasowych naszych pojęciach związanych z tym słowem, używanym w szerszym lub węższym znaczeniu zarówno w języku potocznym jak też w filozofii lub psychologii.

Określenie świadomości wyprowadzimy z powszechnie znane- go dialektycznego Prawa Jedności Przeciwieństw. Prawo to trudno jest przypisać wyłącznie jakiemuś współczesnemu kierun- kowi filozoficznemu, gdyż w różnych postaciach przejawia się ono na przestrzeni historii we wszystkich kulturach świata. Czy to będzie chińska zasada yin yang, czy hinduska tantra, o której dużo wypadnie nam tu mówić, czy wywodząca się ze starożytnego Egiptu hermetyczna zasada aktywnego i pasywnego, męskiego i żeńskiego źródła, czy wreszcie kabalistyczna dwójnia i trójnia - wszystkie one wiążą się z pewną dychotomią, rozdwojeniem, roz- darciem stanowiącym binarną polaryzację wszystkiego. W wyni- ku takiego rozdwojenia powstają zawsze dwa przeciwstawne so- bie bieguny, które wzajemnie warunkują swoje istnienie, nie mo- gą istnieć oddzielnie.

W celu jak najlepszego wyjaśnienia Prawa Jedności Przeci- wieństw, współcześnie można powiedzieć, że opiera się ono na trzech zasadach: przeciwieństwa, jedności i komplementarno- ści. Za chwilę skorzystamy z tych zasad, przez co wyjaśni się także ich znaczenie. W tym miejscu należałoby jedynie zauważyć, że według przyjętej tu konwencji, zasady w oderwaniu od prawa nie mają realnego znaczenia. Stanowią one jedynie niepodważal- ne uogólnienia, wynikające z przejawionego prawa. Obowiązuje reguła: jeśli przejawia się prawo to spełniają się również zasady, na których się ono opiera. Zasady są przeto narzędziem intelek- tualnej analizy prawa.

Przystępując do określenia świadomości zakładamy, że istnie- je jakaś niewyobrażalna na naszym, ludzkim szczeblu pojmowa- nia Rzeczywistość, Jedyna Substancja z której, jak ze wspólnego pnia, wyrastają dwie kategorie istnienia, przeciwstawne sobie lecz wzajemnie warunkujące się: świadomość [1] i materia.

Jedna z tych kategorii, materia, może być częściowo postrze- gana przez zmysły. Stąd pochodzą nasze wyobrażenia o materii. Jawi się ona człowiekowi, poznającemu podmiotowi, demonstru- jąc pewne swoje przypadłości, cechy. Możemy na przykład powie- dzieć o materii że jest ograniczona. Dostrzegamy mnogość mater- ialnych przedmiotów, ich nieprzenikliwość. Są one usytuowane w przestrzeni, zmieniają się w czasie.

Cóż natomiast możemy powiedzieć o świadomości? Nie podle- ga ona przecież zmysłowemu postrzeganiu. Przywołajmy jednak na pomoc zasadę przeciwieństwa. Jeżeli zaufamy tej zasadzie to, przeciwstawnie do materii, będziemy mogli powiedzieć o świado- mości, że jest nieograniczona. Poza tym jej cechami są jedność i przenikliwość. Nie posiada kształtu, jest niezmienna w czasie, a właściwie czas i przestrzeń jej niejako nie dotyczą, chociaż waru- nkują jej istnienie jako atrybuty materii.

Otóż uogólniając można powiedzieć, że cechy świadomości dają się określić jako przeciwstawienia odpowiednich cech ma- terii. Są jakby odwróconym (zaprzeczonym) obrazem cech materii po przejściu ich przez „soczewkę” stanowiącą przeciwstawienie wynikłe z zasady przeciwieństwa. Zasada ta odsłania nam więc nieprzebrane źródło wiedzy o różnych cechach świadomości.

Zasługuje na szczególną uwagę przeciwstawienie pewnej pow- szechnej cechy materii, wynikającej także z postrzegania, którą można by nazwać bytem. Jest to niebyt, nicość. Tak rozumiana nicość jest przeto powszechną cechą świadomości. Do sprawy tej jeszcze powrócimy gdyż nasza zdolność wyobraźni została tu pod- dana ciężkiej próbie.

Rodzą się jednak kolejne, niepokojące pytania. Na przykład: jak należy rozumieć przenikliwość świadomości, skoro jest ona nieograniczoną jednością? Co przez co ma tu przenikać?

Teraz z kolei musimy przywołać wspomnianą już zasadę jed- ności. Zgodnie z tą zasadą świadomość stanowi jedność z każdą najdrobniejszą cząstką materii, przenika ją i podtrzymuje, waru- nkuje bowiem sobą jej istnienie.

Zasada jedności zaznacza także inny, charakterystyczny rys świadomości. Odróżnia ją niejako od Ducha, a w każdym razie - od wszystkiego co nie da się przeciwstawić materii, co materię przekracza. Nie może bowiem świadomość istnieć gdzieś, gdzie nie ma materii i nie może być inna, niż do niej przeciwstawna. Oczywiście materię trzeba rozumieć w znaczeniu szerokim, także w jej różnych subtelnych, niewidzialnych dla nas postaciach.

Trzeba też zauważyć, że Prawo Jedności Przeciwieństw okreś- la wzajemnie przeciwstawne cechy w pewien osobliwy sposób. Przeciwstawność ich jest uwarunkowana zasadą jedności. To znaczy, że przeciwstawności tej nie można uznać za kategorię rodzaju, która albo jest, albo jej nie ma. Jest to kategoria stop- nia. Można powiedzieć, że w każdej cesze zawiera się choćby zni- koma cząstka cechy przeciwstawnej. Obie one stanowią jakby dwie strony tej samej monety. Można o nich powiedzieć, że speł- niają zasadę komplementarności, dobrze znaną także w fizyce w odniesieniu do innych, wzajemnie przeciwstawnych cech lub zja- wisk przyrodniczych.

Prawo Jedności Przeciwieństw stanowi więc klucz do zrozu- mienia istoty świadomości, umożliwia badanie jej natury, a także zrozumienie innych zasad i reguł zgodnie z którymi ona się prze- jawia.

Przedstawiony wyżej dedukcyjny rodowód świadomości, jako kategorii istnienia powstałej wraz z materią z Jedynej Substancji, Ducha, pomimo swej intuicyjnej oczywistości, może na wielu ro- bić wrażenie heurystycznej fikcji. Dlatego spróbujemy problem istoty świadomości przedstawić też nieco inaczej.

Świadomość, jako przedmiot badań, nie może być w swej is- tocie określona na gruncie psychologii. Nie pozwala na to pewna zasada, zgodnie z którą żadna dziedzina wiedzy nie rozstrzyga o istocie przedmiotu, którym się sama zajmuje. I tak na przykład fizyka nie wyjaśnia, co to jest elektryczność. Zajmuje się nato- miast pewnymi postrzegalnymi cechami elektryczności: prądem, jego napięciem i natężeniem, indukcją prądu, natężeniem i po- tencjałem pola elekromagnetycznego, itd. Fizycy badają wzajem- ne zależności między tymi cechami, dokonują pomiarów ilościo- wych, a technicy robią z tej wiedzy praktyczny użytek. Podobnie jak elektryczności fizyka nie wyjaśnia istoty innych przedmiotów swych badań, takich jak grawitacja, czy wreszcie materia. Spra- wami tymi zajmuje się dział filozofii zwany metafizyką, lub on- tologią, jak go niektórzy nazywają, a więc dziedzina wiedzy wyk- raczająca poza obszar nauk przyrodniczych, dla których jedynym sprawdzianem poprawności jest eksperyment, czyli obiektywne doświadczenie, którego wyniki są identyfikowane przy pomocy zmysłów.

Posługując się dość odległą analogią można powiedzieć, że stosunek metafizyki do świadomości jest podobny jak stosunek fizyki do elektryczności: metafizyka nie może wyjaśnić istoty świadomości, podobnie jak nie może tego uczynić psychologia.

Trzeba lojalnie uznać, że pogląd taki musi budzić liczne sprzeciwy. Podejmijmy jednak to obciążenie, na razie na kredyt, z nadzieją, że uda nam się, chociaż częściowo, z niego rozliczyć. Nie łudźmy się jednak, że w tej kwestii łatwo jest kogoś przeko- nać, kto sam nie doszedł do określonych poglądów.

Otóż metafizyka, jako przedmiot swych spekulatywnych ba- dań, przyjmuje istotę bytu, a więc wszystkiego o czym można powiedzieć, że istnieje. Formalnie dotyczy to także świadomości. Pozornie można by więc przypuszczać, że metafizyka stanowi najbardziej rozległy obszar badań i że żadne pytanie o istotę by- tu, a więc także o istotę świadomości, nie wyprowadza poza ten obszar.

Jest wiele systemów filozoficznych, nieraz wzajemnie przeciw- stawnych, które uznają ten pogląd za słuszny, a tym samym ła- mią dopiero co przedstawioną zasadę. I tak na przykład, w ra- mach metafizyki, arbitralnie uznaje się pierwotność świadomości albo materii, tworząc monizm idealistyczny lub materialistyczny. Pierwotność jest zwykle rozumiana w taki sposób, że świadomość (albo materię) uznaje się za substancję posiadającą niezależny byt, a materia (albo świadomość) stanowi jedynie pewną cechę lub sposób przejawienia się tej substancji. Są także systemy du- alistyczne, nadające rangę substancji obydwu wymienionym kategoriom istnienia.

Rodzi się jednak protest przeciw równorzędnemu uznawaniu przeciwstawnych sobie systemów, gdyż logika i intuicja mówią, że prawda może być tylko jedna. Wynika stąd konieczność arbi- tralnego wyboru, uwarunkowana nie myśleniem lecz innymi, nie- świadomymi czynnikami.

Przekonanie, że są kategorie istnienia wykraczające poza ob- szar metafizyki reprezentują współcześni myśliciele tak wielkiej klasy jak Heisenberg , Weizsacker, Gadamer, a z dawniejszych - znakomity filozof i matematyk polski Józef Hoene-Wroński. Moż- na przypuszczać, że myśl taka była też bliska wielu intuicyjnym umysłom średniowiecza, a także genialnemu myślicielowi, jakim był św. Tomasz z Akwinu. Wypada również wskazać na dzieła Di- tfurtha, znakomitego współczesnego popularyzatora nauk przy- rodniczych.

Przyjmując, że świadomość jest jakąś specjalną, wyróżnioną kategorią istnienia, której istoty nie da się określić w ramach me- tafizyki, można podjąć próbę przekroczenia tych ram. Próbę taką, aczkolwiek nie używając słowa świadomość, podjął i skutecznie przeprowadził jeden z najznakomitszych umysłów naszych cza- sów, niemiecki filozof Martin Heidegger. W obszernym cytacie z jego dzieła [2] możemy prześledzić tok myśli autora, podziwiając jej ścisłość i precyzję. Heidegger, jako jeden z pierwszych przy pomocy intelektu dokonał tego, co dawniej osiągano korzystając z intuicji i innych władz umysłu. A oto wspomniany cytat:

„Tym, czego dotyczy związek ze światem, jest sam byt - i nic innego.

Tym, z czym we wtargnięciu (człowieka poznającego - w byt jako w całość; przyp. MW) ma do czynienia badawcze wyjaśnienie, jest sam byt - i nic poza nim.

Zadziwiające jest jednak, że właśnie wtedy, gdy człowiek nauki ut- wierdza się w tym, co jest mu najbardziej właściwe, mówi on o czymś in- nym.

Należy badać tylko byt - i nic innego; należy badać jedynie byt - i nic więcej; należy badać wyłącznie byt - i nic poza nim.

Jak to jest z tym ,Nic’? Czy jest przypadkiem, że całkiem spontani- cznie tak mówimy? Czy to tylko pewien sposób mówienia - i poza tym nic?

Jednakże, cóż niepokoi nas w tym ,Nic’? Nauka odpycha przecież i odrzuca to ,Nic’, jako stanowiące nicość. Kiedy jednak w ten sposób od- trącamy owo ,Nic’ czyż wtedy właśnie nie przyznajemy się do niego? Czy możemy jednak mówić o przyznawaniu się, gdy mamy przyznać się do niczego? Czy przypadkiem to wszystko nie prowadzi nas już do pustego spierania się o słowo?

Przeciwstawiając się temu nauka musi teraz na nowo utwierdzić się w swej powadze i roztropności, wyrażającej się w tym, że chodzi jej wyłą- cznie o byt. Czymże innym może być ,Nic’ dla nauki, jak straszydłem i fantazmatem? Jeśli nauka postępuje prawomocnie, to tyle tylko można powiedzieć stanowczo: nauka nie chce niczego wiedzieć o ,Nic’. Takie jest ostatecznie naukowo rygorystyczne ujęcie ,Nic’. Wiemy o nim tyle tylko, o ile nie chcemy o nim, o tym ,Nic’, niczego wiedzieć.

Nauka nie chce niczego wiedzieć o ,Nic’. Równie pewne jest jednak i to, że wtedy gdy pragnie ona wypowiedzieć własną istotę, przywołuje na pomoc to ,Nic’. Zgłasza roszczenie do tego, co odtrąca. Jakaż to rozdwo- jona istota odsłania się tu?

Zastanawiając się nad naszą aktualną egzystencją, jako określoną przez naukę, trafiliśmy w sam środek wewnętrznej rozterki. Wyłoniło się już z niej określone pytanie. Wymaga ono teraz należytego wysłowienia:

Jak to jest z nicością?”

I dalej:

„Czy nicość obecna jest dlatego tylko, że obecne jest ,nie’, tzn. za- przeczenie, czy też jest odwrotnie: zaprzeczenie i ,nie’ są obecne dlatego tylko, że obecna jest nicość? Nie jest to rozstrzygnięte, co więcej, nie było to nigdy podniesione do godności wyraźnego pytania. Co do nas, utrzy- mujemy, że nicość jest czymś pierwotnym w stosunku do ,nie’ i do zap- rzeczenia.”

Tak rozumiana nicość zachęca do jej doświadczenia przez człowieka. Powstają pytania: czy i jak można doświadczyć nicoś- ci? Odpowiedź Heideggera jest następująca: Trwoga ujawnia ni- cość… Trwoga odbiera nam mowę. Ponieważ byt w całości wyś- lizguje się i tak właśnie narzuca nicość, przeto milknie… wszelkie stwierdzenie, że coś jest.

Heidegger, a także, jak się wydaje, Hegel, nazywa nicość by- ciem (das Sein) bytu (das Seiende) [3]. Bycie nie jest więc bytem lecz jest czymś nieograniczonym, transcendentnym, czymś co wykracza poza obszar metafizyki, poza wszelkie obszary i ograni- czenia.

Zanim przejdziemy do dalszych rozważań nad nicością, czy byciem, spójrzmy jak przedstawia doświadczenie nicości amery- kański przyrodnik i pisarz Carlos Castaneda [4]. Przebywał on przez wiele lat wśród meksykańskich Indian, gdzie terminował u pewnego szamana Juana Matusa. Zdobywana u Matusa wiedza praktyczna ma także swoją wykładnię teoretyczną, zdumiewająco zbieżną z dopiero co omówioną myślą Heideggera. Byt ma tu naz- wę tonal, a nicość nagual. Tak oto opisuje Castaneda doświad- czenie nicości, które przeżył podczas wtajemniczenia, w towa- rzystwie innego ucznia Matusa, chłopca o imieniu Pablito:

„Znalazłszy się nad urwiskiem, nie zauważyłem nikogo i zacząłem podskakiwać w miejscu, oddychając głęboko. Po chwili uspokoiłem się nieco. Stałem nieruchomo, tyłem do urwiska i nagle zauważyłem przed sobą sylwetkę człowieka. Siedział z głową ukrytą w ramionach. Przeży- łem moment silnego lęku, ale zaraz wyjaśniłem sobie, że tym człowie- kiem musi być Pablito, bez wahania więc ruszyłem ku niemu. Zawoła- łem Pablitę po imieniu. Wyobraziłem sobie, że pewnie nie wiedział kim jestem, przestraszył się tak, że zakrył twarz, aby nie patrzeć. Zanim jednak się do niego zbliżyłem, ogarnął mnie niezrozumiały strach. Zesz- tywniałem w miejscu z wyciągniętą przed siebie ręką. Człowiek podniósł głowę. To nie był Pablito. Oczy jego były jak dwa olbrzymie lustra, jak ślepia tygrysa. Moje ciało odskoczyło jak sprężyna, zupełnie bez udziału woli. Wykonałem skok w tył, tak szybko i tak daleko, że w normalnych warunkach byłoby to nie do pomyślenia. Byłem tak przerażony, że ucie- kłbym stamtąd natychmiast, gdyby ktoś nie przytrzymał mnie silnie za ramię. Uczucie, że ktoś trzyma mnie za ramię, wpędziło mnie w zupełną panikę. Krzyknąłem. Mój wybuch nie był zwykłym krzykiem, ale przecią- głym, strasznym wyciem.

Zwróciłem teraz twarz w stronę napastnika. Był to Pablito, który drżał jeszcze bardziej niż ja. Moje zdenerwowanie doszło do zenitu. Nie mogłem mówić, szczękałem zębami, a po grzbiecie przebiegały mi dresz- cze, od czego kurczyłem się bezwiednie. Musiałem oddychać ustami.

Drżącym głosem Pablito powiedział, że czyhał na niego NAGUAL. Ledwie wydostał się z jego szponów, gdy wpadł na mnie, a ja o mało nie zabiłem go swoim wrzaskiem. Zacząłem się śmiać, wydając z siebie naj- dziwniejsze dźwięki. Kiedy odzyskałem panowanie nad sobą, powiedzia- łem Pablicie, że najwidoczniej to samo przytrafiło się mnie. W efekcie moje zmęczenie zniknęło i poczułem przypływ siły. Pablito najwyraźniej czuł to samo. Zaczęliśmy nerwowo chichotać.”

Tak silne przeżycie trwogi jest niewątpliwie ewenementem. Doświadczenie nicości jako przeżywanie irracjonalnych emocji stanowi wszelako przedmiot zainteresowań wielu świeckich ba- daczy doświadczeń religijnych. Na przykład znany religioznawca niemiecki Rudolf Otto opisuje doświadczenie nicości w swej książce Świętość, nazywając ją mysterium tremendum.

Powracając jednak do wcześniej zgłoszonej myśli, spróbujmy przeżywaną w ten lub inny sposób nicość uznać za przeżywanie świadomości, która jawi się człowiekowi jako bycie bytu. Świa- domość zostaje przeto określona jako kategoria istnienia wykra- czająca poza obszar metafizyki. Jest ona czymś innym niż byt, niż materia. Wraz z materią świadomość wyrasta z Wszechbytu, z Jedynej Substancji, potwierdzanej przez różne, wspomniane już źródła starożytności i współczesności.

Świadomość a forma

Świadomość pojawia się więc wraz z materią jako jej nieod- łączny drugi biegun. Wraz z materią wyrasta ze wspólnego pnia - Ducha.

Materia jest ograniczona. Jej atrybutem jest mnogość róż- nych kształtów, indywidualnych form, zmieniających się lub przechodzących jednych w drugie wraz z upływem czasu. Forma jest nieodłączną cechą materii.

Świadomość nie posiada formy, jest niezmienna w czasie i odczuwa siebie jako jedność, całość. Lecz indywidualny byt ma- terialny, przedstawiony jako forma, „pławi się” w świadomości, jest jakby w niej zanurzony. Świadomość przylega, zespala się z formą, identyfikuje się z nią. Taka zespolona świadomość „odczu- wa” siebie jako cząstkę całości, jako właśnie formę. „Przeżywa” wszelką zmianę lub zniszczenie formy jako utratę swego istnie- nia. Z drugiej jednak strony świadomość ma poczucie swej nie- zmienności, wieczności. Stąd powstaje konflikt. Utrata formy jawi się identyfikującej się z nią świadomości jako trwoga.

Nasuwa się pytanie: co dzieje się z indywidualnym bytem, z materialną formą, gdy odłączy się od niej świadomość? Można sądzić, że forma przestaje wtenczas istnieć, powraca wraz z ut- raconą świadomością na łono pramaterii lub na macierzyste łono Ducha, skąd się wyłoniła i dokąd nie sięga nasza zdolność wyob- rażni.

Przypuśćmy jednak, że istnieje coś, co można by nazwać z- miennością świadomości. Przypuszczenie takie czynimy pomimo, że pozornie przeczy ono rygorystycznie rozumianej jej niepodziel- ności lub jedności. Zezwala jednak na to zasada komplementar- ności [5].

Wyobraźmy sobie zatem, że „odspaja się” od formy nie cała świadomość, lecz jakby jej część. Być może niektóre formy, o specjalnej strukturze, mogą wiązać ze sobą pewien nadmiar świadomości, który może odspajać się, nie tracąc swej identyfi- kacji z formą. Istnienie takiego nadmiaru może leżeć u podstaw tajemnicy życia, obdarza on bowiem indywidualny byt szczegól- nymi możliwościami rozwoju. Odspojona od formy świadomość może jakby częścią siebie wyłaniać się z formy, a potem do niej powracać. Proces ten leży u źródeł percepcji i poznawania świata, wytycza także granicę pomiędzy tym co subiektywne bądź obiek- tywne, między podmiotem a przedmiotem.

Jeżeli natomiast nadmiar świadomości jest dostatecznie duży i część jej nie tylko odspaja się od formy, lecz także przestaje się z nią identyfikować - wówczas może ona odczuwać trwogę lub zi- dentyfikować się (chwilowo bądź trwale) z inną formą. Musi to powodować określone przeżycia, które są zresztą opisywane przez mistyków, jogów i innych ludzi uprawiających ćwiczenia związa- ne ze zmianą stanu świadomości. Mistycy chrześcijańscy przeży- wają zachwycenie, jogowie i buddyści - samadhi lub satori. Są to stany szczęśliwości, w których odspojona świadomość identyfi- kuje się z wyższą, doskonalszą formą. Może także nastąpić iden- tyfikacja z niższą, mniej doskonałą formą. Na przykład znane są spontaniczne przeżycia tożsamości z najbliższym otoczeniem lub z osobą, a nawet z przedmiotem martwym, na którym zatrzyma się skupiona uwaga [6].

Tak więc w każdej formie bytu widzialnego i niewidzialnego, organicznego i mineralnego, materia i świadomość występują pospołu, niejako w różnych proporcjach, tworząc liczne przebo- gate struktury i formy. Można by powiedzieć, że udział świado- mości w materii demonstruje się jako zdolność materii do orga- nizowania się. Zależnie od tego, która z tych kategorii istnienia przeważa w badanym przedmiocie - przedmiot ten w mniejszym lub większym stopniu podlega prawom działającym zawsze jed- nakowo, gdy tylko warunki, w których to prawo się przejawia, są jednakowe.

Izolacja nauk przyrodniczych, wynikająca z rygorystycznej dbałości o ich obiektywny charakter, jest naturalną konsekwen- cją dualizmu, lub monizmu materialistycznego, głęboko zakorze- nionego w naszej kulturze. Akceptuje się szczegółowe badania materii w oderwaniu jej od świadomości, traktując materię jak oddzielny, niezależny „pierwiastek” bytu. Postawa taka, ugrunto- wana w oczywistości makroskopowych doświadczeń, stanowi rodzaj dogmatu w nauce i, jak każdy dogmat, porządkuje i ułat- wia zrozumienie jednych spraw, ale dla zrozumienia innych sta- nowi zaporę. Dopiero po zredukowaniu dogmatu do rangi hipote- zy, można tę hipotezę zmienić a zaporę usunąć.

Weźmy jako przykład współczesną teorię grawitacji. Pole gra- witacyjne jest jednym z kilku rodzajów pól znanych fizyce współ- czesnej. Różni się jednak istotnie od innych pól (co stanowi prze- szkodę w opracowaniu jednolitej teorii pola) gdyż jest jednobiegu- nowe. W grawitacji ciał pozostających we wzajemnym spoczynku istnieje tylko przyciąganie, a nie ma odpychania. Zarówno New- ton, jak i fizycy współcześni, akceptują tę połowiczność teorii grawitacji, a w konsekwencji niemożliwość zmiany bądź odizolo- wania się, czy też innego pokonania pola grawitacyjnego, bez dynamicznego wykorzystania siły odśrodkowej.

Fot. 6

Zjawisko lewitacji człowieka badane

w laboratorium MERU w Szwajcarii

Być może jednak ten drugi biegun pola grawitacyjnego tkwi w świadomości, a więc w obszarze ignorowanym przez fizykę? Przy- puszczenia takie mogą nasuwać się chociażby w obliczu doświad- czeń zmiany ciężaru ciała ludzkiego na skutek zmienionych sta- nów świadomości. Tego rodzaju badania wykonuje się w instytu- tach parapsychologii na Zachodzie. Na przykład w 1977-mym roku ogłoszono wyniki badań wpływu zmienionego stanu świado- mości podczas tzw. medytacji transcendentalnej - na procesy fiz- jologiczne i fizyczne organizmu ludzkiego. Przedstawiono też zja- wisko lewitacji człowieka [7] (unoszenie się w powietrzu, Fot. 6).

Rzecz jasna, że uwzględnienie czynnika świadomości w nau- kach przyrodniczych prowadzi do fundamentalnych zmian od dawna ugruntowanych teorii, nie może przeto odbyć się bez opo- rów i bez pokonania wielorakich trudności.

Ktoś powiedział, że piękno jest wyrazem szczęśliwości pocho- dzącej z władzy Ducha nad materią. Może władza ta wynika wła- śnie ze zdolności identyfikacji i odspajania świadomości od for- my? Z pewnością tak, ale nie jest to chyba jedyne jej źródło.

Można by przypuszczać, że świadomość ma także inne cechy, mianowicie jakieś zdolności decyzyjno-energetyczne. Zdolności te przejawiają się jako wyobraźnia, wola i moc w procesie tworzenia oraz przemiany form. Są to czynniki warunkujące wszelki byt i ruch, bez nich nic by się nie działo i nie przejawiło. Na przykład hinduska mantra, wyrażana zwykle określonym dźwiękiem, jest symbolem mocy i ruchu, a sposób przejawienia mantry w jej dwojakim aspekcie, jedności i mnogości, wraz z odpowiednią ar- tykulacją, strukturą - jest słowem, sterującą instrukcją, wyraża- jącą akt woli twórczej.

Jakie jest jednak źródło tych cech, tych czynników? Czy is- totnie należy je przypisać świadomości? A może znajduje się ono poza wszelkim przejawieniem?

Postępując w miarę ostrożnie, należałoby się uchylić od po- chopnych odpowiedzi na takie pytania. Można jedynie, robiąc znów użytek z wyobraźni, przypuszczać, że pamięć określonych struktur twórczych może być zachowana w jakiejś najbardziej subtelnej formie, z którą identyfikuje się cała kosmiczna świado- mość w jej jednościowym aspekcie. Byłby to Bóg Osobowy, Oj- ciec, który zgodnie z zasadą komplementarności ma w sobie “tło” pramaterii, Pramacierzy z którą się zespolił. W przeciwnym razie - odszedłby na niepojęte łono Ducha.

Jeśli pogląd taki nie jest słuszny, wtenczas źródła woli i mocy należałoby upatrywać w obszarach wykraczających poza obie ka- tegorie istnienia, tj. świadomość i materię. Źródłem tym mogłaby być Jedyna Substancja, Duch, który w ostatecznym rozrachunku jest źródłem wszystkiego.

Bez względu jednak na źródło, zarówno wola jak też moc przejawiają się jako cechy świadomości. O tym znów poucza nas Prawo Jedności Przeciwieństw, gdyż obie te cechy są komplemen- tarne lub przeciwstawne do cech materii. Ogólnie można by po- wiedzieć, że im bardziej subtelna jest materia tym większa jest jej wrażliwość na oddziaływanie świadomości i tym większy nadmiar świadomości może być z nią zespolony. Tak więc rozwój świado- mości, aczkolwiek w swej istocie nie podlega ona żadnym zmia- nom, można rozumieć jako proces zmiany form materialnych, z którymi się świadomość identyfikuje. W tym kontekście wypada więc mówić jedynie o rozwoju samoświadomości.

Możemy uznać że świadomość, w stosunku do formy mater- ialnej, przyjmuje różną składnię. Może ona występować w ilości niezbędnej jedynie do utworzenia i zachowania formy. Tę ilość, lub cechę, nazwiemy aspektem III świadomości. Nie odspaja się ona w zasadzie, ani też nie przestaje identyfikować się z formą.

Pewien nadmiar świadomości, który wprawdzie odspaja się, ale nie może utracić identyfikacji z formą, nazwiemy aspektem II. Wreszcie aspektem I nazwiemy taki nadmiar, który może przestać identyfikować się z formą. Aby to było możliwe, musi on jednak formę ową odpowiednio przystosować, zmienić i rozwinąć. Gdy tego dokona i przestanie ze swoją formą identyfikować się, wów- czas może utrzymać z nią zespolenie, bądź też zespolić się z inną formą. Może też osiągnąć coś, co nazwalibyśmy zdobyciem wła- dzy nad formą, wyzwoleniem .

Można by też zauważyć, że te trzy aspekty świadomości odpo- wiadają tzw. trzem przejawieniom Logosu, uznawanym przez róż- ne szkoły wiedzy ezoterycznej . Są to: Matka (lub Duch Święty, III), Syn (II) i Ojciec (I). Darzą one materię: formą, życiem i czło- wieczeństwem [8].

Reguła tworzenia form przestrzennych

Spróbujmy teraz opisać pewną heurystyczną regułę przeja- wiania Prawa Jedności Przeciwieństw, zgodnie z którą mogą two- rzyć się formy przestrzenne. Zróbmy następujący eksperyment myślowy:

Wyobraźmy sobie przezroczystą kulę o niejednakowej gęstości (Rys. 1A). Niech w środku N tej kuli będzie największa, teoretycz-nie prawie nieskończenie wielka gęstość. Przypuśćmy, że gęstość

Rys. 1

Kreacja przestrzeni świetlnej.

A - anizotropowa quasi-przestrzeń,

B - dwubiegunowa przestrzeń świetlna.

ta maleje w jakiś określony i ciągły sposób, gdy oddalamy się od środka kuli. Na rysunku widać koliste izolinie, łączące punkty o jednakowej gęstości. Mamy więc do czynienia z obszarem o centralnej anizotropii. Umieśćmy w środku tej kuli źródło świat- ła S. Promienie tego światła będą rozchodziły się prostopadle do izolinii gęstości, a dla obserwatora z zewnątrz - kula powinna świecić.

Przesuńmy teraz źródło światła S w dowolnym kierunku na odległość e od środka kuli N. W tej nowej sytuacji promienie świetlne zostaną odgięte w znany sposób, przedstawiony na ry- sunku 1B, tworząc figurę przypominającą kształtem pole mag- netyczne. Nawiasem mówiąc podobieństwo to jest nie tylko wzro- kowe lecz także głębsze, gdyż tory odgiętych promieni są opisy- wane matematycznie tak samo, jak tory linii pola magnetycznego [9].

Jeżeli promień naszej przezroczystej kuli jest dostatecznie du- ży, to żaden promień światła (z wyjątkiem jednego, zorientowane- go w kierunku NS) nie powinien jej opuścić. Na tym kończymy naszą myślową konstrukcję.

Nazwijmy teraz, powołując się na terminologię zaczerpniętą z sanskrytu, przezroczystą kulę jantrą, lub anizotropową quasi-przestrzenią ze środkiem N, źródło światła - mantrą lub emite- rem S, a utworzony obszar świetlny - tantrą lub przestrzenią T. Załóżmy, że istnieje ścisły związek między ilością energii (światła) wysłanej przez mantrę S, a odległością e między biegunami N oraz S, i rozległością jantry (promieniem kuli) R. Jeżeli impuls energii, tworzącej przestrzeń świetlną (tantrę), powtarza się cykli- cznie - to być może przejawią się wtedy cechy sprężystości: man- tra S w każdym cyklu zbliża się do bieguna N, pokrywa się z nim (w tym momencie tantra całkiem zanika) i przechodzi na przeciw- ną stronę bieguna N, znów kreując tantrę. Poruszając się w ten sposób, np. ruchem harmonicznym, mantra, a tym samym prze- strzeń nazwana tantrą, podlegają osobliwej wibracji dynamicznej.

Przepraszając za wprowadzenie obcych nazw i za, być może, trochę kłopotiwy fragment związany z eksperymentem myślo- wym, chciałbym zauważyć, że ilustruje on pewną regułę kreacji, czyli tworzenia przestrzeni anizotropowej - przez „rozdwojenie”. Zgodnie z tą regułą, jak już mówiono, może przejawiać się Prawo Jedności Przeciwieństw. Jest ona oparta w dużym stopniu na wyobraźni i na historycznych analogiach. Używając słów hindus- kich wskazujemy na jej zbieżność z dawnymi poglądami filozofów orientalnych. Znajduje ona także wyraz w tzw. sztuce tantrycz- nej, co jest oddzielnym ciekawym zagadnieniem.

Omówiona reguła nie została opisana i zweryfikowana współ- czesnymi metodami badawczymi. Temat ten, być może, czeka na swego naukowego odkrywcę. Pomimo to można by pójść o krok dalej i w świetle przedstawionej reguły wyobrazić sobie, jakie re- perkusje kosmologiczne mogłoby spowodować zakwestionowanie izotropowości przestrzeni w ogóle.

Nie trzeba chyba podkreślać, jak bardzo niepopularny jest to pogląd. Oznacza przecież rewizję podstaw fizyki, a w każdym ra- zie przebudowę teoretycznych założeń niektórych jej gałęzi. Trzeba jednak zauważyć, że wśród fizyków współczesnych są wybitni badacze, jak np. brazylijski fizyk Cesar Lattes, którzy kwestionują izotropowość przestrzeni, stałą prędkość światła, a więc godzą w podstawy fizyki relatywistycznej. Także ostatnie od- krycie podłużnej składowej drgań fali świetlnej, którego dokonali znakomici fizycy L. de Broglie i Vigier, może prowadzić do uzna- nia anizotropowości przestrzeni.

Rys. 2

Przebieg promieni w Układzie Słonecznym

pomiędzy Ziemią a środkiem anizotropii

(przekrój I - I przez jantrę wg rys. 1B)

NS - bieguny przestrzeni świetlnej, Z - Ziemia

Wyobraźmy sobie, że przestrzeń jest anizotropowa i że w na- szym Układzie Słonecznym, gdzieś w pobliżu Słońca, znajduje się środek anizotropii (Rys. 2).

Szybkość światła na orbicie ziemskiej wynosi około 300 tys km/sek, lecz w tych warunkach maleje ona wraz ze zbliżaniem się do Słońca, a w miarę oddalania się - wzrasta. W jakimkolwiek kierunku wysłalibyśmy promień z Ziemi - nieuchronnie dotrze on do środka anizotropii. Tak więc cały Układ Słoneczny staje się czymś w rodzaju gigantycznego mikroskopu, ustawionego na śro- dek anizotropii N. Uwięzione w tym środku „elementarne” cząstki materii, o wielkościach odpowiednich dla długości fali przy zmniejszonej prędkości światła, są interpretowane jako gwiazdy. Wielokrotny przebieg promieni przez całą przestrzeń Układu uka- że widzowi odległe „galaktyki”. Gdybyśmy, dając upust fantazji, wyobrazili sobie podróż do gwiazd to mogłoby się okazać, że w istocie podróżujemy w głąb materii wewnątrz Układu Słoneczne- go.

Przedstawiony w ten sposób przykładowy, fantastyczny obraz Układu Słonecznego budzi zrozumiałe protesty. Nie musi się jed- nak zakładać, że środek anizotropii znajduje się w naszym Ukła- dzie Słonecznym. Równie dobrze można go umieścić np. w pobli- żu środka Galaktyki, bądź też przyjąć istnienie we Wszechświecie wielkiej ilości (kardynalnych) przestrzeni o centralnej anizotropii. Mogą też wchodzić w rachubę różne rodzaje pól, spośród których może nie wszystkie zostały już odkryte. Chciałbym tylko pokazać, jak bardzo dalekosiężne konsekwencje w interpretacji świata mo- gą wynikać ze zmiany pewnych, może zbyt arbitralnie uznanych, zbiorowych sugestii w nauce.

Wróćmy jednak do omówionej reguły kreacji. Spróbujmy za- bawić się w czarodziejów i wyobraźmy sobie że gdzieś, gdzie być może inaczej przejawiają się atrybuty czasu i przestrzeni, w ja- kimś nieznanym nam lecz dostępnym wymiarze, istnieje jako ar- chetyp opisana przez nas reguła. Replikuje się ona w przejawio- nej sferze bytu w różnych relacjach czasowo-przestrzennych o niewyobrażalnie zróżnicowanej skali wymiarowej: od najdrobniej- szej cząstki materii do planety lub gwiazdy. Skala przejawienia każdej tantry może zależeć od wielkości porcji energii wzbudzają- cej, wirtualnie (w nieznany na razie, nieobserwowany sposób) przejawiającej się w odpowiednich punktach quasi-przestrzeni.

Rys. 3

Układy kul których środki tworzą bryły foremne

(widok z góry)

A - czworościan, B - sześcian, C - ośmiościan

Obszary tantr, w pewnym zakresie, mogą zawierać się je- den wewnątrz drugiego lub mogą tworzyć wypadkowe tantry nad- rzędne i inne skomplikowane układy [10].

Wyobraźmy sobie dalej, że istnieje określona kolejność two- rzenia się i organizowania tantr w coraz to bardziej złożone for- my. Niech jako pierwsze w tej kolejności tworzą się tantry niez- różnicowane, o bardzo małych porcjach energii wzbudzającej, które mogą nam kojarzyć się np. z grawitonami, cząstkami pola grawitacyjnego. Mamy więc do czynienia ze zbiorem czegoś w ro- dzaju niesłychanie drobnych „bąbelków”, czy kulek o jednakowej średnicy. Przypuśćmy, że kulki te gromadzą się w grupy po kilka sztuk, tworząc różne możliwe układy, przedstawione na Rys. 3. Połączenie środków kul któregokolwiek z tych układów tworzy fo- remną bryłę geometryczną. Cztery kule formują czworościan, osiem kul - sześcian, sześć kul, inaczej ułożonych - ośmiościan. Jeżeli wymienione bryły uzupełnimy o dwunastościan i dwudzie- stościan foremny to będziemy mieli komplet brył platońskich (Rys. 4). Jak bowiem wiadomo Platon utrzymywał, że struktura materii jest rozpostarta na bryłach foremnych.

Rys. 4

Bryły platońskie

A - czworościan, B - sześcian, C - ośmiościan

D - dwunastościan, E - dwudziestościan

Interesujący jest przede wszystkim mechanizm grupowania się owych elementów i tworzenia coraz to bardziej skomplikowa- nych form przestrzennych. Weźmy najpierw pod uwagę grupy najprostsze, składające się z dwóch lub trzech kul. Połączenie liniami prostymi ich środków nie może tworzyć brył przestrzen- nych lecz tylko płaskie elementy geometryczne: odcinek prostej lub trójkąt. Niemniej grupy te tworzą jakby tantry drugiego rzę- du, dwu- lub trójelementowe. Z kolei tantry drugiego rzędu łą- cząc się mogą tworzyć tantry trzeciego rzędu, itd. Być może łą- czą się ze sobą także tantry różnych rzędów.

Cóż jednak wiąże, utrzymuje te składowe tantry? Zwróćmy jeszcze raz uwagę na tantrę trójelementową. Wyobraźmy sobie, że każda z trzech tantr składowych przekazała część swej energii (część mantry) na rzecz tantry wyższego rzędu. Na skutek tego gdzieś, np. w pobliżu środka ciężkości trzech tantr składowych, tworzy się „ufundowana” przez nie mantra, kreująca tantrę wyż- szego rzędu. Sposób przeniesienia energii z mantr składowych do mantry wypadkowej jest nam wprawdzie nieznany, można jednak przypuszczać, że dzieje się to poprzez jakieś zjawisko zbliżone do rezonansu podobnych do siebie wibracji.

Przypuśćmy dalej, że ilość energii przekazywanej mantrze wy- padkowej przez mantry składowe może narastać, przez co zwięk- sza się trwałość tantry wyższego rzędu, a jej mantra nabiera zdol- ności do tworzenia tantr jeszcze wyższego rzędu. W taki sposób mogą powstawać różne skomplikowane formy. Struktura tych form jest jakby zapamiętana, aczkolwiek mantry należące do tantr niższych rzędów przekazały gros swej energii na rzecz tantr rzędów wyższych, tworząc coraz masywniejsze formy materialne.

Rodzą się pytania: Jakie prawa rządzą dystrybucją energii twórczej mantr? Co powoduje, że tantry grupują się i rozpadają w taki a nie inny sposób? Skąd się bierze celowość i piękno powsta- jących form? Jakie jest źródło i istota życia?

Jest to kolejna grupa pytań, na które nie sposób znaleźć od- powiedzi w sferze racjonalnego myślenia, którego poprawność weryfikują jedynie doświadczenia zmysłowe, zewnętrzne.

Można by przypuszczać, że wszystko zależy od wyobraźni i owej woli, która określa wszelki byt i kreację. Wola „piętnuje”, naznacza sobą każdą formę i każdą żywą istotę z którą zespolił się aspekt III lub II świadomości. Procesy kreacji przebiegają w tych obszarach niejako spontanicznie, gdyż formy owe nie ma- ją poczucia swej indywidualności, podmiotu zdolnego do podej- mowania twórczych aktów decyzyjnych.

Spośród znanych nam istot dopiero człowiek, obdarzony as- pektem I świadomości, jest zdolny przejawiać uświadomioną wo- lę. Przejawia się ona wraz z ową samoświadomością, odczuwaną jako poczucie „ja”.

Psychiczne uwarunkowania sztuki

Zanim przejdziemy do uwag o psychice w kontekście twór- czości artystycznej, chciałbym wskazać na pewne wzorce budowy materii, ongiś skompromitowane i wyparte z obszaru badań przy- rodniczych jako nienaukowe. Chodzi mianowicie o koncepcje o- kultystyczne bądź teozoficzne, zaliczane do ezoterycznych, które powstały dzięki wykorzystaniu takiego fenomenu psychiki, jak szczególnego rodzaju jasnowidzenie i wyobraźnia.

Zgodnie z tymi koncepcjami nasz Układ Słoneczny jest zako- dowany liczbą siedem. Istnieje siedem stopni zagęszczenia ma- terii z których znany nam stopień fizyczny jest „najgrubszy”, naj- mniej subtelny. Psychika jest tworem materialnym składającym się z materii subtelniejszej niż fizyczna: astralnej (uczuciowej) i mentalnej (myślowej). Psychikę tworzą liczne formy (powstające, być może, zgodnie z wcześniej opisaną regułą). Poszczególne for- my zachowują określony stopień autonomii, niemniej w obrębie jednostki ludzkiej łączą się w pewien agregat, który w psycholo- gii głębi nazwano psyche.

Pośród wielu form tworzących psyche jedna jest wyróżniona, utworzona z najsubtelniejszej materii myślowej, w której odbija się Kosmiczna Świadomość, Jaźń. Odbicie to jest poczuciem „ja”, zawartym w samoświadomości naszego indywidualnego bytu. Psycholodzy formę tę nazywają ego. Otóż ego ma pozycję uprzy- wilejowaną w psyche, gdyż może władać środkami percepcji i ekspresji.

Uważność ego, w zwyczajnych warunkach, jest zwrócona na świat zewnętrzny. Nie zastanawiamy się na ogół nad źródłem i naturą naszych myśli i pragnień, lecz identyfikujemy się z nimi, uważamy je za swoje, za siebie samych. Człowiek wszakże, w pewnym okresie swego rozwoju, ma szansę zwrócenia uwagi na własną psyche, na swój świat wewnętrzny. Zaczyna wówczas stopniowo dostrzegać i pojmować, że jego uczucia, pragnienia i myśli są czymś innym niż on sam - zaczyna je traktować trochę podobnie jak zewnętrzne przedmioty. Dla ego oznacza to począ- tek indywiduacji, intensywnego rozwoju samoświadomości. Przeżywanie tego procesu należałoby uznać za niezbędny waru- nek wszelkiej autentycznej twórczości artystycznej, uprawiania sztuki.

Indywiduację twórcy można by więc rozumieć jako zdolność do utraty identyfikacji ego z napływającymi doń formami psychi- cznymi, pochodzącymi z głębi psyche. Zachowane jest przy tym zespolenie z tymi formami [11].

Należy ponadto uznać, że ego dysponuje także pewną ilością energii psychicznej poddanej swej woli, która stanowi „moc” ego. Może ono tworzyć własne idee i przejawiać je, co zazwyczaj czyni poprzez formy mentalne, najmniej energochłonne.

Zwróćmy teraz uwagę na dwie władze psychiczne człowieka: intelekt i rozum. Nie określając dokładnie tych władz zauważmy na razie, że występują one razem, jakby w różnych proporcjach, lecz istotnie różnią się od siebie.

Intelekt funkcjonuje w uświadomionym obszarze psychiki. Zależnie od ilości dysponowanej przez ego energii psychicznej może ono przejawiać większą lub mniejszą sprawność i zasięg in- telektu. Zasięg ten odgranicza pewien obszar, stanowiący racjo- nalną strefę psyche, zwaną wiedzą. Jest on również obszarem form uświadamianych niejako społecznie, gdzie funkcjonuje ję- zyk i inne środki komunikowania się ludzi. Do tego obszaru na- leżą także środki wyrazu, którymi „zmuszona” jest posługiwać się sztuka. Czyni to przypisując owym środkom głębsze, symbo- liczne znaczenie, do którego jeszcze wrócimy.

Rozum jest wyrazem braku identyfikacji ego z uświadomiony- mi sobie formami oraz wrażliwości na przekazy pochodzące od form nieuświadomionych, stanowiących irracjonalną strefę psy- che.

Dzięki indywiduacji przeto - człowiek przekracza obszar form uświadamianych społecznie, przenika swą świadomością w irra- cjonalną strefę psyche i zdobywa wiedzę oraz doznaje przeżyć, które nie dają się wyrazić konwencjonalnymi środkami społecz- nej komunikacji.

Owa wiedza i przeżycia wytwarzają pewien potencjał, skłania- jący twórcę do ich wyrażenia. Dostępne środki wyrazu pozostają jednak w całości w racjonalnej strefie psyche. Dlatego twórca w- zbogaca je nadając im sens symboliczny, pozwalający przekazać także te spośród doznań zaczerpniętych z irracjonalnej strefy psyche, które mogą być przyjęte i uświadomione, bądź doznane przez społecznego odbiorcę.

Rysunek, jako dziedzina sztuki będąca przedmiotem tego Triennale, stanowi niewątpliwie środek wyrazu szczególnie poda- tny do nadania mu głębokich treści symbolicznych. Stanowi więc wdzięczny wyraz ekspresji twórczej w sztuce.

Kończąc tę dość długą wypowiedź o świadomości i formie chciałbym zauważyć, że na pewno wiele z tego co tu powiedzia- łem można zakwestionować. Nie są to bowiem sprawy, które da- dzą się skutecznie bronić na racjonalnym gruncie. Łatwo też można posłużyć się etykietą, np. nazwać przedstawione tu po- glądy uproszczeniem hinduizmu, neoplatonizmu, bądź dopatrzeć się w nich innych źródeł. Może żadna z takich etykiet nie byłaby całkiem pozbawiona słuszności.

W używaniu etykiet kryje się jednak pewne niebezpieczeńst- wo dla tego, kto ich używa. Działa bowiem wówczas pewien me- chanizm przejawiający się zwykle przy używaniu mowy. Miano- wicie gdy wypowiadamy jakieś słowo wydaje się nam, że wiemy wszystko o przedmiocie, któremu to słowo przyporządkowano, co zwykle nie pokrywa się z prawdą. Skłania nas jednak do tego na- wyk psychiczny. Grozi to nieraz poważnymi błędami. Nie łatwo jest wyzwolić się z tej grząskiej pułapki języka. Włączając jednak wyobraźnię i w miarę poprawne myślenie mamy szansę rozwinąć w sobie władze, które pozwolą pojąć wiele spraw ważnych, a co najważniejsze - zrozumieć siebie.

Carl Gustav Jung, po długiej obłożnej chorobie, napisał: Je- dyną mocą leczniczą, która działa na nas, jest poznanie siebie w świetle pełnej prawdy. A trochę później zaznaczył: Psychoneuroza jest ostatecznie chorobą, jakiej ulega dusza, która nie odnalazła sensu swego istnienia [12, s. 11].

Przypisy

[1] Kategorię przeciwstawną do materii tradycyjnie nazywano słowem duch. Jest ono jednak używane w tak wielu znaczeniach, nieraz całkiem luźno określonych, że trudno byłoby uniknąć poważnych nieporozu- mień. Bardzo niesprzyjającą okoliczność stanowi także fakt, że słowa duch używa się w wielu systemach filozoficznych, nadających mu zna- czenie dokładne, lecz o różnych zabarwieniach pojęciowych. Dlatego też słowa Duch będziemy używać tylko jako synonimu Jedynej Rzeczywis- tości, Absolutu, pisząc je z dużej litery. Można jednak przypuszczać, że słowo świadomość, po oswojeniu się z nadanym mu tutaj znaczeniem, może być używane bez zakłóceń także w potocznym języku. Natomiast w węższym, psychologicznym znaczeniu, będziemy używać słowa samo- świadomość.

[2] Martin Heidegger, Budować, Mieszkać, Myśleć. Pisma wybrane, s. 29 ns. Czytelnik 1977.

[3] Wissenschaft der Logik, ks. I, WW III, s. 74.

[4] Carlos Castaneda: Wiedza Juana Matusa z plemienia Yaqui (Indi- ańskie wtajemniczenie). Przekład polski Z.G. Wydanie prywatne, Warsz- awa 1978. Zeszyt 2 s. 49. Na to wydanie złożyły się przekłady fragmen- tów czterech książek Carlosa Castanedy: The Teaching of Don Juan, A Separate Reality, Journey to Ixlan, Tales of Power, wydanych przez Penguin Books w latach 1970-74.

[5] Przy tej okazji można by wspomnieć, w jak wielkie zakłopotanie wprawiało fizyków nielogiczne zachowanie się przyrody np.gdy przyj mo- wano hipotezę o stałej prędkości światła, gdy stwierdzono dwoistą jego naturę lub gdy próbowano zinterpretować odwrócenie kierunku przepły- wu czasu w mikroświecie. Jednak owe kaprysy przyrody jakoś nie na długo zakłócały sen wielu rygorystycznym znawcom jej praw. Niepokoją- ce interpretacje zjawisk, po oswojeniu się z nimi, po prostu pomija się. W mikroświecie traktuje się zjawiska w wielu przypadkach jedynie for- malnie, jako funkcje matematyczne. Jest to jednak możliwe tylko tak długo, dopóki „garnitur matematyczny” pasuje do przyrody. Zasady my- ślenia, zrodzone i ukształtowane w makroskopowym obszarze doświad- czeń człowieka, przy konfrontacji z głębszymi rejestrami praw przyrody nieuchronnie podlegają rewizji. Wraz z rozwojem wiedzy zmienia się jakby „ogniskowa” umysłu, na wyższy poziom przesuwa się ostrość wi- dzenia świata. Gdy Jungowi robiono zarzuty, że jego koncepcje psycho- logiczne są mętne i nielogiczne, odpowiadał, że tak wygląda rzeczywis- tość, widziana z naszego, naukowego szczebla świadomości.

[6] Teoria i metodyka ćwiczeń relaksowo-koncentracyjnych. Praca zbiorowa. PZWL 1975.

[7] Scientific Research on the Transcendental Meditation Program. Col- lected Papers, Volume 1. Edited by David W. Orme-Johnson, Ph.D and John T. Farrow, Ph.D., Maharishi European Research University. Prin- ted in West Germany by MERU Press 1977, s. 734.

[8] Dziś (2008) intuicyjnie bliskie są mi orientalne podania, że cecha- mi Boga są: Byt (Bycie?, Istnienie?); Świadomość; Szczęśliwość; (Sat, Czit, Ananda). Ten sam Jedyny Bóg przybiera różne stany świadomości: Bezosobowy Duch (Absolut); Bóg Osobowy; Bóg Monadyczny, gdy w przejawieniu przyjmuje pseudomnogościową postać Monad. Można by chyba powiedzieć, że Monada jest pojęciem nadrzędnym w stosun- ku do Jaźni i do Istoty. Monada tworzy świat materialny. Gdy na planie fizycznym wiąże się z człowiekiem - jest jego Jaźnią. Jaźń (oraz ego) chyba posiada tylko człowiek. Gdy ego łączy się z Jaźnią - wtedy staje się Istotą człowieka.

[9] W przypadku pola magnetycznego - innego rodzaju musi być tylko przezroczysta kula, quasi-przestrzeń odginająca linie pola. Natura oma- wianej tu quasi-przestrzeni (jeśli ona istnieje) jest dotąd fizykom niezna- na.

[10] W takim ujęciu nie ma istotnej różnicy pojęciowej między przest- rzenią a materią. Zarówno każda cząstka materialna, jak też wszystkie przestrzenie, w których się ona znajduje, są przecież tantrami.

[11] W podobny sposób ego postrzega także przedmioty zewnętrzne, posługuje się jednak przy tym zmysłami, które funkcjonują, dzięki orga- nom zmysłowym, skierowanym na fizyczną strefę świata.

[12] Jacobi, J., Psychologia C.G. Junga. PAX 1968.

Rozdział 9

Przejście do czwartego wymiaru

(Relacja Indianina)

W rozdziale tym przedstawiono cytat odnotowany z warszta- tów prowadzonych w latach 1985 - 1994 przez Drunvalo Melchi- zedeka. Ten wykształcony w USA rdzenny Amerykanin, wywo- dzący się duchowo z indiańskiego pleminia zamieszkującego Ta- os Pueblo podaje, że jest obdarzony atawistyczną pamięcią i wie- dzą, związaną ze „skokowym” przejściem człowieka do czwartego wymiaru. Z jego dziełem zetknąłem się na forum internetowym www.przebudzenie.pl, gdzie z inicjatywy dwóch uczestniczek tego forum został pokazany godny szczególnej uwagi fragment.

Light&Love:

Na specjalne życzenie Doreen zamieszczam opis przemian wg Drunvalo Melchizedeka z książki Pradawna Tajemnica Kwiatu Życia, tom 2: ***

„Przed przemianą

Okres poprzedzający przemianę obejmuje zazwyczaj od 3 miesięcy do 2 lat. Rozpoczyna go najczęściej zmiana w polu geomagnetycznym, która doprowadza ludzi do szaleństwa. Powoduje upadek wszystkich sy-stemów społecznych świata. Sprawia, że giełda upada, a rządy okazują się bezsilne. Władzę przejmuje na krótko wojsko, ale i w jego szeregach występują te same problemy. W następstwie pojawiają się trudności z żywnością oraz innymi artykułami pierwszej potrzeby. Większość ludzi popada w obłęd, zabijają się nawzajem. Na całej Ziemi nie ma ani jedne- go bezpiecznego miejsca.

Jednak dzięki ogromnemu wsparciu, jakie otrzymamy od naszych kosmicznych współbraci, jak również dzięki radykalnej przemianie ludz- kiej świadomości, zrodzi się wielka nadzieja na to, że unikniemy tych za- grożeń. Jeśli to prawda - wszystko wydarzy się bardzo szybko. Nie zdzi- wiłbym się nawet, gdyby zdarzyło się bez ostrzeżenia i dowiedzielibyśmy się o wszystkim na 5 - 6 godzin przed faktem.

Pięć lub sześć godzin przed przemianą

Będzie to dziwny czas z ludzkiego punktu widzenia. Rdzenni Amery- kanie z plemienia, w którym narodziłem się na Ziemi po raz pierwszy, czyli Taos Pueblo, mają wówczas zamknąć się w namiotach, zaciągnąć zasłony, nie wystawiać nosa na zewnątrz i pogrążyć się w modlitwie. Wy- glądanie na zewnątrz wzbudziłoby niepotrzebny lęk.

Na tym etapie rozpocznie się dziwne zjawisko. Dwa wymiary nałożą się na siebie. Możecie wówczas siedzieć w pokoju, a nagle pojawi się przed wami coś, czego tam nie było i czego nie sposób będzie wytłuma- czyć. Być może będzie to przedmiot z czwartego wymiaru, nie pasujący do waszego sposobu rozumienia rzeczywistości. Ujrzycie kolory, jakich nigdy dotąd nie widzieliście. Nabiorą one nadzwyczajnej jaskrawości, jakby posiadały wewnątrz własne źródło światła. Będziecie mieli wraże- nie, że barwy te są emitowane, a nie odbijane. Tymczasem będą one przybierały kształty, jakich wasz umysł nie mógłby sobie wyobrazić. Przedmioty te okażą się najdziwniejszymi rzeczami, jakie kiedykolwiek widzieliście. Wszystko to stanowić będzie naturalny efekt zachodzącej przemiany.

Radzę, byście powstrzymali się od dotykania tych rzeczy. W chwili, w której to uczynicie, zostaniecie wciągnięci do czwartego wymiaru w przy- śpieszonym tempie. Byłoby łatwiej i lepiej dla was, gdyby wszystko odby- wało się z mniejszą prędkością. Skoro nie da się tego uniknąć - taka jest wola Boża.

Przedmioty syntetyczne i myślokształty rzeczywistości lucy- ferycznej

Inne zjawisko, które prawie na pewno będzie miało miejsce, wiąże się z naturą rzeczywistości stworzonej przez Lucyfera, czyli tej, w której żyjemy. Rzeczywistość pierwotna została stworzona w taki sposób, że wszystko co w jej obrębie istnieje, pozostaje ze sobą w boskiej harmonii. W rzeczywistości lucyferycznej technologia stworzyła materiał syntetycz- ny. Materiał ten nie występuje w naturze, toteż nie przedostanie się do rzeczywistości czwartego wymiaru. Ulegnie rozkładowi na elementy, z których został stworzony. Można wprawdzie przesłać materiał syntetycz- ny do innego wymiaru, ale jego przetrwanie w stanie nienaruszonym wy- maga zastosowania szczególnej energii.

Kiedy nastąpią zapowiadane wydarzenia najlepiej schronić się na ło- nie natury, ale jeśli okaże się to niemożliwe - widać taka była wola Boga. Nie przejmowałbym się tym. Przekazuję wam podstawowe informacje, które powinniście poznać przed przemianą.

Wyjaśnię to bardziej szczegółowo. Przedmioty syntetyczne są zaled- wie myślokształtami stworzonymi mocą eksperymentu Lucyfera. Nie istnieją w rzeczywistości pierwotnej. Być może trudno zrozumieć fakt, iż są one tylko myślami. Lepszym określeniem będą „myślokształty”. Pow- stają na płaszczyźnie mentalnej, jak ją nazywają Hindusi, w wyższym wymiarze, z którego przenikają do naszego trzeciego poziomu.

W rzeczywistości ludzkiej człowiek wymyśla coś, wyobraża to sobie, a następnie opracowuje plan wykonania takiej rzeczy. Ludzie potrafią tworzyć na różne sposoby, a ich dzieła manifestują się na Ziemi. Powsta- ją dzięki jednej osobie lub grupie, ale to jest bez znaczenia. Twórca (lub twórcy) nie utrzymują swoich dzieł na płaszczyźnie ziemskiej. Robi to nasza trójwymiarowa siatka opasająca planetę. Jest to siatka świadomo- ści wszystkich ludzi funkcjonujących na tym poziomie. Zatem kiedy u- miera twórca, jego dzieło może pozostać. Gdyby jednak rozerwała się sieć utrzymująca owe przedmioty, natychmiast uległyby one rozpadowi na elementy, z których je wykonano, nie pozostawiając po sobie śladu. A nasza siatka zostanie rozerwana tuż przed lub w czasie przemiany.

Wg Edgara Cayce’a i innych jasnowidzących na Ziemi było już wiele wysoko rozwiniętych cywilizacji, które nie pozostawiły po sobie śladu. Powodem tego były opisywane przeze mnie zdarzenia. Ich materiały syn- tetyczne nie przetrwały ostatniej zmiany wymiarów sprzed 13 000 lat lub z wcześniejszych zmian. Bóg sprząta środowisko swojej pierwotnej rze- czywistości za każdym razem, kiedy otwiera przejście do innego wymia- ru.

Kiedy jakaś zaawansowana w rozwoju kultura kosmitów przybywa na Ziemię i postanawia postawić tu swoją budowlę (na przykład pira- midę), która ma przetrwać dziesiątki tysięcy lat, nie używa do tego celu wyrafinowanych metali w rodzaju nierdzewnej stali. Za budulec służą naturalne materiały występujące na tej planecie, które odznaczają się dużą wytrzymałością oraz trwałością. W ten sposób piramida może prze- trwać naturalną zmianę wymiarów. Starożytne budowle nie są przeja- wem ograniczeń epoki kamiennej, ale inteligentnego działania.

Co więcej, zaawansowane kultury kosmitów pieczołowicie zacierają wszelkie ślady swojej bytności na innych planetach. Zabierają ze sobą swoje ciała albo też rozpuszczają je w powietrzu, aby nie złamać galakty- cznego prawa nieingerencji.

Przemiany planetarne

Zapominając o doświadczeniu narodzin i pobycie w innych wymia- rach, nałożyliśmy na siebie poważne ograniczenia. Po pierwsze, nie mo- żemy przekraczać w rzeczywistości większych odległości. Odległości w naszej rzeczywistości są tak wielkie, że nie potrafimy ich pokonać. Nie udało nam się wydostać nawet poza nasz układ słoneczny, bowiem na obecnym poziomie świadomości jesteśmy więźniami we własnym domu.

Czyż nie jest tak w istocie? Nie jesteśmy w stanie pokonać zbyt wiel- kich odległości na naszych statkach kosmicznych, dopóki zachowujemy konwencjonalną percepcję czasu i przestrzeni. Naukowcy już doszli do tego wniosku. Stwierdzenie, że nigdy nie zdołamy przekroczyć naszego układu słonecznego, odbiera nadzieję. Tymczasem podróż na najbliższą gwiazdę (Alfa Centauri, znajdującą się w odległości około 4 lat świetl- nych od Ziemi) zajęłaby nam 115 milionów lat przy pomocy najnowszej technologii kosmicznej. Ludzie nie żyją tak długo, a przecież chodzi o najbliższą gwiazdę. Dalsze podróże w przestrzeni pozostają zatem w sfe- rze niemożliwości. Musielibyśmy zmienić swój sposób pojmowania czasu i przestrzeni. Poczucie istnienia wymiarów zostało przez nas niemal utracone. Ponieważ jednak wszystko jest doskonałe, przypominamy so- bie o tym teraz, kiedy zaistniała taka potrzeba.

Zatem do dzieła. Opowiem wam szczegółowo, co się zwykle dzieje podczas zmiany wymiarów. Przekażę wam swoje osobiste doświadcze- nia, choć to, co naprawdę będzie miało miejsce, może się różnić od mojej opowieści. Wszechświat bezustannie przeprowadza swoje eksperymenty. Niektórzy woleliby zapewne, żebym przedstawił to w formie opowieści, sądzę jednak, że bardziej odpowiednia będzie najprostsza wersja wyda- rzeń.

Doświadczenie przemiany planetarnej

Pamiętajcie, że to co wam powiem, pokazałby w tej samej formie podręcznik galaktyczny. Jest to typowy scenariusz wydarzeń. Szcze- góły mogą być nieco inne, bowiem życie jest zmienne, jednak znając sce- nariusz, możecie sobie wyobrazić różnice.

Skoro rozpoczęliśmy nowe tysiąclecie, wniebowstąpieni mistrzowie uznali, że początek przemiany nie będzie aktem gwałtu na naszym ży- ciu, bowiem przebyliśmy już dostatecznie długą drogę. Wykonaliśmy og- romną pracę wspomagając narodziny ludzkiej świadomości. Zatem mó- wię wam: możecie się rozluźnić i niczym nie martwić. Cieszcie się tym, co będzie. Będziecie mogli obserwować doskonałość życia, będziecie mo- gli na powrót stać się dziećmi, do czego zawsze tęskniliście. Wiedzcie, że znajdujecie się pod dobrą opieką, że poprowadzi was czysta miłość. Fala tej energii jest o wiele silniejsza od was, więc możecie się poddać życiu i po prostu być.

Zaczynamy opowieść w chwili, w której do przemiany pozostało 6 go- dzin. Budzicie się jasnym, rześkim rankiem z doskonałym samopoczu- ciem. Wstając uświadamiacie sobie, że czujecie się lekko i trochę dziw- nie. Postanawiacie wziąć kąpiel. Obserwujecie strumień wody i w pewnej chwili czujecie czyjąś obecność za plecami. Odwracacie się i widzicie przed sobą jaskrawy świetlisty przedmiot w nieznanych kolorach, który unosi się na metr nad podłogą, tuż przy ścianie. Próbujecie się zorien- tować, co to jest, a tymczasem pojawia się drugi, mniejszy obiekt. Oba przedmioty krążą w powietrzu.

Ruszacie biegiem do sypialni, aby przekonać się, że pokój jest pełen dziwnych przedmiotów unoszących się w powietrzu. Być może przycho- dzi wam teraz do głowy, że wpadliście w chorobę psychiczną lub cierpi- cie na guza mózgu, który mąci wam obraz rzeczywistości. Nic takiego nie ma jednak miejsca. Nieoczekiwanie podłoga zaczyna się rozchodzić, a za nią rozpada się cały dom. Wybiegacie na zewnątrz, gdzie wszystko w przyrodzie pozostało bez zmian poza tym, że w powietrzu krąży mnóstwo najdziwniejszych obiektów.

Postanawiacie usiąść gdzieś w bezruchu. Zaczynacie świadomie od- dychać. Rozluźniacie całe ciało, przez które płynie teraz strumień prany. Czujecie się ugruntowani i spokojni, oczekujecie dalszych wydarzeń wie- dząc, że wszystko to dzieje się z łaski Boga. Nie trzeba donikąd wyru- szać. A przecież rozpoczęliście najwspanialszą przejażdżkę, jaką można sobie wyobrazić. To prastara, a jednocześnie zupełnie nowa i nieznana droga. Jest pięknie, a wy czujecie się fantastycznie. Czujecie w sobie więcej życia niż kiedykolwiek przedtem w ziemskiej rzeczywistości. Spo- glądacie na łąkę spowitą w czerwonej, jaśniejącej mgle, która otacza całą przestrzeń wokół was. Wygląda na to, że mgła ma własne źródło światła. Nie przypomina przy tym mgły, jaką kiedykolwiek oglądaliście. Jest wszędzie. Oddychacie nią.

W waszym ciele pojawia się nieznane odczucie. Nie czujecie się źle, tylko dziwnie. Zauważacie, że czerwona mgła zaczyna przybierać barwę pomarańczową. Za chwilę pomarańczowy przechodzi w żółty, a następ- nie kolejno w zielony, niebieski, purpurowy, fioletowy i ultrafioletowy. Teraz w waszej świadomości eksploduje potężny blask białego światła. Białe światło nie tylko was spowija. Czujecie, że to wy jesteście białym światłem. Nie istnieje dla was nic poza nim.

To ostatnie uczucie utrzymuje się przez dłuższy czas. Powoli, bardzo powoli, białe światło staje się przezroczyste, odsłania się ponownie miejsce, w którym usiedliście. Całe otoczenie nabiera metalicznego po- blasku. Wszystko wygląda tak, jakby było zrobione z czystego złota - drzewa, chmury, domy, zwierzęta, inni ludzie - wszystko z wyjątkiem waszego ciała, które nie musi wydawać się złote.

Niemal niedostrzegalnie ta złota metaliczna rzeczywistość staje się przezroczysta. Powoli wszystko wokół zaczyna przypominać złote szkło. Możecie dojrzeć co znajduje się za ścianami domów; widzicie ludzi przechodzących za murami.

Próżnia - 3 dni w ciemności

Złota rzeczywistość na koniec rozwiewa się, złoty blask ciemnieje, światło zaczyna gasnąć, aż cały wasz świat pogrąża się w całkowitej ciemności. Ciemność spowija was, a cały wasz stary świat odchodzi bez- powrotnie. Nie możecie niczego zobaczyć; nie widzicie nawet swojego cia- ła. Macie świadomość tego, że nadal siedzicie w jednym miejscu, a jed- nocześnie pojawia się wrażenie unoszenia się w powietrzu. Wszystko co znaliście do tej pory znikło bezpowrotnie. Ale nie poddawajcie się lękowi. Nie ma się czego bać. Wszystko dzieje się w sposób naturalny. Oto wkro- czyliście w próżnię pomiędzy trzecim a czwartym wymiarem, próżnię, z której pochodzą wszystkie rzeczy i do której muszą powrócić. Otworzy- liście drzwi między światami. Nie ma tu dźwięków ani światła. Wasze zmysły są bezużyteczne pod każdym względem. Nie możecie nic zrobić, tylko czekać pełni wdzięczności za takie połączenie z Bogiem. W tym mo- mencie możecie zacząć śnić. To dobrze. Czas ten pozbawiony snu mógł- by wydawać się wam wydłużony w nieskończoność. W rzeczywistości spędzicie tam zaledwie 3 dni.

Ściśle mówiąc, wasz pobyt w próżni może potrwać od 2 i 1/4 dnia (najkrótszy możliwy okres) do 4 dni (najdłuższy jaki się dotąd wydarzył). Najczęściej zajmuje on od 3 do 3,5 dnia. Są to, rzecz jasna, ziemskie dni, a czas ten jest kwestią waszego doświadczenia. Nie jest on realny, bowiem czas, jakim go znamy, nie istnieje. Oto więc dotarliście do „kresu czasu” o którym mówią Majowie oraz przedstawiciele innych religii i dróg duchowych świata.

Nowe narodziny

Kolejne doświadczenie jest szokujące. Po upływie 3 dni spędzonych w nicości i w mroku może się wam wydawać, że minęło 1000 lat. Nagle zupełnie nieoczekiwanie cały wasz świat eksploduje w jednej chwili jaskrawym białym światłem. Będzie to oślepiające zjawisko. Ujrzycie najjaśniejsze światło, jakiekolwiek widzieliście i potrzeba będzie czasu, aby wasze oczy do niego przywykły, nauczyły się wytrzymywać taką intensywność.

Doświadczenie to z całą pewnością wyda się wam czymś zupełnie nowym, bowiem właśnie staliście się dziećmi narodzonymi w nowej rzeczywistości. Jesteście dziećmi. Podobnie jak byliście nimi wtedy, gdy narodziliście się na Ziemi, przybyliście z mroku do światła; czuliście się oślepieni i nie wiedzieliście co się wokół dzieje. Teraz jest podobnie pod wieloma względami. Gratuluję! Właśnie narodziliście się we wspaniałym nowym świecie!

Kiedy zaczniecie się przyzwyczajać do nowego intensywnego światła, co może chwilę potrwać, ujrzycie kolory, jakich nigdy dotąd nie widzie- liście i nie zdawaliście sobie sprawy, że istnieją. Wszystko - cała konfi- guracja i pełnia doświadczenia tej rzeczywistości - wyda wam się dziwne, nieznane i nie widziane przedtem z wyjątkiem tych paru chwil, kiedy ujrzeliście przedmioty unoszące się w powietrzu tuż przed przemianą.

W istocie jest to coś więcej niż nowe narodziny. Kiedy rodzimy się na Ziemi, jesteśmy dziećmi, które muszą dorosnąć. Zwykle też traktujemy dorosłość jako koniec swojego rozwoju. Może wyda wam się to dziwne, ale dorosłe ludzkie ciało w nowym świecie jest ciałem dziecka. Od tego momentu zaczniecie rosnąć i dojrzewać, aż osiągniecie dorosłość nowego świata. Dorośli ludzie w świecie czwartego wymiaru są od nas zaskaku- jąco wyżsi. Dorosły mężczyzna ma około 5 m wzrostu, a kobieta około 4.

Wasze ciała będą wyglądały równie solidnie jak w trzecim wymiarze, choć ulegną przemianie. Gdybyście powrócili teraz na Ziemię, bylibyście niewidzialni. Zachowacie waszą strukturę atomową, ale wasze atomy w większości zamienią się w energię. Staniecie się istotami zbudowanymi głównie z energii i niewielkiej ilości materii. Na Ziemi moglibyście przenikać przez ściany, ale w tym świecie macie solidną strukturę. Narodziny w tej rzeczywistości będą dla was ostatnimi w znanej wam strukturze. W piątym wymiarze, w który wkroczycie już niedługo, nie będzie poszczególnych form życia. Stanowi on pozbawiony formy stan świadomości. Nie będziecie mieli ciała, za to będziecie wszędzie jedno- cześnie.

Czas w czwartym wymiarze jest pojęciem całkowicie odmiennym od tego, które było nam znane do tej pory. Kilka minut na Ziemi równa się kilku godzinom w nowej rzeczywistości, a dorosłość osiąga się tu w prze- ciągu 2 ziemskich lat. Istnieją tu również poziomy wiedzy i egzystencji, które trudno sobie wyobrazić z perspektywy nowonarodzonego w tym wymiarze, tak jak dziecko na Ziemi nie zdoła pojąć astrofizyki.

Wasze myśli a kwestia przetrwania

Jesteście zatem dziećmi narodzonymi w nowym świecie. Nie ma to jednak nic wspólnego z poczuciem bezradności. Staliście się potężnymi duchami, które kontrolują całą rzeczywistość za pośrednictwem swoich myśli. To, o czym pomyślicie, natychmiast staje się rzeczywistością! Z początku możecie tego nie zauważyć. Większość ludzi nie dostrzega tej zależności przez pierwszych kilka dni, a przecież one są tu najważniej- sze. Jeśli tego w porę nie zrozumiecie, możecie nie przetrwać w nowym świecie.

Oto więc narodziliście się zaledwie przed kilkoma minutami, a już rozpoczyna się wasza pierwsza wielka próba życiowa. Po otwarciu okna do czwartego wymiaru każdy może przedostać się do środka, ale nie wszyscy mogą tu pozostać.

Przekonaliśmy się, że na tym etapie można podzielić ludzi na trzy grupy. Pierwsza grupa składa się z osób, które są w pełni gotowe do przemiany. Przygotowywały się do niej przez całe swoje życie. Drugą grupę stanowią ludzie, którym brak gotowości. Przepełnieni są lękiem do tego stopnia, że nie pozwolą sobie na opuszczenie trzeciego wymiaru i przejście przez próżnię, czego efektem będzie natychmiastowy powrót na Ziemię. Jest jeszcze trzecia grupa, której udaje się przejść, choć brak jej przygotowania do nowego doświadczenia. Jezus mówił właśnie o nich, kiedy stwierdził, iż „wielu zostaje wezwanych, ale tylko nieliczni zostają wybrani”.

Jezus jest również autorem przypowieści o gospodarzu, którego słu- dzy pytali, co mają zrobić z chwastami zarastającymi pole pszenicy. Pan kazał im pozostawić chwasty, a kiedy nadejdzie pora żniw, ściąć je wraz z pszenicą, a następnie oddzielić ziarna od plew. Gospodarz normalnie kazałby wyplewić chwasty zanim się rozrosną, ale nie w tym przypadku. Jezus chciał przez to powiedzieć, że są dwa rodzaje ludzi - ci, którzy są gotowi oraz ci, którym brak gotowości.

Brak gotowości oznacza, że człowiek niesie za sobą cały swój lęk oraz nienawiść. Kiedy znajdzie się w nowej rzeczywistości, jego lęk i gniew potęgują się. Ponieważ nie zdaje sobie sprawy z tego, że cokolwiek pomyśli, natychmiast się spełnia, jego lęk przybiera realną formę. Nie wiedząc co się dzieje, większość ludzi z początku odtwarza znajome obrazy ze starego świata, a więc coś, co mogą rozpoznać. Czynią tak, aby nadać sens temu, co im się przydarzyło. Nie jest to działanie świadome, raczej czysto instynktowne. Ludzie odtwarzają wówczas znajome obrazy i wzorce emocjonalne. Ale nowa rzeczywistość jest zupełnie inna; tak dziwna, że cały ich lęk wypływa na powierzchnię.

„Co się tu na litość boską dzieje?” - pytają - „To czyste szaleństwo!” Nagle spotykają ludzi, którzy umarli wiele lat temu. Może się również zdarzyć, że na ich oczach ponownie rozgrywają się sceny z przeszłości, nawet z czasów ich dzieciństwa. Nic nie ma sensu. Umysł szuka więc sposobu, aby stworzyć jakiś porządek świata.

Ludzie ci sądzą, że ulegli halucynacjom, a to tylko potęguje ich lęk. Ponieważ zachowali ziemską perspektywę, sądzą, że ktoś chce im w ten sposób wyrządzić krzywdę, więc za wszelką cenę chcą się obronić. Ich ego myśli, że w tej sytuacji powinno posłużyć się bronią. Ponieważ wszy- stko o czym pomyślą, staje się prawdą, natychmiast znajdują karabin z celownikiem, dokładnie taki, jakiego pragnęli. Podnosząc broń myślą, że potrzebna im amunicja i natychmiast odkrywają całe skrzynki naboi. Ładują więc broń i zaczynają się rozglądać za złymi facetami, którzy rzeczywiście pragną ich zgładzić. Kto się wtedy pojawia? Źli ludzie uz- brojeni po zęby. Skoro ich najgorsze obawy zaczęły się potwierdzać, lu- dzie ci rozpoczynają atak. Gdziekolwiek się zwrócą, pojawiają się inni, którzy chcą ich zabić. Ostatecznie zwycięża najgorszy scenariusz i zostają zabici.

Taki lub podobny schemat zdarzeń sprawia, że powracają do świata, który opuścili. To właśnie miał na myśli Jezus, kiedy powiedział: „Kto mieczem wojuje, ten od miecza zginie”. Powiedział jednak również: „Bło- gosławieni cisi, bowiem oni odziedziczą ziemię”. Oznacza to, że jeśli po-zostaniecie w świecie pełni prostoty, miłości, harmonii, pokoju i ufności pokładanej w Bogu oraz w sobie samych, to te właśnie cechy zamani- festują się w waszym świecie. Stworzycie sobie piękny świat pełen har- monii. Będąc „cichymi”, pozwalacie sobie pozostać w wyższym świecie dzięki myślom, uczuciom i działaniom. Przetrwacie.

To, rzecz jasna, dopiero początek. Narodziliście się w nowym świecie i udało wam się przetrwać. Od tego momentu stają przed wami różne możliwości. Jedna z nich, niezmienna dla wszystkich, polega na tym, że zaczniecie badać otaczającą was rzeczywistość i przekonacie się, że wszystko dzieje się w niej zgodnie z tym co myślicie.

Na tym etapie ludzie zwykle przyglądają się własnemu ciału i mocą myśli sprawiają, że jest ono piękne i zdrowe, takie jakiego zawsze prag- nęli. Wszelkie choroby zostają w ten sposób wyleczone, odrastają im nawet odcięte kończyny. Dlaczego nie? Nowe możliwości przypominają zabawki dla dzieci. Ponieważ na tym etapie często zachowujemy swoje ego, ludzie najczęściej dodają sobie urody, wzrostu i uroku. Szybko jed- nak im się to nudzi i zaczynają głębszą eksplorację nowej rzeczywistości.

Jedno jest pewne. Nieoczekiwanie ujrzycie wówczas wielkie światła krążące w miejscu, w którym się znajdujecie. Nazywają się one matką i ojcem. Tak, będziecie mieli rodziców w czwartym wymiarze. Zdarzy się to jednak po raz ostatni, bo już w następnym świecie będzie inaczej.

W chwili, w której przejdziecie do czwartego wymiaru, nikną wszelkie problemy rodzinne, z którymi borykaliście się na Ziemi. Tutejsi rodzice obdarzą was miłością, o jakiej tam mogliście tylko marzyć. Będą was absolutnie kochali i troszczyli się o was. Skoro udało wam się prze- trwać, nie pozwolą, by przydarzyło wam się coś złego. Nie będziecie mu- sieli o nic się martwić. Nastanie czas wielkiej radości. Wystarczy, że pod- dacie się ich miłości i pozwolicie, by was prowadziła. Możecie sobie wów- czas uświadomić, że właśnie wygraliście w wielkiej grze życia.

Cały ból i cierpienie jakich doświadczaliście na Ziemi odejdą w za- pomnienie podczas gdy rozpoczniecie życie na pięknym i świetnym po- ziomie egzystencji. Teraz też objawią się wam cel oraz sens życia. Doś- wiadczycie innego, także prastarego, sposobu bycia. Zawsze mógł on być waszym udziałem, ale zrezygnowaliście z niego. Teraz za to powracacie do stanu świadomości, w którym Bóg jest wyraźnie obecny we wszelkim istnieniu. Jest w każdym oddechu, który przenika do waszego jaśnie- jącego świetlistego ciała.”

————————–

***) Zgodnie z warunkami copyright - cytat ten przedstawiono dla potrzeb poniższej recenzji (komentarza).

Mój komentarz

Dziękuję Light&Love oraz Doreen za ten tekst. Kocham Was za to szczególnie mocno. Nie dlatego żebym dosłownie przyjmował treść tekstu, ale pozwolił mi przemedytować pewną lukę, na którą dotąd nie zwracałem większej uwagi.

Trudno pojąć, dlaczego wiedza historyczna prawie nie wykra- cza poza okres dziesięciu tysięcy lat. Dlaczego dawniejsze cywi- lizacje nie pozostawiły po sobie jednoznacznych, trwałych śla- dów. Nawet u Stwórców Skrzydeł dotąd nie udało mi się natrafić na przekonujące wyjaśnienie, jak w świetle rozwoju duchowego doszło do powstania systemu skierowanego na przetrwanie. Już w świecie zwierzęcym ujawniają się pewne mechanizmy samore- gulacyjne, chociażby związane z pojawieniem się drapieżników. Przecież, pomimo symbiozy zwierząt i człowieka ze światem roś- linnym - także u roślin przejawia się tendencja do współzawod- nictwa i obrony.

Pogląd nawiązujący do poprzednich wypowiedzi, a potraktuj- my go jako „rezonans” w sferze intuicji, jest taki:

Wyzwolone istoty ludzkie mają wielką władzę nad materią. Każdy ich akt wyobraźni i woli realizuje się w materialnych for- mach. W dalszym swoim rozwoju dążą do łączenia się w postać Boga Osobowego, który „wiąże” mnogość w Jedność. Jest emi- terem jednoczącej, nadrzędnej siły miłości.

Istoty owe, w drodze ku Bogu, ale jeszcze przed zakończeniem tej drogi, doświadczają swej władzy nad materią i mogą jedno- czyć się ze sobą. W ezoteryce mówi się o „grupie” wyzwolonych istot ludzkich zjednoczonych w postać Arymana, kreującego pię- kne światy, w których jednak życie oparte jest na łańcuchu po- karmowym. Światy te podlegają kosmicznemu prawu rytmu i mają długie okresy trwania (być może stanowiące małe man- wantary). Istnieją dopóki podtrzymuje je wola Arymana. Do świa- tów tych należy Ziemia w swoim pierwotnym, przedcywilizacyj- nym stanie.

Na to nakłada się działalność innej „grupy” wyzwolonych istot ludzkich, zjednoczonych w postać Lucyfera, który przygotowuje Ziemię do emisji (erupcji) przez nią kolejnych wyzwolonych istot ludzkich. Cykl jego działania jest dużo krótszy od cyklu Arymana i na Ziemi trwa chyba tylko kilkanaście tysięcy lat.

Można by sądzić, że nasza Ziemia jest „kolebką”, w której cz- łowiek dochodzi do progu czwartej gęstości świadomości (do cz- wartego wymiaru). W stanie arymanicznym Ziemię pokrywają ro- śliny i zamieszkują zwierzęta oraz człowiek pierwotny. Rzeczywis- tym twórcą cywilizacji jest właśnie ów Lucyfer. Rozwija on w czło- wieku, według własnej wyobraźni - intelekt. Wszczepia mu kul- turę i naukę. Inspiruje do rozwoju techniki. Z konieczności sto- suje się jednak do zastanych warunków arymanicznych, do łań- cucha pokarmowego i do związanych z tym skutków. Daje także potężną broń niszczycielską. Ale poprzez takie działanie paradok- salnie rozwija też człowieka duchowo.

Wszystko co dała człowiekowi cywilizacja jest dziełem lucyfe- rycznym. Metale, plastyki, szkło, wszelkie budowle (poza kamien- nymi, ziemnymi) - nie są rzeczywiste w sensie dzieła Arymana. Ulegają rozpadowi gdy przestają być podtrzymywane przez siły lucyferyczne. Tak właśnie może wyglądać świat ziemski według cytowanego tu tekstu.

Podany w tekście podział ludzi na trzy grupy zależy od zaso- bów ukrytego lęku w ich genach. Ci najbardziej obciążeni nie przejdą do czwartego wymiaru. Mniej obciążeni przejdą, ale nie zdołają się oderwać od owych Królestw Przybrzeżnych. Będą na- dal związani z Ziemią, być może także przejawiając się później jako niektórzy kosmici. Mogą być zalążkiem nowych sił lucyfe- rycznych na Ziemi. Najmniej obciążeni lub w ogóle pozbawieni lęku (nie mylić braku lęku z odwagą, która w tym przypadku mo- że być jedynie fikcyjną kompensacją wypieranego lęku), wyzwolą się z systemu zorientowanego na przetrwanie. Nie będą podlegać reinkarnacji i znajdą swój nowy byt na jakiejś planecie niefizycz- nej. Być może, że ta niefizyczna planeta będzie w jakimś sensie „pokrywała się” z Ziemią, lecz znajdzie się w innym wymiarze, bądź pozostanie we wspólnym cyklu rozwojowym z innymi plane- tami naszego układu słonecznego.

Niektórzy astrologowie i inni ezoterycy utrzymują, że także w naszym układzie słonecznym istnieją niewidzialne planety, zbu- dowane z „subtelnej materii” (patrz C.W. Leadbeater, oraz C. Ji- narajadasa: Człowiek we wszechświecie. Biblioteka Polsko-Indyj- ska, Madras 1957).

Natomiast na „oczyszczonej” w ten sposób Ziemi wszystko za- cznie się dziać od nowa. Po naszej cywilizacji pozostaną jedynie kamienie, a życie będzie się toczyć na poziomie arymanicznym.

Ziemia „odpocznie” po kolejnej erupcji wyzwolonych istot lu- dzkich, po macierzyńskim ich porodzie. Może, gdyby owa erupcja wiązała się z kataklizmami (na co także przygotował się Lucyfer dając, trzymaną w odwodzie, broń masowej zagłady) - ten poród mógłby się kojarzyć z cesarskim cięciem.

Zakończenie

Opowiem teraz trochę dziwne zdarzenie sprzed kilkudzisięciu lat. Kupiłem książkę zachęcony tym, że w tytule, o ile pamiętam, było słowo „Absolut”. Trochę się rozczarowałem, bo treść książki specjalnie mnie nie zaiteresowała. Ciekawe natomiast było motto, które natychmiast skopiowałem (był to jakiś starożytny tekst). Dziwność polegała na tym, że gdy wkrótce chciałem ustalić au- tora tego motta - książki (wtedy i już nigdy) u siebie nie odnala- złem. Pozostało mi tylko nazwisko chyba tłumacza na łacinę Pico della Mirandola oraz tytuł O godności człowieka. Szukając póź- niej w bibliotekach znalazłem książkę o najbardziej prawdopo- dobnym tytule: Zmierzch Absolutu, ale bez tego motta (może coś przeoczyłem, dziś na internecie można znaleźć ślady tego tekstu). A oto jego treść, także w wersji łacińskiej:

„Nie dałem ci ani określonego miejsca, ani własnego obli- cza, ani żadnego daru, który byłby tobie właściwy, o Adamie, ażebyś sam zapragnąwszy swojego oblicza, swojego miejsca i swoich darów, zdobył je i posiadał. Określona granicami na- tura posłuszna jest prawom przeze mnie ustanowionym. Ale ciebie nie zamyka żadna inna granica jak tylko twój własny sąd, w którego moc cię oddałem, ty sam naturę określasz. Postawiłem cię pośrodku świata, ażebyś lepiej mógł widzieć, co się na nim znajduje. Nie uczyniłem cię ani niebiańskim, ani ziemskim, ani śmiertelnym, ani nieśmiertelnym, abyś ty podług własnej woli i godności, niby dobry malarz albo zręcz- ny rzeźbiarz, sam kształt swój uczynił…”

[Nec certam sedem, nec propriam faciem, nec munus ullum peculiare tibi dedimus, o Adam, ut quam sedem, quam faciem, quae munera tute optaveris, ea pro voto, pro tua sententia, habeas et possideas. Definita ceteris natura intra praescriptas a nobis leges coercetur. Tu, nullis angustiis coercitus, pro tuo orbitrio, in cuius manu te posui, tibi illam praefinies. Medium te mundi posui, ut circumspiceres inde commodius quicquid est in mundo. Nec te caelestem neque terrenum, neque mortalem, neque immortalem

fecimus, ut tui ipsius quasi arbitrarius honorartiusque plastes et fictor, in quam malueris tute formam effingas

Pico della Mirandola

Oratio de hominis dignitate]

Zwróćmy uwagę na słowa: Określona granicami natura pos- łuszna jest prawom przeze mnie ustanowionym. Niezależnie od tego czyje to są słowa - mówią o obiektywności praw natury. I dalej: Ale ciebie nie zamyka żadna inna granica jak tylko twój własny sąd, w którego moc cię oddałem, ty sam naturę okre- ślasz. A więc człowiek jedynie „określa”, nie ustanawia praw na- tury (tak jakby mógł używać niezniszczalnego samochodu w do- wolny sposób, ale nie mógł tego samochodu zbudować). Prawa natury nie są więc subiektywnym tworem człowieka, obojętnie na jakim szczeblu samoświadomości człowiek przebywa.

Wszechświat podlega tym „obiektywnym” prawom, ustano- wionym przez Ducha. Zgodnie z prawem rytmu, na przykład w hinduiźmie, mówi się o manwantarze i pralai, jako o przeja- wieniu wszechświata - i o jego wchłonięciu przez Ducha, wraz ze wszystkimi bogami i demonami. Zgodnie z hermetyzmem Duch (Absolut) jest jedyną, najwyższą substancją, nazywaną także Wszechrozumem. Nawet Świadomość Kosmiczna jest jedynie odbiciem Wszechrozumu w pramaterii, tworząc w ten sposób formy materialne.

W prawie analogii mówi się: jak na górze tak i na dole. Spróbujmy więc przyjrzeć się temu „dołowi”. Porównałem po- przednio Ziemię do pieca hutniczego w którym z żywej materii wytapia się szlachetny kruszec Ducha. Paliwem jest cierpienie. Czyli funkcjonuje jakaś „technologia duchowa”.

Z drugiej strony owa żywa materia w zorganizowany i rozum- ny sposób trwa i rozwija się. Istnieje tu piękno, radość i szczęś- cie. Każdy oddech, każdy ruch bywa fascynujący, jak u dziecka. Nie jest tak źle w tym piecu hutniczym. O co więc tu chodzi?

Sprawy te mogą być jasno zrozumiane przez człowieka w sta- nie głębokiej medytacji (w zmienionym stanie świadomości). Jeże- li jednak posługujemy się jedynie współczesnym ludzkim rozu- mem, wyobraźnią i językiem, to musimy polegać na własnym ob- razie prawdy, traktowanym niejako hipotetycznie. Chyba, że bez- warunkowo zaakceptujemy, zwykle uproszczony, symboliczny światopogląd religijny. W takim przypadku mamy do czynienia z wiarą, co jest zresztą zjawiskiem powszechnym.

Ciekawe spostrzeżenie uczynił C.G. Jung. Czytając biblijną Księgę Rodzaju zwrócił uwagę, że Stwórca (Elohim, nie Jahwe) po każdym dniu stwarzania stwierdzał, że dzieło Jego jest dobre. Nie uczynił jednak tego stwierdzenia po dniu drugim, gdy stworzył dwójnię, podstawę wszelkiego dalszego stwarzania, w tym także dobra i zła. Dwójnia stała się też „korzeniem grzechu pierworod- nego”, widocznie zawinionego jedynie na najwyższym szczeblu rozwoju.

Wracając do cytatu o godności powtórzmy, że człowiek w pro- cesie rozwojowym ma wielką władzę nad materią i nad swoim lo- sem. Istnieje jednak przekraczająca władzę człowieka siła, która wiedzie go ku Jedności. To jest nierozerwalna więź, narzucona przez komplementarność związku między Świadomością Kosmi- czną i pramaterią. To jest miłość właśnie.

Tu się kończy to co potrafię powiedzieć. Teraz oddaję głos po- ecie przepraszając, że przytoczę go z pamięciowej wiązanki. Jed- ną z najmocniej przeżywanych dwójni jest rozdzielenie płci, gdzie miłość dochodzi do swej pierwiastkowej natury. Gdzie zmyślony, porzucony wygnaniec Gustaw (vel Konrad) cierpi przez swą rze- czywistą Marylę:

… Idę, jak swoją własność - do piekła zagrabić !

Idę !!! … O nie, nie - odrzuca sztylet - nie żeby ją zabić …

Trzeba być gorszym niż pierwszy z szatanów.

Idę, lecz idę bez broni, idę tylko spojrzeć na nią …

Wszystko mi, wszystko niebiosa zabrały -

Lecz reszty dumy nie mogą odebrać !

Żywy o nic przed nikim nie umiałem żebrać,

Żebrać litości nie będę umarły !!!

Po krótkiej zadumie:

Jeśli w milion ludzi krzyczących: ratunku !

Patrzysz jak w zawiłe zrównanie rachunku -

Kłamcą, kto ciebie nazwał Miłością !

Ty jesteś tylko mądrością …

Gdybym swą siłę i wolę wyświecił -

Może bym sto gwiazd zgasił ! A nowe sto wzniecił …

DAJ MI RZĄD DUSZ !!!

Ja chcę je posiadać jak ty je posiadasz !

Ja chcę nimi władać jak ty nimi władasz !

To jest wołanie Lucyfera, artysty wszechczasów. Jego woła- nie zostało wysłuchane i spełnione, bo takie jest prawo natury. Wtrącił się w ziemski padół rozkoszy, łez i cierpienia.

Wołanie to ubrał w słowa inny artysta, nam prawie współ- czesny Adam Mickiewicz, w swoich Dziadach i w Wielkiej Im- prowizacji.

A jednak Kriszna w Jodze powiedział: Ja mędrca nad karmą przeniosę.

Podobnie naucza Jezus: … poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli.

Moja droga ku Jaźni

Marian Wasilewski

MOJA DROGA KU JAŹNI

WYDAWNICTWO

„ARCANUS”

Bydgoszcz 2008

REDAKCJA TECHNICZNA

Waldemar Mackiewicz

Copyright by:

Marian Wasilewski

Wydawnictwo “Arcanus”

ISBN 978-83-88079-58-0

Wydawnictwo “Arcanus”

85-435 Bydgoszcz, ul. Sztormowa 19

tel./fax 052 581 92 23

www.arcanus.pl

DRUK

Wąbrzeskie Zakłady Graficzne SP. z o.o.

ul. Mickiewicza 15, 87-200 Wąbrzeźno

mojej kochanej żonie Grażynie

a także dzieciom i wnukom

pracę tę dedykuję

Motto autora

Jesteśmy hojnie obdarzeni przez Stwórcę, ale nie posiadamy daru wiedzy o sobie. Wiedzę tę musimy zdobywać sami. Widocz- nie taki jest plan stworzenia.

Jednak posiadany przez nas dar wyobraźni i woli jest tak mo- cny, że może nie tylko tworzyć lecz także ograniczać lub unicest- wić, nawet sam siebie. Człowiek, nieświadomy mocy tego daru, tworzy sobie „więzienie we własnym domu”. Sam ogranicza się tym co jest mu najłatwiej dostępne: egotycznymi emocjami i pra- gnieniami oraz sugestiami zewnętrznymi.

* * *

Przedstawiona tu praca jest wprawdzie obwarowana prawem autorskim, nie ogranicza się jednak jej innego rozpowszechniania w języku polskim pod warunkami że nie będzie to czynione dla celów komercyjnych i że będzie powołanie się na źródło.

Tekst ten ma naniesione pewne poprawki w ramach przygotowania do ewentualnego drugiego wydania książkowego.

Spis treści

Wprowadzenie - Stwórcy Skrzydeł 9

Rozdz. 1 - W poszukiwaniu Jaźni 15

Afirmacja Jaźni 15

Struktura Przejawienia 17

Zjawiska paranormalne 19

Rozwój duchowy 20

Model transformacyjno-samostanowiący 21

Psychologia Głębi 22

Archetyp Anima 25

Egregor 27

Archetyp Stary Mędrzec 30

Głosy w dyskusji na forum internetowym 36

Rozdz. 2 - Listy 48

List do Nieznanego Świata 48

Synchronizacja prekognicyjna 50

Czy wszechświat jest komputerem stworzonym

i sterowanym przez Świadomość Kosmiczną? 51

Zjednoczenie religii 54

Nagroda 56

Rozdz. 3 - Spotkanie 58

Spotkanie z o. Czesławem Klimuszką 58

Rozdz. 4 - Nauka o złu 69

Ponerologia 69

Rozdz. 5 - Meandry 78

Meandry świadomości 78

Meandry życia 79

Rozdz. 6. - Rozmaitości 84

Książka Waldemara Witkowskiego 84

Potknięcia intelektu 85

Niefortunne sąsiedztwo strachu i wesołości 86

Pranie mózgu 88

Wybory w Polsce 2007 90

Kara śmierci 92 Wyzwolenie 94

Rozdz. 7 - Trochę o Hermetyźmie 96

Tablica Szmaragdowa 96

Podstawowe nauki hermetyzmu 99

Prawo mentalizmu 99

Prawo analogii i odpowiedniości 101

Prawo wibracji 102

Prawo biegunowości 103

Prawo rytmu 105

Prawo przyczynowości 105

Prawo dwoistości czynnego i biernego pierwiastka 106

Rozdz. 8 - Świadomość i jej związek z formą 108

Świadomość 108

Świadomość a forma 116

Reguła tworzenia form przestrzennych 120

Psychiczne uwarunkowania sztuki 127

Przypisy 130

Rozdz. 9 - Przejście do czwartego wymiaru 132

(Relacja Indianina)

Przed przemianą 132

Pięć lub sześć godzin przed przemianą 133

Przedmioty syntetyczne i myślokształty

rzeczywistości lucyferycznej 133

Przemiany planetarne 135

Doświadczenie przemiany planetarnej 135

Próżnia - 3 dni w ciemności 137

Nowe narodziny 137

Wasze myśli a kwestia przetrwania 139

Mój komentarz 141

Zakończenie 144

Wprowadzenie

Opowieść o drodze ku Jaźni chciałbym poprzedzić moją przygodą związaną z miesięcznikiem “Nieznany Świat”. Zamieszczony tam pewien artykuł, napisany chyba na pół serio, dotyczył przekazów istot pozaziems- kich, mówiących o przyszłości mieszkańców naszej planety. Artykuł ten zainspirował mnie do takiej oto wy- powiedzi skierowanej do Redakcji:

Stwórcy Skrzydeł (Nieznany Świat nr 12/2005)

Intrygujący artykuł pod tym tytułem, opublikowany w nr 5/ 2005 NŚ zachęcił mnie do wejścia na link internetowy www. wingmakers.com (polska wersja www.wingmakers.pl). Zorientowałem się w wielkim bogactwie zamieszczonych tam materiałów, porobiłem niektóre wydruki do spokojnego przeczytania. Żałuję, że moim sprzętem nie mogłem zrobić kopii barwnych obrazów do zilustrowania tej relacji.

Do artykułu tego chciałbym dodać, że przekazy Stwórców Skrzydeł są zgodne z licznymi przepowied- niami astrologicznymi, religijnymi i ezoterycznymi. Przejście z Epoki Ryb do Epoki Wodnika ma się wiązać z wielkimi zmianami w psychice gatunku ludzkiego. Jest także mowa o tym w Jodze (przejście do nowej Jugi). Obserwacja tego co dzieje się na naszej planecie również skłania do zastanowienia się. Za moich lat chłopię- cych liczba ludności wynosiła niewiele ponad dwa miliardy, a teraz… już nawet nie wiem ile, chyba około siedmiu miliardów. Cywilizacja opiera się na ropie, której wystarczy na 30 do 50-ciu lat - a co potem? Czy wielkie koncerny zdążą przełamać opór związany z poszukiwaniem nowych źródeł energii (poszukiwanie to dziś jest sztucznie hamowane)? Gdy w Nowym Jorku zabrakło prądu działy się dantejskie sceny: zablokowane windy oraz pociągi metra na podziemnych trasach, brak benzyny, groźba braku wody. Nie działały telefony, radio i TV. W nocy masowo i bezkarnie rabowano sklepy. Policja nieudolnie reagowała jedynie na napady i gwałty. Słowem - przedsmak Armagedonu.

Z drugiej strony, historia pisana w zasadzie nie przekracza okresu dziesięciu tysięcy lat, archeologia sięga dalej. Geologia i kosmologia zakreślają kolosalny horyzont czasowy - a życie trwa, jest jakby pod ochroną. Rzekomo wykryte w Nowym Meksyku artefakty wskazują na pomoc, jakiej mamy udzielić sobie my, ludzie z dalekiej przyszłości.

Człowiekowi naszej kultury bardzo trudno wyobrazić sobie podróże w czasie, gdyż nasze pojęcia opierają się głównie na doznaniach zmysłowych. Na tej podstawie opiera się także język, logika dwuwartościowa (pra- wda - fałsz) i cały paradygmat współczesnej wiedzy. W mikroświecie jednakże fizycy, posługując się logiką wielowartościową i różnymi konstrukcjami matematycznymi, dostrzegają paradoksalne zjawisko, kwestionu- jące nasze pojęcia o przyczynie i skutku. Zdarza się tam, że skutek poprzedza przyczynę.

Zjawisko względności czasu astronomicznego dostrzegamy także na co dzień, nie zdając sobie z tego sprawy. Mam na myśli nie tylko czas psychologiczny, który przebiega w stałym kierunku lecz w różnym tempie, gdyż zależy od sprawności psychiki. Na przykład w ciągu jednego dnia więcej zdarzeń odnotowuje i przeżywa dziecko niż człowiek dorosły. Chodzi mi o myślenie i działanie magiczne.

Wielu ludzi nie myśli o tym, że cały rytuał religijny jest oparty na magii, w której czas może przebiegać w różnych kierunkach i w różnym tempie. Spełnienie modlitwy, na przykład, może wymagać zmian w wydarze- niach przeszłych, w których skutek ma wpływ na przyczynę. Przypuszczam, że mówienie o cudach ma źródło w naszej niewiedzy. Nie wyobrażam sobie by Stwórca, poprzez czynienie cudów, łamał własne prawa. Najwi- doczniej tych praw nie znamy w pełni.

Przekazy Stwórców Skrzydeł ponoć pochodzą od artefaktów odnalezionych w komorach podziemnych, o których jest mowa we wspomnianym artykule NŚ. Jest tam szczegółowy i sugestywny opis działania władz politycznych, aby treść przekazów nie przedostała się do publicznej wiadomości. Treść ta została jednak ujawniona przez pracownika naukowego (dra Nerudę), który zdezerterował gdyż uznał, że sprawa jest tak wielkiej wagi, że musi być powszechnie znana. Stało się to możliwe dzięki internetowi który, chyba nieprzy- padkowo, rozwinął się w tak szybkim tempie. Wydarzenia te, oprócz wywiadów udzielonych dziennikarce o imieniu Sara, są także opisane w formie beletrystycznej.

Trzeba przyznać, że nie ma możliwości zweryfikowania sposobu w jaki przekazy zostały uzyskane, cho- ciaż wiadomo jak trafiają do internetu. Jest to przyczyną sceptycznych poglądów na ich prawdziwość. Przy- pomnijmy jednak, że także o Jezusie wiedziano w Nazarecie że był synem miejscowego cieśli, co budziło wąt- pliwość czy Jego nauczanie jest wiarygodne. Pamiętam jednak sens wypowiedzi C.G. Junga o UFO: Nie wiem czy są to fakty fizyczne, ale z całą pewnością jest to prawda psychologiczna. Podobnie można powiedzieć o przekazach Stwórców Skrzydeł. Sposób przekazania nie musi być fizycznie prawdziwy, ale może być praw- dziwy psychicznie i duchowo, szczególnie gdy budzi rezonans w strefie intuicji. Tak już jest, że pierwsze pyta- nie jakie nasuwa się po usłyszeniu niezwykłej wiadomości brzmi: skąd to wiesz? W przekazach wielkich prawd duchowych często posługiwano się mitem. Na przykład nikt nie musi wierzyć, że w Bhagawad Gicie długa roz- mowa boga Kriszny, woźnicy wozu bojowego, z wodzem Ardżuną odbyła się tuż przed bitwą, w obliczu zbroj- nych nieprzyjaciół - a jednak wypełnia ona prawie całą treść tej hinduskiej ewangelii.

Przejdźmy jednak do treści przekazów. Najogólniej chodzi w nich o przemianę psychiki Ziemian z posta- wy psychofizycznej skierowanej na przetrwanie na postawę skierowaną na eksplorację. Postawa ta jest zako- dowana genetycznie. Jej przemiana musi dokonać się także w strefie instynktów. Do tego nie wystarcza wiedza intelektualna, logika i metafizyka. Aby osiągnąć masę krytyczną przebudzenia w skali społecznej, umożliwia- jącą odkrycie tzw. Wielkiego Portalu, niezbędne jest zwiększone wyczulenie na harmonię i piękno. Dlatego przekazy zawierają także bogaty zestaw specjalnych utworów muzycznych o określonej wibracji, malarstwo, utwory poetyckie, a także (może nie ujawnione jeszcze) informacje o historii, kulturze i technice Stwórców Skrzydeł.

Trzeba zauważyć, że przemiana taka nie odbywa się bez poważnych i wielorakich oporów. Dla przykładu zacytuję opis zaczerpnięty z przekazu Stwórców Skrzydeł (skorzystałem z tłumaczenia Zespołu Polskojęzycz- nego):

„Implikacje i skutki Wielkiego Portalu

Najważniejsze następstwa Wielkiego Portalu sprowadzić można do trzech głównych nurtów oddziaływa- nia:

1. Instytucje naukowe, religijne, i kulturowe ulegają reformie pod kątem objęcia wiedzą wielowymiaro- wych rzeczywistości jako rdzenia swojej działalności, przewodniej częstotliwości.

2. Przywódcy rządowi zobowiązują się do przeprowadzenia restrukturyzacji systemów politycznych pla- nety pod kątem integracji z nowymi systemami wiedzy, a w szczególności z wielowymiarowym wszechświa- tem i obszerną rodziną inteligentnych istot, które go zamieszkują.

3. Instytucje społeczne związane z przemysłem i handlem ulegają przebudowie pod kątem wspierania technologii, które pojawiają się wraz z odkryciem Wielkiego Portalu. Technologie te radykalnie zmieniają spo- sób życia na skalę planetarną. Rewolucji ulega zdrowie przewoźnika duszy, planowanie dalszych poczynań gatunku, stabilność ekosystemu oraz planetarny system edukacyjny gatunku.

Obszary oporu wobec Wielkiego Portalu znajdują się w paśmie prze- widywalności, o ile nie uda się ich w porę uniknąć. Największy opór przewidziany jest w obrębie trzech podstawowych czynników:

1. Czy energia cząsteczki użyta zostanie jako broń i/lub zasób ener- getyczny?

2. Zaistnieje rozłam czy zjednoczenie w obszarze religii?

3. Czy inteligencja maszyn znajdzie się pod kontrolą inteligencji gatunku?”

Z dalszej treści przekazów wynika, że opór będzie skierowany przeciwko osłabieniu motywacji egotycz- nej, które (osłabienie) nie dopuszcza do manipulacji gatunkiem przez przedstawicieli władz. Władze powinne służyć gatunkowi, a nie manipulować nim według własnych potrzeb. Mogą więc być próby przemocy fizycz- nej, bądź opór bazujący na obronie dogmatów religijnych. Nowym obszarem oporu może być inteligencja maszyn. Chyba chodzi o kontrolę tempa rozwoju maszyn elektronicznych, który (rozwój) może okazać się szybszy od etycznego rozwoju umysłu. Być może, że w grę wchodzi też wszczepianie implantów do mózgu ludzkiego.

W efekcie, po przekroczeniu Wielkiego Portalu, nastąpi zaak- ceptowanie wiedzy przez religie. Rozwinie się także intuicja jako kolejna władza umysłu i zostanie utorowana droga rozwoju gatunku we współpracy ze społecznością pozaziemską. Zmiany te mają zachodzić w czasie szeregu najbliższych pokoleń.

* * *

Teraz, po dokładniejszym zapoznaniu się z materiałami Stwórców Skrzydeł, nie odczuwam sprzeciwu do ich treści. Są jednak bardzo rozległe i, moim zdaniem, mogą przekraczać zdolność do ogarnięcia ich przez współczesnego człowieka. Na przykład nie odczuwam potrzeby pojmowania Siedmiu Wszechświatów („chwi- lowo” dla mnie wystarcza Jeden). Oczywiście jest to moje subiektywne odczucie. Natomiast liczne wskazania dotyczące rozwoju samoświadomości, oraz prognoz dla naszej planety, wywołują raczej pozytywny rezonans w strefie intuicji.

Rozdział 1

W POSZUKIWANIU JAŹNI

Jestem już w osiemdziesiątym roku życia. W przedstawionej tu Afirmacji Jaźni ująłem dorobek ostatnich 45-ciu lat poszukiwań. Odnalazłem, w moim przekonaniu, dar celu bez którego trudno żyć. Nieczęsto człowiek poważnie pyta siebie: kim jestem i dokąd zmierzam?

Afirmacja Jaźni

Mój Opiekunie, Przewodniku i Nauczycielu. Pomagasz mi żyć według mej woli. Kierujesz, jeśli trzeba, moim życiem. Jesteś ze mną, choć przebywasz także w innym czasie i przestrzeni. Ufam Tobie i miłuję Cię, gdyż jesteśmy Jednością.

Mam intuicję otwierającą drogę ku prawdzie. Cieszę się życiem, pięknem świata i dobrym zdrowiem. Mam poczucie humoru. Dbam o moje ciało. Kontroluję odżywianie, dochodzę do prawidłowej wagi i sprawności. Porzuciłem palenie tytoniu i ograniczam używki, chociaż ich nie unikam. Szanuję życie rodzinne. Postawę konsumpcyjną równoważę postawą twórczą. Nasze potrzeby materialne są zaspokajane z niewielkim nadmiarem. W miarę możliwości na bieżąco naprawiam ewentualne złe skutki mojej akywności, jako że trudno być nieskazitel- nym w życiu ziemskim - i nie myślę o tym więcej.

Mam pokój w sercu. Darzę przyjaznym, ciepłym uczuciem wszystko co żyje i istnieje. Czu- ję się związany z otoczeniem. Dostrzegam losy bliźnich. Cieszę się ich sukcesami, pomagam jeśli trzeba i jeśli mogę, jednak nie naruszam ich woli (chyba, że czynią oczywistą krzywdę). Wolna wola stanowi bowiem podstawę równowagi bytu. Wiem także, że brak miłości rodzi lęk, który jest korzeniem sił destrukcyjnych zarówno w skali osobistej jak i społecznej.

Wraz z Tobą jesteśmy nieodłączną, nieśmiertelną, holistyczną, stale uczącą się, jednoczą- cą świadomością i przeżywającą radość istnienia „cząstką” WSZYSTKIEGO.

Chciałbym teraz opowiedzieć o drodze, która doprowadziła mnie do Afirmacji Jaźni. Dlatego może zanudzę trochę opowieścią o sobie. W dzieciństwie miałem pewne niezrozumiałe przeżycia, które w czasie dorastania skutecznie wybito mi z głowy. W czasie „buntu młodzieńczego” w okresie szkolnym, po odrzuceniu dog- matów religii katolickiej, w której urodziłem się i byłem wycho- wany, i po późniejszym urobieniu mnie, na długi czas, przez ma- giel materializmu - doznałem wewnętrznej przemiany. Zaczęło się od poddania mnie (w 1964-tym roku) operacji chirurgicznej. Chy- ba byłem wówczas reanimowany, lecz nikt mi o tym nie powie- dział. Coś niecoś z tego pamiętam, ale niewiele. Nie odważyłem się jednak nikomu o tym opowiedzieć. Mój światopogląd był wte- dy zdecydowanie materialistyczny i nie przypuszczałem, że kto- kolwiek potraktuje moje zwierzenie poważnie. Dziś nie mam ta- kich obaw.

Znalazłem się w jakiejś przestrzeni bez tła, otoczony mgłą. Czułem się lekko i radośnie. Szedłem - i mgła się jakby rozrze- dzała. Wiedziałem, że za mgłą czeka mnie coś wspaniałego, ale nie wiedziałem co. W pewnym momencie usłyszałem ostry, męs- ki głos. Nie pamiętam słów, lecz treść była taka: „zatrzymać go!” - po tym wszystko zniknęło. Dotychczas mam mocne przekonanie, że wizja ta była prawdziwa.

W 1973-cim roku odbył się Pierwszy Światowy Kongres Psy- chotroniki (w Pradze czeskiej). Przeczytałem o tym obszerny arty- kuł w prasie, autorstwa Lecha E. Stefańskiego, po którym nie miałem spokoju. Obłożyłem się lekturą filozoficzną, a także psy- chologiczną i psychiatryczną, bo obawiałem się o stan mojej psy- chiki. Potem, mieszkając we Wrocławiu, co miesiąc przyjeżdżałem do Warszawy na spotkania Kółka Psychotronicznego. Uczęszcza- łem na różne odczyty organizowane przez Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Indyjskiej, ćwiczyłem Jogę, uczestniczyłem w warsztatach Zen i innych, a w 1975-tym roku byłem na Drugim Światowym Kongresie Psychotroniki w Monte Carlo.

Ukształtował się mój światopogląd, doszedłem do zgody ze so- bą. Dużo zrozumiałem i starałem się tym podzielić. Stąd Afirma- cja. Wiem jednak, że język nie może w pełni przekazać doznanych przeżyć. Pomocny jest mit i sztuka i właśnie dlatego zainte- resowałem się lansowanymi w internecie przekazami Stwórców Skrzydeł.

Struktura Przejawienia

Poza tym Stwórcy Skrzydeł posługują się intelektem idąc do granic, do których może on doprowadzić. To mi odpowiada. Ko- rzystałem z tego. W oparciu o znane mi zjawiska paranormalne, czerpiąc z wiedzy orientalnej i ezoterycznej, doszedłem do pew- nych roboczych aksjomatów, pomocnych w dedukcyjnym uzasa- dnieniu doznawanych przeżyć i faktów. Główną przeszkodą dla intelektu są sprzeczności związane z pojęciami czasu i przestrze- ni. Ponadto ogranicza nas język. Substancja leksykalna, jak wia- domo, tworzy się w oparciu o doznania zmysłowe, uczucia i rozu- mowanie, posługując się przy tym logiką formalną. Bywa wielo- znaczna. Na przykład słowo „duch” jest używane w tak różnych dziedzinach i znaczeniach, że czasem nasuwa się myśl, aby go w ogóle nie używać. Można jednak podjąć próbę uporządkowania znaczeń.

Otóż odnośnie do wspomnianych aksjomatów: Duch jest naj- wyższą, niezmienną, niepoznawalną dla intelektu substancją, Absolutem. Duch przejawia się głównie przez Pierwotną Dwój- nię. Przejawienie Ducha jest czymś innym niż Duch (tak jak chód zegara jest czymś innym niż zegar), jest Pierwotnym Źród- łem, zmiennym i, być może, poznawalnym w procesie ludzkiego rozwoju.

Elementami Pierwotnej Dwójni są: Świadomość Kosmiczna (ŚK) i Pramateria-Energia (PE). Oba te elementy są ze sobą kom- plementarnie związane, tzn. ŚK nie może istnieć bez PE i odwrot- nie, PE nie może istnieć bez ŚK. Oba elementy Pierwotnej Dwójni mają wzajemnie przeciwstawne cechy.

Cechami ŚK są: Inteligencja Źródła, inwencja twórcza (w tym wyobraźnia), niezmienność (istnienie poza czasem), bezprzest-rzenność (nie zajmowanie przestrzeni) oraz zdolność do przyjmo- wania stanu holistycznych Monad (Istot, Jaźni). Ten stan przeja- wia się podczas realizacji komplementarnego związku z PE. Może się kojarzyć z fizyczną cechą lepkości. Monadyczny stan ŚK moż- na by nazwać nieprzeliczalną „quasi-mnogością”, choć w swej is- tocie ŚK ma cechę jedności. Wszystkie Monady są jednakowe, mają jednak zdolność do jednoczenia się ze sobą i do podziału (intelekt ma z tym trudności). Holistyczną naturę Monady łatwiej sobie wyobrazić gdy przypomnimy, że nawet mała część fotografii holograficznej zachowuje ten sam obraz co cała fotografia.

Cechy PE są, jak powiedziano, przeciwstawne do cech ŚK. Są nimi: czas i przestrzeń, mnogość, brak inteligencji i inwencji twó- rczej oraz podatność na oddziaływanie na nią ŚK.

ŚK, dzięki stanowi monadycznemu, wiąże się z PE tworząc materialne formy. Tak powstają cząstki elementarne, które łączą się w atomy, pierwiastki, związki chemiczne, itd. Rozwój ten jest dokonywany przez Monady, które dążą do ponownego zjednocze- nia się z Pierwotnym Źródłem.

W procesie kreacyjnym materii stopniowo zmniejsza się „spój- ność” Monad z formami materialnymi. Daje to początek życiu i fi- zycznej ewolucji gatunków. W efekcie Monady dążą do zjednocze- nia ze sobą i z Pierwotnym Źródłem jako z Bogiem Osobowym, wzbogacając Go doświadczeniem materii.

Trzeba przyznać, że opisany tu proces nosi fałszujące piętno materii, gdyż dzieje się poza czasem lub w zmienionej relacji cza- su. Tak jakby wszystko działo się zawsze (równocześnie), a jed- nak nie przebiegało jednakowo. Intelekt nie może tego objąć.

W tym ujęciu trzeba podkreślić, że każda Monada (Istota, Jaźń) jest „cząstką” Boga Osobowego. C.G. Jung nazywał Jaźń obrazem Boga (a nie Bogiem) w człowieku. Myślę, że po prostu nie chciał popaść w ostry konflikt z teologią, bo mogłoby to uni- cestwić cały jego dorobek naukowy.

Przedstawiony tu system aksjomatyczny nie musi być praw- dziwy ani jedyny. Rzuca jednak światło na cały proces przejawie- nia. Jest zgodny z systemem buddyjskim. Chrześcijaństwo ma inny system, w którym połączone jest pojęcie Ducha (Absolutu) z Pierwotnym Źródłem (Bogiem Osobowym), któremu przypisuje się wszystkie cechy Ducha.

Przy okazji chciałbym przypomnieć niefortunną (moim zda- niem) wypowiedź papieża Jana Pawła II, który nazwał buddyzm religią ateistyczną, gdyż Bóg Osobowy nie jest w niej Najwyższym Podmiotem. Później przeprosił i mądrze wycofał się z tego, nie szkodząc dialogowi międzyreligijnemu.

Możliwe że system chrześcijański jest bliższy prawdy niż sys- tem buddyjski. Niepoznawalność maleje bowiem w świetle logiki wielowartościowej która, także w fizyce, dopuszcza możliwość tzw. przemieszczeń wirtualnych (z pominięciem ciągłości drogi) co może pozwoli w przyszłości zrozumieć procesy wieloprzestrzenne i pozaczasowe.

Ciekawe, że w ikonografii chrześcijańskiej Ducha Świętego przedstawia się jako gołąbka (bądź gołębicy, co mogłoby stanowić istotny aspekt sakralności płci) pomimo, że katecheza głosi trój- osobowość Jedynego Boga. A w Ewangelii mówi się: Każdy grzech i bluźnierstwo będą odpuszczone ludziom, ale bluźnierstwo prze- ciwko Duchowi nie będzie odpuszczone (Mat. 12/31; BT).

Dedukcyjny system poznawczy, oparty na aksjomatach, dob- rze służy także w wielu gałęziach nauk ścisłych. Na przykład geo- metria euklidesowa sprawdza się w praktyce, także w lotach kos- micznych. Nie przeszkadza to jednak rozwojowi innych geometrii, nieeuklidesowych, opartych na zmienionych zespołach aksjoma- tów (aksjomaty to nie dogmaty, można je zmieniać). Algebra rów- nież sprawdza się w życiu, a jednak bez algebry G. Boole’a, opar- tej na innym zespole aksjomatów, rozwój techniki komputerowej byłby chyba niemożliwy.

Zjawiska paranormalne

Chciałbym teraz podzielić się swoim poglądem na zjawiska zaliczane do paranormalnych. W największym uproszczeniu pog- ląd ten można sprowadzić do stwierdzenia, że Duch włada ma- terią. Jeżeli Monada, jako „cząstka” Boga, kształtuje materię we- dług swojej wyobraźni i woli to człowiek, potencjalnie, też może to czynić, jeśli potrafi osiągnąć poziom Świadomości Kosmicznej. Jednak trójwymiarowe „pudełko” świata fizycznego jest bardzo szczelne i, w warunkach ziemskich, tylko nieliczne osoby są do tego zdolne. Można tu przytoczyć wyczyny Sai Baby. Myślę, że ta- kich ludzi jest więcej, nie ujawniają jednak swoich możliwości. Przemianę lub kreację przedmiotów fizycznych dokonywał Jezus, mnożąc chleb i ryby lub zmieniając wodę w wino, nie mówiąc już o wskrzeszeniu Łazarza. Być może sięga się przy tym do sub- cząsteczkowej sieci (tła?) energetycznej, podatnej na wyob- raźnię i wolę Świadomości Kosmicznej.

Czytałem niedawno o przekazie channelingowym, że maksy- malny czas utrzymania absolutnej koncentracji człowieka na ja- kimś przedmiocie lub myśli wynosi kilka, do kilkunastu sekund. Do tzw. wyzwolenia trzeba jednak kilkudziesięciu sekund i tu ma leżeć klucz do ŚK. Życie jest jednak bardziej skomplikowane. Niemniej można przypuszczać, że u podstawy wszelkich zjawisk paranormalnych jest zdolność do koncentracji i do twórczej wy- obraźni.

Wydaje się to takie proste, a jednak praktycznie prawie nie- możliwe do osiągnięcia. Na przeszkodzie stoi zapora umysłu ge- netycznego, skierowanego na przetrwanie, zakodowana w każ- dej komórce ludzkiego ciała. Przebicie się ego przez tę zaporę u- możliwia Jaźń (nadświadomość?), gdy ego z nią świadomie współ- pracuje.

Rozwój duchowy

No więc jak to jest z tą świadomą współpracą? Utrudnia ją niewiedza, utrwalona przez egotyczne emocje i pragnienia. Mona- da odgrywa różną rolę na kolejnych etapach rozwoju materii. Na etapie ludzkim można ją nazwać Jaźnią. Stanowi tę „cząstkę” ŚK, która wiąże się z człowiekiem. Jest „otoczona” subtelną materią w której „odbija się” jako ego. Chyba tylko człowiek posiada ego. Szuka ono drogi do Jaźni. Chcąc pokonać owe utrudnienia - czę- sto zwraca się do magii (chwytając się „nitki” miłości). Chyba naj- powszechniejszym przejawem magii jest modlitwa. Hierarchia to- ruje tę drogę poprzez organizacje religijne, które jednak, wykorzy- stując do sterowania gatunkiem ludzkim zakodowany w psychice lęk, osłabiają „boską siłę przebicia” ego.

Stwórcy Skrzydeł prezentują dwa modele istnienia, które ksz- tałtują wzajemne powiązania i przeznaczenie rasy ludzkiej. Są to:

  • model ewolucyjno-zbawicielski, oraz

  • model transformacyjno-samostanowiący.

W eseju „Modele Egzystencji” czytamy:

„Każdy człowiek rozwija swój system wierzeń z jednego lub obu tych modeli egzystencji. Model ewolucyjno-zbawicielski jest panującym mode- lem głoszonym przez Hierarchię. Jego podstawowe zasady mówią, iż ży- cie rozwija się poprzez opieranie metodologii Hierarchii na relacji typu nauczyciel-uczeń oraz że rasie ludzkiej darowani są różni nauczyciele (zbawiciele), co tym samym umożliwia pod-hierarchiom kontrolowanie i kształtowanie informacji. Poprzez takie działania jednostki są unieru- chomione i odłączone od swej suwerenności …

W przypadku transformacyjno-samostanowiącego modelu egzysten- cji, jego podstawowe zasady mówią, że istota jest bezgraniczna, nieś- miertelna i suwerenna. Wszelka informacja napływa do istoty poprzez Inteligencję Źródła, a zatem to istota sama jest odpowiedzialna za doj- ście do własnego samo-oświecenia i samo-wyzwolenia przez dostrojenie siebie do Inteligencji Źródła i ,odstrojenie’ od Hierarchii. Każdy staje się swoim własnym mistrzem i każdy, wewnątrz kołyski czasu i przestrzeni, przekształca się z istoty ludzkiej w Suwerenną Całość.”

Całość tę można by nazwać zjednoczoną Istotą Ludzką.

Model transformacyjno-samostanowiący

Zatrzymajmy się nad modelem transformacyjno-samostano-wiącym. W ramach tego modelu można wyróżnić dwie główne drogi: drogę Jogi i drogę Huny.

Droga Jogi przygotowuje człowieka do zjednoczenia z Bogiem. Przede wszystkim dba się o wychowanie moralne, traktując je ja- ko warunek wstępny. Pośród różnych odmian Jogi dominująca mantra to: Jam Jest. Prowadzi do zjednoczenia z Bogiem Osobo- wym, który jest „destylatem” Świadomości Kosmicznej, jest „Naj- doskonalszym Flakonem” ulepionym z „gliny” Świadomości Kos- micznej, zawierającym doświadczenia wszystkich Istot-Monad (przepraszam za porównanie, wynikające z odwrócenia głoszo- nego w hermetyźmie prawa: jak na górze tak i na dole).

Droga Huny jest drogą „na skróty”. Nie przywiązuje wielkiej wagi do wychowania moralnego uznając, że Boska Istota „nieu- chronnie” dojdzie do Boga. Dominującą mantrą jest bezosobowe Jestem. Prowadzi do zjednoczenia ze Świadomością Kosmiczną, ale nie koniecznie od razu z Bogiem.

Nie zjednoczone z Bogiem, nieoczyszczone Istoty posiadają jednak dużą władzę nad materią. Nie całkiem odcięte od prag- nień egoistycznych (od ego), poddane są wielkiej pokusie zacho- wania indywidualnej egzystencji. Jeżeli ulegną tej pokusie (jeżeli nie przejdą „lustracji” podczas spotkania ze steinerowskim Dru- gim Stróżem Progu) wówczas stają się jakby komórkami rakowy- mi. Błądzą i stanowią źródło zła, zadając cierpienie swemu ga- tunkowi i innym.

Jest to chyba jednak nie cała prawda. Może część owych ko- mórek rakowych, zjednoczonych ze sobą (np. w postać Aryma- na), kreuje piękne światy, lecz oparte na znanym w przyrodzie łańcuchu pokarmowym. Może zachodzić przy tym zjawisko sy- nergii, polegające na zwiększeniu mocy twórczej w przypadku działania grupowego. Tak może powstawać nasz system, skiero- wany na przetrwanie.

To co tu napisałem może ktoś uznać za totalną herezję lub wymyślone bajdy. Nie zaskoczy mnie to. Uważam się jednak za człowieka religijnego, chociaż dogmaty religijne uznaję za przeka- zy mityczne, zastępujące prawdę, która na razie nie może być po- wszechnie zrozumiana. Brak kontaktu z Jaźnią rodzi lęk, który jest korzeniem zła i cierpień. Jakże święte i głębokie są słowa pa- pieża: Nie lękajcie się.

Przypominam sobie także wypowiedź Nisargadatty Maharay’a (a może Ramana Maharishi’ego), cytuję z pamięci: Nie ma nic złe- go w naprawianiu świata. Świat jednak jest taki jaki być powi- nien. Naprawiać trzeba siebie. Jedynym jednak sposobem napra- wiania siebie jest pomaganie światu. Gdy nadejdzie właściwy czas pojawią się ludzie obdarzeni wiedzą i mocą, którzy świat na- prawią.

Może jesteśmy w obliczu pojawiania się takich ludzi …

Psychologia Głębi

Myślę, że wypada coś dopowiedzieć o pewnych szczegółach, związanych z moim poszukiwaniem drogi ku Jaźni. Po odrzuce- niu materializmu nie łatwo było od razu przejść do ezoteryki. Zwróciłem się więc do tego co mogłem wówczas zaakceptować: do Psychologii Głębi. W tamtym czasie chodziło głównie o prace C.G. Junga, Ericha Fromma i Alfreda Adlera. Mam na myśli tzw. pro- ces samorealizacji. Dla osób, które nie miały okazji bliżej zapo- znać się z tym tematem postaram się szkicowo i bardzo skrótowo opisać sprawę. W tej chwili wolę nie posługiwać się rysunkiem lecz odwołuję się do wyobraźni.

Wyobraźmy sobie geometryczną kulę która symbolizuje wszy- stko to, co w człowieku jest psychiczne, czyli tak zwaną psyche. Organa percepcji i ekspresji są skierowane na zewnątrz tej kuli. Powierzchnia kuli - to samoświadomość osoby ludzkiej, zawiera- jąca istotny jej element: poczucie „ja”, ego. Niewielka warstwa pod powierzchnią jest siedliskiem pamięci, języka i kodeksu ety- cznego, niezbędnego w życiu społecznym. Idąc w głąb kuli kolej- na, grubsza warstwa stanowi nieświadomość indywidualną. Jej budulcem są głównie kompleksy (posiada je każdy człowiek), lecz „zamieszkuje” ją także cenzor (coś w rodzaju komputera), o któ- rym wspomnę później.

Głębszą przestrzeń kuli wypełnia nieświadomość zbiorowa, zbudowana z archetypów. Centralne miejsce psyche (środek kuli) zajmuje Jaźń. Jest to owa Iskra Boża w człowieku, źródło życia i energii, miłości. Tak z grubsza wygląda struktura psyche. Oczy- wiście, można ją przedstawić posługując się innym schematem, np. umieszczając Jaźń i nieświadomość zbiorową na zewnątrz kuli, lub w jakikolwiek inny sposób, ale nie jest to sprawa istot- na. Teraz coś o „dynamice”.

Jaźń wysyła energię, która przenika przez archetypy „zabar- wiając się” ich treścią. Tak zabarwiona energia trafia do nieświa- domości indywidualnej, zasila życie, ale jest także nośnikiem róż- nych pragnień. Jeśli pragnienia te nie są zgodne z przyjętym przez człowieka kodeksem etycznym - wówczas cenzor blokuje ich dostęp do samoświadomości. Nie może jednak tych pragnień zlikwidować, działa bowiem prawo zachowania energii. Przecho- wuje więc je w specjalnych „zbiornikach” zwanych kompleksami, grupując wg określonych treści. Gdy ilość energii zgromadzonej w danym kompleksie jest duża - zostaje wyrzucona na zewnątrz kuli (w sposób wirtualny, chyba poprzez jakiś „inny wymiar”), z pominięciem samoświadomości. Zjawisko to nosi nazwę projek- cji psychicznej. Na przykład wypartą niechęć do danej osoby przypisuje się wówczas jakiemuś innemu człowiekowi, a we włas- nej samoświadomości zasilane jest pomyślne mniemanie o tej o- sobie. Wyparte pragnienie kradzieży przejawia się jako przesadne potępianie złodziei, wzmacniając poczucie własnej nieskazitelnoś- ci w tym względzie, itd. Doświadczony psycholog, obserwując za- chowanie pacjenta, łatwo dostrzega topografię jego charakteru.

Można także powiedzieć, że archetypy są również swego ro- dzaju kompleksami, które się wytworzyły w procesie rozwojowym gatunku.

A teraz o samorealizacji. Część ludzi, przeważnie w drugiej połowie życia, zaczyna dostrzegać w sobie wyżej opisane procesy psychiczne. Zazwyczaj po zrozumieniu takich zjawisk jak racjo- nalizacja psychiczna (usprawiedliwianie przed sobą własnego nagannego postępowania) i projekcja psychiczna - następuje tzw. rozpakowanie archetypów nieświadomości zbiorowej. Jung wy- różnia szereg „kamieni milowych” na tej drodze, które wiążą się z określonymi przeżyciami:

  1. Archetyp: Cień. Sny wskazujące na ambiwalentność własnej postawy życiowej.

  2. Archetyp: Animus (u kobiety) i archetyp: Anima (u mę- żczyzny). Pogłębione zrozumienie swego „wewnętrznego mężczyzny” przez kobietę i swej „wewnętrznej kobiety” przez mężczyznę. Związek dwojga ludzi, którzy rozpa- kowali te archetypy, zazwyczaj jest bardzo trwały.

  3. Archetyp: Stary Mędrzec u mężczyzny i archetyp: Ma- tka Natura u kobiety. Otwarcie tych archetypów powo- duje bardzo intensywny rozwój intuicji. Pomniejsza się „hipnoza” świata zewnętrznego. Otwiera się jakby „o- kienko”, przez które spływa na człowieka zrozumienie. Mogą pojawiać się także pewne władze paranormalne. Na tym etapie rozwoju zachodzi możliwość, że człowiek świadomie obierze „niewłaściwą” drogę swego dalszego rozwoju.

  4. Jaźń. Tu dokonuje się właściwa samorealizacja. Pod- miotowość ego zostaje przejęta przez Jaźń. Człowiek przeżywa stan niewysłowionego wyzwolenia, własnej wieczności, jedności ze wszystkim i bogatej wiedzy. Stan miłości i szczęścia.

Dziś mogę powiedzieć, że stanów tych, z wyjątkiem ostatnie- go, doświadczyłem zanim zacząłem ćwiczyć Jogę. W moim chara- kterze leży Dżnani Joga, szumnie zwana drogą mądrości i praw- dy. Wzorowałem się na naukach Rama Czaraki. Już wtedy wie- działem czego szukam. I zdarzyło się to, ale tylko jeden raz. Ob- darzono mnie wtedy przekazem mniej więcej takiej treści: Gdy wrócisz, pozostanie ci tylko pamięć ogólnego wrażenia z tych przeżyć. Reszta będzie zatarta. Pamiętaj, dokąd wra- casz. Ludzie z niezatartą pamięcią są tam ubóstwiani lub, częściej, zabijani.

Na tym przygoda, jak dotąd, zakończyła się. Wyniosłem jed- nak skarb niezwykły. Spokój, wewnętrzną radość i pozbycie się lęku. Poczucie rodzicielskiej opieki i jedności życia. Nie wiem, jak to inaczej wyrazić. Myślę, że jest wielu takich ludzi. Może za bar- dzo wychylam się pisząc o tym. Przypuszczam, że może na to za wcześnie. Nie czuję się bowiem żadnym „wybrańcem”, daleki jes- tem od tego.

Archetyp Anima

Chciałbym teraz opowiedzieć coś, co można by uznać za swe- go rodzaju chłopięcy ekshibicjonizm. Chodzi o to, jak w moim przypadku doszło do otwarcia archetypu Anima.

We wczesnym dzieciństwie zdarzało mi się widzieć, głównie w nocy, jakieś dziwne stwory, a w dzień czasem widziałem przez ścianę lub odgadywałem myśli różnych osób. Szybko jednak zre- zygnowałem z opowiadania o tym komukolwiek. Zbywano mnie bowiem w uwłaczający sposób.

Inną sprawą była pewna przykra dolegliwość. Mianowicie mo- czyłem się w nocy. Moja bardzo kochana mama martwiła się tym (ojciec zmarł gdy miałem 5 lat). Sprawiało mi to wielką przykrość. Wydarzeniom tym towarzyszyło zwykle marzenie senne, że np. byłem gdzieś na dworze, w pięknym miejscu, chowałem się za krzaczkiem i tam siusiałem. Po pewnym czasie postanowiłem, że za każdym razem, we śnie czy na jawie, przed siusianiem będę się szczypał. I to okazało się skuteczne. Budziłem się gdy szczy- panie nie bolało mnie. Nieco później doświadczenie to bardzo in- spirowało mnie.

Tu muszę powiedzieć, że byłem wychowany w dużej niewiedzy odnośnie do płci przeciwnej. Miałem przekonanie, że jeśli poca- łuję dziewczynę, to muszę się z nią ożenić. W przeciwnym razie sprowadzam hańbę, na nią i na siebie. Traktowałem to całkiem serio. Nie mogłem jednak pojąć dlaczego aktorzy, na ekranach kinowych, całują się. Doszedłem do wniosku, że robią to przez jakiś przezroczysty papierek, na niby. Nie miałem śmiałości zbli- żyć się do żadnej dziewczyny, przez co traktowały mnie opryskli- wie. Wreszcie któryś ze starszych kolegów nauczył mnie mastur- bacji. Później czytałem żartobliwą relację z badań, ilu chłopców uprawia masturbację. Wynik był taki: 90%. A pozostałe 10% nie przyznaje się.

Przez pewien czas byłem oczarowany, ale podczas pierwszej spowiedzi dowiedziałem się, że jest to grzech śmiertelny. Jako po- kutę otrzymałem codzienne odmawianie, przez trzy tygodnie, lita- nii do wszystkich świętych (niech ktoś spróbuje - nie wiedziałem, że jest ich aż tylu).

Później wpadłem na pomysł. Wróciłem znów do świadomego śnienia. Usprawniłem jednak technikę. Zamiast szczypać się - przygryzałem język. Robiłem tak podczas częstych snów, że latam w powietrzu, tak jak bym pływał. Zwykle nie fascynowało mnie to że ja latam, lecz że nikt z sennych świadków nie docenia takiej możliwości. Raz, dużo później, spotkałem mego, nieżyjącego już najstarszego brata, Kazika. Spytałem go wprost: co tu robisz, przecież ty nie żyjesz? Był bardzo zmieszany, ale tego nie wytrzy- małem także ja. Przebudziłem się. Dziś już takich eksperymen- tów nie robię.

Pomyślałem sobie wówczas, że mogę we śnie zbliżyć się do ja- kiejkolwiek dziewczyny, odrzucając wszystkie dotychczasowe obawy i przekonania. Uczyniłem tak i o dziwo - żadna mi nie od- mówiła. Wyglądało tak, jakby na mnie czekały. Zdarzyło się to kilkanaście razy, do szesnastego roku mego życia. Dziewczyny te wiele nauczyły mnie w tych sprawach. Potem zrozumiałem, że była to moja wewnętrzna kobieta. Nastąpiło właśnie to, co Jung nazywa rozpakowaniem archetypu Anima. Dziś wiem, jak bajko- wy Mały Książę uczy kochać różę, która zwykle nie otwiera się przed starannym odprasowaniem płatków, przy tym udaje, że wcale jej na tym nie zależy. Ale owa róża, kobieta, jest też kocha- jącą matką, mocno stąpającą po ziemi. Darzy miłością wykracza- jącą poza wszelkie konwenanse.

Egregor

Kiedyś byłem świadkiem dyskusji na temat różnic etycznych między Starym i Nowym Testamentem. W pierwszym przypadku uznaje się zasadę „oko za oko”, a w drugim każe się miłować nie- przyjaciół. Przy tym całą Biblię chrześcijaństwo traktuje jak dzie- ło natchnione przez Ducha. Trzeba niezwykłej gimnastyki myślo- wej aby wyjaśnić, dlaczego Jahwe mógł być bogiem zazdrosnym i w ogóle dlaczego mógł posiadać bardzo ludzkie cechy. Jak zrozu- mieć, że żądał od Abrahama ofiarowania mu syna, że uśmiercił żołnierzy faraona, że tolerował zwalczanie tubylczych ludów za- mieszkujących Ziemię Obiecaną, itd. Chyba najbardziej drastycz- nym przypadkiem było okrutne znęcanie się nad, do końca mu wiernym, Hiobem.

Aby zrozumieć te zawiłe sprawy trzeba sięgnąć do procesów egregorycznych, do których współczesna nauka jeszcze nie od- nalazła drogi. Na przeszkodzie, jak zwykle, stoi granica w postaci ścian „fizycznego pudełka” w którym żyjemy. Wieści dochodzą jednak od osób jasnowidzących (lub z przekazów channelingo- wych i innych) dające podstawę do rozwoju różnych gałęzi wie- dzy ezoterycznej. Wiedza ta jest oparta nie tylko na percepcji zmysłowej i myśleniu, lecz także na intuicji i uczuciowości, któ- rych natura (jak dotąd) nie obdarzyła wydzielonymi fizycznymi organami. Być może zalążkami tych organów są szyszynka i serce.

Ogólnie chyba można powiedzieć, że świat fizyczny jest jakby łonem, z którego rodzi się i w którym dojrzewa samoświadomość człowieka (nie bez bólu zresztą). Mówiąc w poglądowym uprosz- czeniu samoświadomość, po opuszczeniu świata fizycznego (F), nie porzuca subtelnego ciała materialnego i zwykle przechodzi do tzw. Królestw Przybrzeżnych (KP), gdzie podlega dalszemu rozwo- jowi (nie wyłączając ponownej inkarnacji w ciele fizycznym). W każdym razie owe Królestwa Przybrzeżne są stale, na bieżąco związane ze światem fizycznym. Dopiero możliwość opuszczenia ich otwiera dalszą drogę rozwoju człowieka.

Mówiąc o procesach egregorycznych chciałbym ograniczyć się do egzystencji ludzkiej w owych dwóch obszarach: F oraz KP. Każda osoba zamieszkująca obszar F ma psychiczną część siebie w obszarze KP. „Mocą napędową” w obu tych obszarach jest ten- dencja do powstawania różnorodnych związków między osobami przeżywającymi podobne uczucia i stany emocjonalne oraz podo- bne idee. W ezoteryce mówi się o podobnych wibracjach.

Weźmy najprostszy przykład, małżeństwo. Jeżeli zawarto je z nieegoistycznej miłości lub jest długotrwałe - posiada swego egre- gora. W obszarze KP łączą się bowiem uczucia i idee o podob- nych wibracjach tworząc autonomiczny obiekt psychiczny (rodzaj kompleksu). Próba rozbicia takiego związku napotyka na opór emocjonalny, czasem niezrozumiały dla obojga. Bywa, że egregor taki nie znika nawet po fizycznej śmierci jednego lub obojga mał- żonków.

Każda emocjonalnie związana grupa społeczna: rodzina, na- ród (oczywiście, po przebudzeniu świadomości narodowej), wyz- nanie religijne, organizacja społeczna lub polityczna, ideologia, itp. - tworzy swego egregora. Dlatego egregor jest powszechnym mieszkańcem obszaru KP, nie mówiąc o licznych innych miesz- kańcach.

Wielkie egregory gromadzą olbrzymią energię psychiczną. Po- siadają także „samoświadomość” (może czasem pozbawioną ego) zmierzającą do realizacji zawartych w nich głównych idei. Doko- nują tego darząc charyzmą (ukierunkowaną energią psychiczną) wybranych swoich wyznawców, żyjących w świecie fizycznym. Fizyczna śmierć wyznawców tych idei zasila energią swego egre- gora. Znany jest fakt likwidacji Zakonu Templariuszy (i fizycznej zagłady prawie wszystkich jego członków), który chyba odrodził się w postaci Różokrzyżowców. Także różniące się od siebie egre- gory narodowe, skłonione do zjednoczenia się w obszarze F do wspólnej państwowości, dążą do separacji. Widać to w świetle współczesnej polityki światowej. Zagłada wyznawców jakiejkol- wiek ideologii, jak powiedziałem, zasila energią egregora tej ide- ologii. W tym aspekcie kara śmierci jest czymś w rodzaju zamia- tania śmieci pod dywan.

Najgorsza jest walka wielkich egregorów ze sobą, pozostają- cych na tym samym szczeblu „samoświadomości”, np. nazizmu z komunizmem. Kościół Katolicki w Polsce wyszedł zwycięsko ze starcia z komunizmem dlatego, że działał z wyższego szczebla „samoświadomości” (pomimo ugięcia się niektórych kapłanów). Gorzej jest, gdy wyznanie religijne daje się ściągnąć na niższy sz- czebel „samoświadomości”, np. na szczebel na którym zwykle to- czą się procesy polityczne. Przykładem mogą być tzw. święte woj- ny muzułmańskie, albo, w dawniejszych czasach, wojny krzyżo- we.

Próba wyzwolenia się jednostki od wpływów egregora zwykle jest skazana na niepowodzenie, chyba, że jest wsparta udziałem innego egregora. Skuteczną drogą jest przejście na wyższy szcze- bel samoświadomości (na wyższą wibrację). Egregor chyba nie miałby dostępu do człowieka gdyby człowiek nie posiadał w sobie czegoś co może z egregorem rezonować, tzn. gdyby niepożądany egregor nie miał w człowieku „uchwytu”, dzięki któremu może nim zawładnąć. Demony czuły trwogę przed Jezusem bo nie mia- ły na Niego „haka”, którym mogłyby Mu zaszkodzić. Były więc wobec Niego bezsilne.

Osobiście przeżyłem dwukrotnie wyzwolenie się od wpływów egregorycznych. Po raz pierwszy chodziło o opuszczenie egregora Kościoła Katolickiego, a po raz drugi - uwolnienie się od „uścis- ku” ideologii materialistycznej. Nie była to łatwa sprawa. Teraz rozumiem ludzi, którzy mają podobne problemy. Gdy mówię o wyzwalaniu się spod wpływu egregorów nie znaczy to, że nie do- strzegam także pozytywnej roli wyznań religijnych. Mam jednak na uwadze dociekanie wyzwalającej prawdy.

Wracając do Jahwe, w tym ujęciu nie był on bogiem (był kimś innym niż Elohim z Księgi Rodzaju). Posiadał wszystkie cechy ówczesnego narodu żydowskiego. Mówiąc o roli Jahwe jako egre- gora („ducha opiekuńczego”) narodu żydowskiego, chciałbym przywołać pogląd C.G. Junga (Psychologia a religia, Warszawa 1970) oparty na starotestamentowej Księdze Hioba. Autor prze- prowadza formalną psychoanalizę Jahwe i wnioskuje, że Jahwe poniósł moralną klęskę w starciu z Hiobem. Następstwem tego było przywołanie Chrystusa, który obdarzył swą charyzmą Jezu- sa z Nazaretu. Jezus przygotował podstawy do powołania religii opartej na miłości bliźniego. W ówczesnych warunkach nie mógł jednak nauczać inaczej niż odwołując się do dawnych kanonów religii judaistycznej. Gdyby tego nie czynił, szybko zostałby uka- mienowany za bluźnierstwo.

Podobny problem, gdy chodzi o naruszanie utrwalonych wie- rzeń, mają też Stwórcy Skrzydeł. Dziś również nurtuje człowie- ka odwieczne pytanie: dlaczego istnieje zło i cierpienie? Ktoś mógłby spojrzeć na to nawet trochę humorystycznie:

Wypada znaleźć winnego aby zło ukrócić. Nie może nim być Stwórca, bo trudno by było Go uwielbiać. Jeszcze trudniej jest znaleźć winnego w sobie. Nie ma więc wyjścia, trzeba wymyślić Szatana i odpowiednio ustosunkować się do niego. Stwórcy Sk- rzydeł wprawdzie zaprzeczają istnieniu Szatana, ale za to wska- zują na nie lepszego ancymona, Animusa (patrz Trzeci Wywiad z drem Nerudą. Niektóre sprawy niewerbalne próbuje się tam wy- jaśnić przy pomocy intelektu. Trzeba też zauważyć, że ów Ani- mus nie ma nic wspólnego z jungowskim archetypem o tej samej nazwie). Czy jednak te postacie, a także różne inne demony, są wymyślone? Przecież mogą to być właśnie egregory, utwo- rzone i nieświadomie zasilane przez człowieka poprzez wy- pieranie nieakceptowanych, „szkodliwych” pragnień, pocho- dzących od archetypów.

A tak na marginesie, nasuwa się pytanie współczesnego filo- zofa Leszka Kołakowskiego, stanowiące tytuł jego książki: Czy diabeł może być zbawiony? Odpowiedź może brzmieć: tak, ale chyba dopiero przy końcu naszej manwantary. Na razie jest pot- rzebny, bo kto by palił pod tym kotłem w którym żyjemy?

Trzeba pamiętać, że rozważania te toczą się w sferze symboli- ki i nie może być mowy o jakichkolwiek przekonujących, ścis- łych dowodach. W dzisiejszych czasach doświadcza się tego intu- icyjnie.

Archetyp Stary Mędrzec

Teraz chciałbym opowiedzieć o drodze, jaką przeszedłem do otwarcia jungowskiego archetypu Stary Mędrzec. Na początku było wyzwolenie się od egregora Kościoła Katolickiego. Pierwsze oznaki były już w wieku chłopięcym, kiedy jako ministrant zosta- łem, za jakieś drobne przewinienie, boleśnie zdzielony gromnicą. Przestałem wtedy bezkrytycznie przyjmować słowa katechety, choć daleki jeszcze byłem od buntu. Bunt nastąpił dopiero w wie- ku przedmaturalnym.

Może to kogoś z młodych ludzi zdziwi, ale w owym czasie w PRL-u nauczano jeszcze w szkołach religii. Na świadectwie sto- pień z religii był na pierwszym miejscu. Wyznaczeni dyżurni sprawdzali obecność w kościele na niedzielnej mszy, co miało wpływ na ocenę z tego przedmiotu. Jednak istniał także przed- miot „Zagadnienia życia współczesnego”, gdzie lansowano świato- pogląd materialistyczny.

Nie bardzo mogłem pogodzić się z tym, że katecheci mocno ostrzegali przed samodzielnym czytaniem Biblii. W klasie matu- ralnej (rok 1948, w Wolsztynie koło Poznania), w ramach religii, na oddzielnych lekcjach, nauczano dogmatyki i etyki. Pamiętam moje zabawne wyróżnienie na lekcji dogmatyki, prowadzonej przez starszego wiekiem, trochę apodyktycznego duchownego. Omawiano „dowody rozumowe na istnienie Boga”. Było ich 6 czy 7, chyba wg św. Augustyna. Na koniec lekcji katecheta, z wielką swadą, powiedział od siebie: No bo przecież, jeśli istnieje słowo, rzeczownik, to musi istnieć odpowiednia rzecz. No powiedz słowo, które nie spełnia tego warunku: ty, ty, ty - wyliczał wskazując uczniów palcem. Wszyscy milczeli. Gdy padło na mnie, powie- działem: „nic”. Chwilę się zastanowił, a potem wypalił: baran!. I miał rację, bo jestem urodzony pod znakiem barana.

Po maturze nie odczuwałem już przynależności do Kościoła Katolickiego, chociaż nie okazywałem tego oficjalnie. Czułem się zagubiony, bo nie miałem wtedy własnego światopoglądu. Studia rozpocząłem we Wrocławiu. Wtedy też zawarłem związek małżeń- ski, biorąc także ślub kościelny. Dzieci (dwójka) również były o- chrzczone. Z czasem jednak coraz bardziej krystalizował się mój światopogląd materialistyczny. W jego „objęciach” byłem do 35-go roku życia. Potem nastąpiła trudna przemiana, o której napisa- łem na początku tego rozdziału (zaszły też pewne zmiany w moim życiu rodzinnym).

Przede wszystkim jasno dostrzegłem pozytywną rolę, jaką od- grywają organizacje religijne na różnych etapach rozwoju społe- cznego. Opierają się zwykle na ezoterycznych objawieniach, które jednak nie mogą być powszechnie zrozumiane. Tworzą więc mity i dogmaty, a do sprawowania swej duchowej władzy wykorzystują zakodowany w psychice lęk. Władzę tę zazwyczaj sprawują „zwy- kli ludzie”, przystosowując także owe objawione prawdy, raczej nie zawsze świadomie lecz zwykle w dobrej wierze, do potrzeb ko- ścioła jako organizacji religijnej. Pozytywna rola organizacji reli- gijnych polega na tym, że (czasem we współpracy z władzami po- litycznymi) organizują życie społeczne i zapobiegają chaosowi w niedojrzałych jeszcze społecznościach. Stymulują także rozwój duchowy odwołując się do przekazów ezoterycznych.

Organizacje religijne, w swoim aspekcie egregorycznym, ku- mulują ogromne energie psychiczne, zamknięte w wierze w dog- maty. Próby obalenia dogmatów, zastępując je nie całkiem rozu- mianą przez ludzi treścią, mogą wyzwolić nieprzewidywalne siły destrukcyjne. Dlatego czekającą nas wielką przemianę powinno poprzedzić staranne przygotowanie. Chodzi o to, aby tę zwalnia- ną energię zagospodarować w pokojowy sposób. Będzie ona niez- będna w „procesie przebudzenia”. Trzeba pamiętać również, że w grę wchodzą nie tylko dogmaty. Każda organizacja religijna jest także miejscem pracy wielu ludzi i źródłem materialnego zabez- pieczenia ich bytu. I tu grozi zejście przewidywanych przemian na płaszczyznę polityczną. Zagrożona też poczuje się rzeczywista klasa polityczna. Ufam jednak, że wszystkie te zagrożenia zosta- ną pomyślnie opanowane. Zjednoczenie religii chyba nastąpi ja- ko ostatnie, ale na płaszczyźnie ezoterycznej. Tyle krótkiej dygre- sji prognostycznej.

Wracając do własnych przeżyć - w tym czasie zacząłem budo- wać swój obecny światopogląd. Pomijając wszelkie sugestie i wierzenia, zacząłem analizować różne znane mi wydarzenia. W szczególności interesował mnie proces przeradzania się objawień duchowych w mity religijne. Najbliższe mi było chrześcijaństwo, dlatego na jego przykładzie chcę przedstawić mój tok myślenia.

Byłem, i nadal jestem, zafascynowany naukami Jezusa o mi- łości bliźniego i nie tylko. Jednak studiując Nowy Testament zwróciłem uwagę na niektóre wydarzenia, z których część była już dawniej zauważana przez niechrześcijańskie podania:

  1. Dlaczego w uznanych przez chrześcijaństwo Ewangeli- ach pominięto osiemnaście młodzieńczych lat życia Je- zusa?

  1. Dlaczego w interpretacji chrześcijańskiej ukrywa się istnienie rodzeństwa Jezusa pomimo, że wyraźnie mó- wi się o tym w Ewangelii?

  1. Dlaczego na wesele przyjaciół Jezusa w Kanie Galilejs- kiej pofatygowała się przybyć, aż z Nazaretu, Jego mat- ka? Wiadomo jakie były wówczas środki lokomocji, a była przecież już w podeszłym wieku. Przypuszczalnie była jakaś ważniejsza przyczyna jej obecności.

  1. Dlaczego Jezus został ukrzyżowany (po rzymsku), a nie ukamienowany (według obyczaju żydowskiego)?

  1. Dlaczego termin kaźni wyznaczono na piątkowe popo- łudnie, przed szabatem? Przebywał więc na krzyżu tyl- ko około trzech godzin, podczas gdy przeciętny czas umierania w tych warunkach trwał trzy doby.

  1. Dlaczego umożliwiono Jezusowi pomoc w niesieniu krzyża na Golgotę?

  1. Dlaczego żołnierze gasili pragnienie ukrzyżowanemu Jezusowi podając mu ocet? (Łukasz 23/36, BT). Chyba nie mogło to się zdarzyć bez zgody setnika.

  1. Dlaczego, kończąc egzykucję, nie złamano Jezusowi goleni, tak jak pozostałym dwóm skazańcom, lecz przebito Mu pierś?

  1. Dlaczego pierś została zraniona po prawej stronie cia- ła? Wykwalifikowani oprawcy, którzy wiedzieli jak przebijać nadgarstki i stopy aby nie przeciąć arterii, mogli wiedzieć, lub być pouczeni, po której stronie cia- ła jest serce.

  1. Dlaczego Jezus, po zmartwychwstaniu, nie ukazał się publicznie? Przecież to by było niepodważalne potwier- dzenie wiarygodności Jego nauczania.

Takie zestawienia zdarzeń mogą wydawać się dziwne lub ten- dencyjne. Ale niczego jeszcze nie dowodzą. I wtedy otwiera się „okienko” intuicji. Między słowami przychodzi zrozumienie, nie podlegające żadnemu dowodzeniu. Układa się mozaika równie sensowna co niebezpieczna.

Jezus, natchniony później charyzmą Chrystusa, miał za mło- du wtajemniczonych nauczycieli, a potem także wyznawców i zwolenników nie tylko wśród ludu, lecz także wśród elity religij- nych władz żydowskich. Na przykład mógł potajemnie przyjaźnić się z wysoko postawionym i zamożnym saduceuszem Józefem z Arymatei, a także z faryzeuszem, lekarzem Nikodemem. Żył peł- nią życia, przypuszczalnie zawarł związek małżeński z Marią Ma- gdaleną, a ślub ich odbył się właśnie w Kanie Galilejskiej. Swoim nauczaniem śmiertelnie naraził się oficjalnym władzom żydows- kim, co nie uszło uwadze cesarza rzymskiego. Musiał zginąć. Je- go zwolennicy nie chcieli do tego dopuścić. Przekupili Piłata, któ- ry zgodził się, że Jezus będzie ukrzyżowany, ale nie umrze na krzyżu. Mają jednak być zachowane wszystkie pozory Jego śmier- ci. Piłat nie chciał więcej o Nim słyszeć.

Tak więc pozorna egzekucja mogła się odbyć z zachowaniem wszelkich środków ostrożności. Na krzyżu został uśpiony narko- tykiem, w wielkim pośpiechu złożony w świeżo zbudowanym gro- bowcu należącym do Józefa z Arymatei (a nie strącony w prze- paść na pożarcie ptakom), skąd oddano Go pod fachową opiekę lekarską. Po częściowym odzyskaniu władz fizycznych mógł się ukazać jedynie swoim uczniom i osobom najbliższym, aby nie złamać układu z Piłatem. Ciekawe, że nie ukazał się swojej mat- ce, która przecież była obecna podczas ukrzyżowania. Możliwe, że takie spotkanie trudno by było ukryć. W każdym razie nie mówią o tym Ewangelie. Później musiał, chyba w przebraniu, wyemigro- wać.

Opisany tu scenariusz wydał mi się bardziej prawdopodobny gdy dowiedziałem się, że na Filipinach, do niedawna, kilkunastu fanatyków religijnych co roku dawało się ukrzyżować, pozostając przy życiu po tym makabrycznym misterium. Jakież było moje zdumienie gdy nie tak dawno, już mieszkając w USA, natrafiłem na dzieło The Unknown Life of Jesus Christ (autor Nicolas Notovitch, kupiłem je przez internet), a w ślad za tym zdoby- łem książkę Wacława Korabiewicza: Tajemnica młodości i śmier- ci Jezusa. Poza tym odnalazłem poważną pracę niezależnego na-ukowca Fida M. Hassnain’a: Poszukując prawdziwego Jezusa (opublikowaną także po polsku). Opisane tam są dzieje Jezusa w podobny sposób. Po spełnieniu swej misji w Jerozolimie Jezus udał się ponoć do Indii i tam nauczał, otoczony wielkim uzna- niem i szacunkiem. Zakończył życie naturalną śmiercią gdy był już w starszym wieku.

Podobne wieści i publikacje nie mogły być ignorowane. Zaw- sze były tropione i z całą surowością tępione przez chrześcijańs- two. To nie były żarty. Niszczono je, a ich krzewicieli nawet palo- no.

Innym przekazem intuicyjnym, związanym z otwarciem ar- chetypu Stary Mędrzec, jest pojmowanie istoty magii. Tu wypo- wiem się bardzo krótko. Świadomość Kosmiczną osiąga się przez koncentrację. Jest to spokojne skupianie uwagi na wybranym przedmiocie (lub idei), aż do przeżycia zjednoczenia z tym przed- miotem. Wtedy można mieć nań wpływ według własnej wyobraź- ni. Magia nie jest bowiem jedynie narzędziem woli, lecz także sze- rzej rozumianym prawem natury, opartym na działaniu, właśnie, wyobraźni. Znamienny jest uznawany przez chrześcijaństwo sty- gmatyzm. Rany Jezusa występują przy tym nie na nadgarstkach ale na dłoniach, tak jak wyobraża je sobie stygmatyk. Jest to „czystej wody” proces magiczny. Innym podobnym procesem jest skrzętnie ukrywane, lecz ponoć zdarzające się zjawisko przemia- ny opłatka komunii w ustach niektórych osób mocno wierzących - w kawałek ludzkiego ciała. Można sobie wyobrazić, jaki wpływ na wiernych miałoby ujawnienie takich przypadków, gdy jest za- tarta atawistyczna pamięć rytualnego kanibalizmu (choć rytuał komunii może mieć głęboki mistyczny sens).

Podobnie może być z Całunem Turyńskim, objawieniami Mat- ki Boskiej (pierwiastek żeński w katolicyźmie dawniej nie miał należnej mu rangi) i z innymi cudami. Są one realizacją, także w sferze fizycznej, wyobrażeń opartych na głębokiej wierze w ich prawdziwość. Stają się rzeczywiście prawdziwe. Tworzy je owa Iskra Boża, Jaźń „zamieszkująca” w każdym człowieku.

Z jeszcze innych przekazów intuicyjnych mogę wspomnieć, że astrologia nie ma wiele wspólnego z wpływem gwiazd na wydarze- nia na naszej planecie. Gwiazdy stałe służą głównie jako punkty odniesienia, umożliwiające określenie w jakim miejscu aury zie- mskiej wzięło początek dane zdarzenie.

Miałem także przekaz intuicyjny, że nieujawnione wyniki ba- dań lekarzy francuskich nad epidemią cholery, przeprowadzo- nych w czasie gdy nękała ona ten kraj, były prawdziwe. Dowo- dziły, że cholera jest chorobą zaraźliwą, ale nie zakaźną. Jest chorobą „ze strachu”. Bakterie nie są przyczyną tej choroby, znajdują jedynie pożywkę w dotkniętym nią organiźmie. Wyniki badań nie zostały ujawnione ponieważ prowadzono je w warun- kach niezgodnych z prawem. Informację o tym znalazłem w pry- watnym wydaniu książkowym (Norbert Okołowicz: Psychologia a medycyna).

Może podobnie rzecz się ma z rakiem i z niektórymi innymi chorobami, nękającymi dziś ludzi na wielką skalę? Niedawno tra- fiłem na wiadomość w prasie internetowej (niestety nie odnoto- wałem „namiaru”), że w niektórych zacofanych krajach wybucha- ją epidemie zabobonnego, irracjonalnego strachu. Na przykład głoszono gdzieś o masowym pozbawianiu mężczyzn potencji (o „kradzieży” penisów). Było wiele skarg i poszukiwano winowajców wśród czarowników. Nie lekceważyłbym takich zjawisk. Lęk, w tym przypadku przed utratą męskości, może rzeczywiście dopro- wadzić do jej utraty.

Na podstawie przekazów intuicyjnych mógłbym powiedzieć, że przestrzeń kosmiczna nie jest izotropowa lecz anizotropowa. W związku z tym szybkość światła w niej nie może być stała. Ale to jest już sprawa bardziej specjalistyczna, o której wspomnę w roz- dziale 8.

Przedstawione w tych przykładach, a także inne przekazy in- tuicyjne zachodzą czasem spontanicznie. Dotąd nie próbowałem jednak i nie zamierzam ćwiczyć jakichkolwiek siddhi (władz para- normalnych) gdyż po prostu nie czuję takiego pragnienia i nie widzę potrzeby.

Wypowiedzi na Forum Internetowym Przebudzenie

1. Doreen

Nawiązując do schematu psyche: już jako dziecko rysowałam podobne wykresy. W wieku 10 - 12 lat były już naprawdę całkim profesjonalne. Opisywałam w nich szczegółowo istotę człowieka, świadomość, itd. Tak się moje życie potoczyło, że w wieku 13 lat zamknięto mnie na dziecięcym oddziale psychiatrycznym, bo tak w domu jak w szkole nie rozumiano mego „nienormalnego” za- chowania. W szpitalu moje rysunki zauważył jeden z lekarzy i spytał czy czytałam Junga. Odpowiedziałam że nie i nigdy przed- tem nie widziałam takich wykresów. A jednak minęło kilka lat nim wycofano diagnozę schizofrenii i wypuszczono mnie na wol- ność.

W moim życiu najistotniejszą rolę odgrywa intuicja i wewnę- trzne prowadzenie. Już w wieku kilku lat zrozumiałam, że wszy- stko jest we mnie i tylko muszę to sobie przypomnieć.

2. Rafał

Ja tylko o Stwórcach Skrzydeł. Reprezentują bardzo wysokie poziomy duchowe (bardzo wysoki rodzaj wibracji, jeśli ktoś potra- fi je odczuć). Dla wielu osób są to jednak energie (jeszcze) zbyt dalekie od ich świadomości i dlatego często pojawia się tak dużo słów krytyki. To czego nie rozumiemy często wzbudza w nas strach - podobnie jak w człowieku średniowiecza paniczny strach mógłby wywołać np. nadjeżdżający samochód. Trzeba pamiętać, że duchowo żyjemy właśnie w epoce średniowiecza - jako ludz- kość w sensie ogólnym - bo są już grupy i jednostki, które wy- przedzają swoje czasy i potrafią ogarnąć więcej niż tylko umieję- tność radzenia sobie w problemach tak zwanego życia codzien- nego.

Istnieje wyższy rodzaj logiki, a ja ją nazywam „logiką poza- zmysłową” i nie ma ona nic wspólnego z testami IQ. Pozwala jed- nak ogarnąć sprawy, które nijak nie mogą być udowodnione w świetle intelektu.

Materiał Stwórców Skrzydeł wywołuje w ludziach całą paletę reakcji: od skrajnego zaprzeczenia po zbyt utopijne podejście, ale po to dostaliśmy od Stwórcy zdolność rozróżniania i czucia, abyś- my jej używali w sposób pozwalający uzyskać zrównoważony wgląd w sprawy, które są poza kontrolą zmysłów.

3. yulian

Do Doreen:

Intuicja należy do tych pojęć, które są trudne do określenia, a jednak niezaprzeczalnie istnieją i mają kluczowe znaczenie dla rozwoju człowieka. Niezależnie od ścieżki, którą sobie obieramy, prędzej czy później trzeba uruchomić pokłady intuicji i tego co wewnętrzne. W naszej kulturze doskonale te idee wyrazili Sokra- tes i Platon (nie da się ich oddzielić od siebie, gdyż tego pierwsze- go znamy prawie wyłącznie z nauczania platońskiego). Gnothi se auton - Poznaj samego siebie - to napis nad wejściem do Wyrocz- ni Delfickiej. Według tych idei filozoficznych - wszystko już wiemy od urodzenia, musimy to tylko sobie przypomnieć. Przed życiem i po śmierci jesteśmy w stanie wszechwiedzy - jednak z chwilą gdy oblekamy się w fizyczne ciało, wchodzimy w stan podzielności (dualności), który nieuchronnie nas ogranicza. Jednak dzięki te- mu właśnie się rozwijamy - gdyż nie wiedząc wszystkiego, para- doksalnie mamy większe pole do rozwoju duchowego.

Porównując ze sobą intuicję i intelekt warto przypomnieć filo- zofię intuicji francuskiego myśliciela Bergsona. Przeprowadził on obszerną krytykę intelektu. Otóż intelekt deformuje rzeczy, tak aby uczynić je bardziej wygodnymi narzędziami poznania. Inte- lekt ma skłonności do:

  • unieruchomiania tego co z natury jest zmienne i ruchome

  • rozkładania rzeczy na części, bo to co jest złożone jest dla niego nieuchwytne

  • upraszczania rzeczy i ich ujednostajniania - tym samym intelekt pomija i ujmuje tylko niektóre zjawiska z całości

  • kwalifikowania i ilościowania; szczególnie w nauce, gdzie nieraz obliczenia wydają się ważniejsze niż poznanie

  • mechanizacji rzeczy - i tym samym porzucania tego co żywe i twórcze

  • relatywizowania rzeczy - każdą rzecz w nauce określa się w stosunku do innych, w zależności od innych.

Alternatywą dla ograniczeń intelektu jest intuicja. Paradok- sem jest jednak iż Bergson krytykę intelektu przeprowadził za pomocą intelektu a nie intuicji, która z natury jest niewerbalna.

Do Mariana:

Bliskie mi są Twoje doświadczenia i przemyślenia. Również podążam drogą intelektu, chcąc też wykorzystać poznanie przez mit i intuicję. Bliska jest mi także psychologia głębi oraz odrzuce- nie wpływów egregorycznych zarówno ścieżki katolickiej jak i ma- terialistycznej. Nowością jest dla mnie filozofia Stwórców Skrzy- deł, którą od jakiegoś czasu zgłębiam.

Piszesz: Wolna wola stanowi podstawę równowagi bytu. Wiem także, że brak miłości rodzi lęk, który jest korzeniem sił destruk- cyjnych zarówno w skali osobistej jak i społecznej.

Zgadzam się z tym stwierdzeniem całym sercem i intelektem. Co do wolności dodać tu mogę następującą uwagę: chociaż wol- ność posiadamy zawsze i bezwględnie, to jednak nie każdy robi z niej użytek. Ludzie, którzy nie wierzą we własną wolną wolę i uważają, że są marionetkami, manekinami pozbawionymi woli - istotnie tacy są, gdyż sami siebie determinują. Można poprzez wolny wybór stworzyć sobie iluzję uwięzienia, zamknięcia w ja- kimś systemie przekonań. Dlatego należy z powagą traktować wszystkie fatalistyczne i deterministyczne przekonania - one za- chowują ważność dla tego, kto w nie wierzy. Nie mówiąc o tym, że prawdopodobnie powołują do istnienia siły, które rzeczywiście za- interesowane są zniewoleniem człowieka - a o których tak dużo się pisze w ezoteryce. Niemniej w każdej chwili możemy porzucić taką wizję - nikt i nic na świecie nie może nas zniewolić bez na- szej zgody.

Bliskie jest mi również pojęcie i doświadczenie Ducha, który jest pierwotny względem materii. Chociaż filozofia Stwórców Sk- rzydeł pięknie syntetyzuje i spójnie opisuje Ducha, to jednak his- torycznie rzecz biorąc jest tylko kolejnym ogniwem w długim roz- woju filozoficznym ludzkości.

Koncepcja emanacji, przechodzenia bytu z Jedni do Dwójni, pojawiła się wyraziście w nauce platońskiej. W średniowieczu tra- dycję tę kontynuowała teologia apofatyczna (negatywna), zapo- czątkowana przez Pseudo-Dionizego Areopagitę, Jana Szkota Eriugenę, Mistrza Eckharta, Mikołaja Kuzańczyka, Jakuba Boh- me, Anioła Ślązaka i wielu innych. Takie myślenie o Duchu jest powiązane z doświadczeniem mistycznym - mistycy zawsze wspo- minają o niepowtarzalnej i nieopisywalnej jedności z Duchem (Absolutem, Bogiem). Taką samą i dłuższą tradycję odnajdziemy także w Indiach. Myśl Stwórców Skrzydeł na nowo podejmuje prastare doświadczenie człowieka - i to jest wspaniałe w tej mąd- rej i mitycznej filozofii.

Ja sam od przeszło prawie roku doświadczam co jakiś czas namiastki tego stanu (najczęściej we śnie, chociaż zdarzyło mi się również kilka razy na jawie, przeważnie są to kilkunastominuto- we doświadczenia). Doświadczenie Jedności Ducha jest niesamo- witym przeżyciem, z którego pozostaje potężne wrażenie miłości i bezczasowości. Tu mogę tylko potwierdzić, że poznania intelektu- alne tylko w częściowym stopniu przybliżają do tego przeżycia. Bardzo pomocną rolę odgrywa tu sztuka - muzyka, obrazy, wyob- rażenia mityczne, a także inspiracja innych ludzi.

Piszesz: W tym ujęciu chciałbym podkreślić, że każda Monada (Istota, Jaźń) jest „cząstką” Boga Osobowego. C.G. Jung nazywał Jaźń obrazem Boga (a nie Bogiem) w człowieku. Myślę, że po pro- stu nie chciał popaść w ostry konflikt z teologią, bo mogłoby to u- niceswić cały jego dorobek naukowy.

W tradycji hinduskiej istnieją analogiczne terminy Atmana (Jaźni) i Brahmana (Absolutu). Istnieją trzy możliwe rozwiązania relacji pomiędzy nimi:

  • adwajta, pełna tożsamość, niedwoistość. Jest to doktryna Śankary, Jaźń i Ostateczna Rzeczywistość są tym samym. Nie istnieje mnogość świadomości, wszystko jest jednoś- cią,

  • doktryna szczególnej niedwoistości - to nauka Ramanud- ży, oraz

  • radykalniejsza doktryna Madhwy.

Dwaj ostatni krytykowali Śankarę uważając, że istnieją róż- nice między Bogiem (który jest tu osobowy) a Jaźnią, gdyż osta- teczna natura rzeczywistości jest wewnętrznie zróżnicowana.

Dla mnie obecnie bliższe jest to pierwsze stanowisko, uwa- żam, że doświadczenie dualności (dualizm zakłada istnienie po- dwójnej rzeczywistości, dwóch bytów - materii i ducha) jest raczej konstrukcją intelektu, nie istnieje taki stan w pewnych fazach przeżycia mistycznego.

Piszesz: Możliwe, że system chrześcijański jest bliższy praw- dy niż system buddyjski.

Tu jest jedyny chyba niejasny dla mnie fragment Twojej wy- powiedzi. Nie bardzo rozumiem, dlaczego system chrześcijański miałby być bliższy prawdy, skoro samo pojęcie prawdy jest kon- struowane na bazie danego systemu. Na przykład w tradycji za- chodniej istnieje kilka różnych definicji prawdy, z których dwie są proweniencji chrześcijańskiej. Pierwsza mówi, że „prawdą jest to co jest” (to definicja ontologiczna, zaproponowana przez św. Augustyna), druga zaś powiada, iż „prawda to zgodność myśli z rzeczywistością” (św. Tomasz z Akwinu). Osobiście uważam, że definicje te są niepełne i niewystarczające, nie chciałbym jednak tu zanudzać krytyką tych klasycznych pojęć prawdy.

Na gruncie buddyjskim proponowane jest zupełnie inne uję- cie prawdy, mniej intelektualistyczne, a bardziej medytacyjne. Prawda nie jest tu konstrukcją intelektu, ale raczej pewną uważ- nością, obserwacją (a więc pewną czynnością). Można uprościć nieco problem tak, że prawda w systemie chrześcijańskim to rze- czownik, a czasownik w systemie buddyjskim.

Co do dialogu międzyreligijnego - papież o ile pamiętam, w wywiadzie Przekroczyć próg nadziei krytykował również buddyzm za soteriologię negatywną. Uważał, że buddyzm jest tu bliski gno- zie, bo akcentuje głównie cierpienie jako zasadę rzeczywistości, podczas gdy nie proponuje, tak jak chrześcijaństwo, odkupienia tu i teraz po Chrystusie. Nie chciałbym jednak wnikać w istotę sporu pomiędzy tymi religiami - nie zajmuję się raczej klasyczną teologią, wydaje mi się, że niezrozumienie wynika tu głównie z nieznajomości specyfiki buddyzmu (który nie jest przecież wcale monolitem w sensie doktrynalnym) przez teologów chrześcijańs- kich.

Piszesz: Dedukcyjny system poznawczy, oparty na aksjoma- tach, dobrze służy także w wielu gałęziach nauk ścisłych. Na przykład geometria euklidesowa sprawdza się w praktyce, także w lotach kosmicznych. Nie przeszkadza to jednak rozwojowi in- nych geometrii, nieeuklidesowych, opartych na zmienionych zes- połach aksjomatów.

Tak, istnieją również tzw. geometrie Łobaczewskiego i Riema- nna - które zakładają, że suma kątów w trójkącie może mieć m- niej lub więcej niż 180 stopni. Przestrzeń w takich geometriach ma inną formę, tworzy pewne trudne do wyobrażenia kształty hi- perboliczne bądź kuliste.

Piszesz: Innym przekazem intuicyjnym, związanym z otwar- ciem archetypu Stary Mędrzec, jest pojmowanie istoty magii. Przykładem mogą być praktyki religijne, takie jak spełniona mod- litwa.

Magia jest z pewnością uruchamianiem woli, skoncentrowa- nej na jakimś pragnieniu. Istnieje pewne podobieństwo magii i nauki - na przykład jedna i druga chciałaby podporządkować rzeczywistość, sprawić aby wola człowieka była prymarna wzglę- dem reszty świata. Modlitwa niekoniecznie musi mieć magiczny charakter, gdyż w religii częstym aktem jest podporządkowanie się woli bóstwa, czyli coś przeciwnego aniżeli w magii. Podczas gdy magia odwołuje się do siły, religia często odwołuje się do lę- ku. Nie łączyłbym więc tak jednoznacznie ze sobą tych dwóch różnych zjawisk. Niewątpliwie zaś np. w religii ludowej jest mnós- two elementów magicznych, jest to ciekawy, choć zanikający te- ren badań dla etnologów. Niedawno wyszła ciekawa i dość profe- sjonalna od strony intelektualnej książka na temat magii: Dzieje magii J. Prokopiuka.

Poza tym, w innym miejscu, odróżniłbym od siebie religię w postaci egzoterycznej i ezoterycznej. Ta pierwsza jest taka jak ją opisałeś - pełna dogmatów, lęku, kontroli hierarchii. Jest skiero- wana do zewnątrz - doświadczenie mistyczne jest tu niemile wi- dziane, albo traktowane co najmniej z dystansem. Religia ezote- ryczna zaś jest skierowana do wewnątrz i ceni właśnie owo doś- wiadczenie duchowe. Każda wielka religia historyczna ma swoją tradycję ezoteryczną - w chrześcijaństwie nieortodoksyjną misty- kę i gnozę, w islamie - sufizm, w judaiźmie - kabałę. Hinduizm i buddyzm stosunkowo najsilniej przechowały doświadczenia ezo- teryczne ludzkości.

Wielkim skarbem są przetrwałe tradycje szamanistyczne w wielu częściach świata. Religia ezoteryczna nie poddaje się zbyt- nio kontroli hierarchii, unika dogmatyzacji. Prawie każdy założy- ciel religii i prorok był jednocześnie ezoterykiem - Jezus, Maho- met czy Budda. Myślę, że w nadchodzących czasach potrzebny będzie powrót do „korzenia ezoterycznego”, do doświadczenia du- chowego indywidualnego, które będzie wykorzystywało zwalniają- cą się energię starych systemów.

4. Tomek

Piszesz: Osobiście przeżyłem dwukrotnie wyzwolenie się od wpływów egregorycznych … nie była to łatwa sprawa.

Sztuką XXI w. jest zwrócić światu wolność - uwolnić go od siebie i żyć w nim. Ciągle się tego uczę.

Odnośnie magii - tak, jeśli chodzi o tworzenie to kluczem mo- że być rezonowanie z „obiektem” do tego stopnia, że możemy go jakby odczuć - stworzyć w sobie. Dlaczgo? Bo na własny świat mamy wpływ, a na świat „poza nami” już raczej nie. Przez „ob- iekt” rozumiem wszystko: przedmiot, sytuację, zdarzenie, istotę, energię.

5. Cinka

Piszesz: C.G. Jung nazywał Jaźń obrazem Boga (a nie Bogiem) w człowieku.

Czytając apokryficzną ewangelię wg Tomasza zatrzymałam się na tym zdaniu: 83. Rzekł Jezus: Obrazy ukazują się człowiekowi, a światłość, która jest w nich, ukryta jest w obrazie Ojca. On uja- wni się, a jej obraz ukryty jest w Jego światłości.

Dlatego, być może to właśnie miał na myśli Jung i powodem nie był potencjalny konflikt z teologią, tylko jego rozpoznanie za- leżności.

Do yuliana:

Piszesz: Podczas gdy magia odwołuje się do siły, religia często odwołuje się do lęku.

Jest jeszcze inny sposób kreacji. Ja nazywam to kreacją nie- siłową. Siłową nazywam szeroko pojętą magię, której działanie znakomicie zdefiniowałeś.

6. yulian

Napisałem religia często odwołuje się do lęku mając na myśli religię na poziomie zewnętrznym - egzoterycznym. To co Ty, Cin- ka, napisałaś odniósłbym już do religii na głębszym poziomie du- chowym - ezoterycznej, skierowanej ku wnętrzu (oczywiście nie ma osobnej religii egzo- i ezoterycznej - one się przenikają i spla- tają).

Zgadzam się z tym, co napisałaś, chociaż nadal uważam, że modlitwa oparta na lęku (a więc „ciemniejszych” wibracjach) jest częściej spotykana w religiach.

W naukach religioznawczych istnieje pojęcie bóstwa, przeży- wanego jako numinosum - jest to tajemnicza, sakralna moc, na- pawająca człowieka przerażeniem i lękiem (mysterium tremen- dum), a jednocześnie pociągająca go i zniewalająca (mysterium fascinosum).

Może zamiast kolejnych pojęć, coś z mojego doświadczenia życiowego.

Pamiętam, iż najsilniejsza modlitwa jaką kiedykolwiek wyko- nałem, zdarzyła mi się podczas topienia się w morzu koło Helu. Miałem wówczas 12 lat i pływałem wtedy w morzu razem z moim ojcem. Pogoda zaskoczyła nas tego dnia, gdyż bardzo szybko fale się zwiększyły, wiatr przybrał na sile i wyrzuciło nas na głębię - straciliśmy piasek pod nogami. Sytuacja wyglądała bardzo nie- ciekawie - z sekundy na sekundę traciliśmy siły, próbując utrzy- mać się na powierzchni. Mimo, iż jesteśmy z ojcem dobrymi pły- wakami, wiedzieliśmy, że zostało nam może kilkadziesiąt sekund życia. Wtedy zacząłem się bardzo silnie i intensywnie modlić - w myślach - prosząc Boga, żeby nas uratował, aby pomógł nam w tej ciężkiej chwili. Jednocześnie walczyliśmy dalej z falami, chcąc wydostać się z tej pułapki, jaką nam zgotowało morze. Podpłynę- liśmy resztkami sił do ostatniego pala, wbitego w dno morskie - na Helu są w odstępach ustawiane takie drewniane paliki - i bar- dzo mocno zaczęliśmy się ich trzymać, próbując przechodzić z jednego na drugi, aż do plaży (a były bardzo śliskie i ostre - ale nie mieliśmy niczego innego do chwycenia się). W połowie drogi między palami przypłynęło dwóch młodych i silnych mężczyzn - którzy pomogli nam się dalej wydostać ze wzburzonego morza. Gdy już odzyskaliśmy grunt pod nogami chwycili nas pod ręce i tak doszliśmy do brzegu. Podziękowaliśmy im, a oni szybko znik- nęli - nie spotkałem ich już później. Padliśmy wykończeni na zie- mię, a ja w myślach podziękowałem Bogu. Tego dnia na tej plaży utonęły trzy osoby - ciało jednej z nich widziałem osobiście oraz rozpacz córki. Mieliśmy pokaleczone ręce, ale zagoiły się po paru tygodniach. Od tego czasu żywię wielki respekt do wody - nadal pływam, ale zawsze z dużą ostrożnością, a do morza nigdy nie wchodzę głębiej niż po pas. Doświadczenie to bardzo silnie wpły- nęło na mnie, byłem wtedy jeszcze wierzącym katolikiem - cho- ciaż prawie zawsze pociągała mnie wiara indywidualna w Boga, a nie w Kościół.

Oczywiście, modlitwa może być niezależna od religii, zresztą zależy to od tego czym jest religia, jak ją rozumiemy. Spotkałem się na tym forum z tak szerokim rozumieniem religii - jako „zbio- ru wszystkich wartości”. W tym ujęciu religia byłaby obecna w bardzo wielu przejawach życia codziennego, nie tylko w kościo- łach i w dniach świątecznych. Jednak ja z takim ujęciem się nie zgadzam - wartości tworzą także mit (który jest najwcześniejszym stadium rozwoju człowieka) i świecka filozofia metafizyczna.

Modlitwa może mieć różny charakter - może być werbalna lub myślna, indywidualna bądź kanoniczna. Są modlitwy dziękczyn- ne, błagalne czy uwielbiające. Modląc się, zwracamy się do sfery sacrum - np. bóstw, aniołów, świętych. Ale możemy także się mo- dlić do własnego Wyższego Ja, które można uznać za tożsame z częścią lub całością Boga.

7. Marian

Dziękuję yulianie za tak cenne i wzbogacające wypowiedzi. A co do niejasności w moim zdaniu: Możliwe, że system chrześci- jański jest bliższy prawdy niż system buddyjski - to piszę poprze- dnio: Chrześcijaństwo ma inny system, w którym połączone jest pojęcie Ducha (Absolutu) z Pierwotnym Źródłem (Bogiem Osobo- wym), któremu przypisuje się wszystkie cechy Ducha.

Przyznaję, że słowo „prawda” jakoś mi się wplątało. Nie wni- kam tu w definicję prawdy. Mam jedynie na myśli kwestię pozna- walności, o czym piszę w następnym zdaniu: Niepoznawalność maleje bowiem w świetle logiki wielowartościowej która, także w fizyce, dopuszcza możliwość tzw. przemieszczeń wirtualnych (z pominięciem ciągłości drogi) co może pozwoli w przyszłości zrozu- mieć procesy wieloprzestrzenne i pozaczasowe. A więc, być może, człowiekowi dane będzie poznanie nie tylko Pierwotnego Źródła lecz także Ducha.

Piszesz: Odróżniłbym od siebie religię w postaci egzoterycznej i ezoterycznej.

Ja nie mówię o religiach lecz o organizacjach religijnych, a więc o ich aspekcie egzoterycznym. Oczywiście podzielam Twoje zdanie o ezoterycznym aspekcie religii.

Natomiast w odniesieniu do magii - rozumiem magię nieco szerzej: nie tylko jako narzędzie woli lecz jako prawo naturalne. Czasem celowo nie używam słowa „wola”, tylko „wyobraźnia”. Na przykład w życiu codziennym często widzimy, że człowieka spoty- ka to, czego nie życzy sobie lub czego boi się, ale wyobraża to so- bie. Po jakimś czasie ściąga w ten sposób nieszczęście.

Opowiem tu coś z własnego życia. Byłem najmłodszy w rodzi- nie. Mój najstarszy brat, Kazik, spotkał po wojnie swego kolegę szkolnego, lekarza. Kolega ten, w luźnej rozmowie, zwrócił uwagę na małą brodawkę na twarzy Kazika i powiedział, że tego nie po- winno się lekceważyć, bo może to być tkanka rakowa. Wpuścił mu więc „pchłę do ucha”. Po ośmiu czy dziesięciu latach Kazik zmarł na raka żołądka. Mama bardzo się tym martwiła i także zmarła na raka. Drugi brat, Heniek, bał się jazdy samochodem. Wstydził się tego i swoje obawy obracał zwykle w żart. Zginął wjeżdżając trabantem pod rozpędzoną ciężarówkę.

A teraz coś o magii służącej jako narzędzie woli. Rzecz niewia- rygodna przytrafiła się memu koledze Ryszardowi (imię zmienio- ne) i jego rodzinie. Stało się to w 1949 roku. Rodzice Ryszarda byli naszymi sąsiadami. Zamieszkali wraz z inną rodziną we wspólnym domu. Jeden pokój w tym domu zajmował dotychcza- sowy lokator, który właśnie miał się wyprowadzić. Kobiety bardzo mocno pokłóciły się o to kto zajmie po nim pokój. Na koniec kłó- tni matka Ryszarda usłyszała: teraz mnie popamiętasz! Według lokatora, który przypadkowo także usłyszał ten fragment kłótni, nie była to czcza pogróżka. Grozicielkę znano jako osobę potra- fiącą „odczyniać uroki”. W poprzednim miejscu zamieszkania wzywano ją do „zdejmowania uroków” z chorych zwierząt.

W styczniu 1949 roku ojciec Ryszarda wieczorem, w czasie zamieci śnieżnej, wpadł pod pociąg na niestrzeżonym przejeździe. Wraz z Ryszardem zbierałem jego szczątki na torach kolejowych. Ryszard był moim rówieśnikiem. Razem studiowaliśmy na Poli- technice Wrocławskiej, właśnie przebywaliśmy wtedy na feriach zimowych.

Ostatniego maja 1949 r. opalaliśmy się we Wrocławiu nad Odrą. Dwie dziewczyny nieopatrznie wpadły do wody i zaczęły to- nąć. Ryszard rzucił się na ratunek. Dziewczyny zostały uratowa- ne przez nadpływających łodzią ludzi, a Ryszard utonął. Później jego trzyletni braciszek (chyba już niespodziewany), bawiąc się na podwórku, został bardzo mocno pogryziony przez własnego psa. Tego matka już nie zniosła. Doznała przejściowych zaburzeń psy- chicznych i zaczęła zapadać na zdrowiu.

Wszystko to wydarzyło się w ciągu niespełna połowy roku. Rodzina współlokatorów, widząc co się dzieje, w panice wyprowa- dziła się z tego domu. Poprzedni lokator opowiadał później, że wi- dział jak owa kobieta nocą, przy zapalonej świecy, w wielkim skupieniu łamała łuczywa i coś tam mamrotała. *

Wtedy też zrozumiałem jak wielki strach był przyczyną pale- nia czarownic. Strach, że z oprawcami można walczyć bronią wo- bec której są bezradni i której sami nie potrafią użyć.

Do Cinki:

Co do cytatu z ewangelii wg Tomasza - podzielam zdanie yu- liana. Natomiast w owej wypowiedzi, podobnie jak Jung w swoich pracach, posłużyłem się pojęciami egzoterycznymi. Obraz żywego przedmiotu nie jest żywy. Moja fotografia nie jest mną. Chyba że uznamy, że owa „światłość” jest świadomością lub życiem, które w jakiś tajemny sposób udziela się obrazowi. Wtedy słowo „obraz” powinno być zastąpione innym słowem lub jakoś zaznaczona jego odmienna treść.

Bardzo serdecznie dziękuję Wszystkim Uczestnikom tej dyskusji za wnikliwość i cenny wkład do tematu.

Marian Wasilewski

*) Przebieg wypadków po śmierci Ryszarda znam z opowiadania sąsia- dów, gdyż w tym czasie mieszkałem już na stałe we Wrocławiu. Później dowiedziałem się że braciszek Ryszarda, po ciężkim okaleczeniu wyzdro- wiał, a matka zmarła po trzech latach, nie odzyskawszy zdrowia.

Rozdział 2

Listy

List do redakcji Nieznanego Świata

Zgadzam się z Państwa opinią, że temat Stwórcy Skrzydeł być może będzie wymagał „pogłębionej i wielostronnej publikacji”. Je- żeli to nastąpi - chciałbym podzielić się moim aktualnym poglą- dem, który nie koniecznie miałby być opublikowany.

Widać, że w naszych czasach narastają zjawiska paranormal- ne, a także coraz bardziej pogłębiają się w tym zakresie badania naukowe. Do tego dochodzą masowe demonstracje parapsychicz- nych seansów uzdrowicielskich. Na przykład Benny Hinn, dzia- łający w USA duchowny (chyba protestancki, twierdzi, że działa w imię Jezusa) gromadzi na swoich spotkaniach po kilkadziesiąt tysięcy osób, a jego występy w Nowej Zelandii, na Ukrainie, a na- wet w Izraelu ściągnęły setki tysięcy osób. Można to oglądać w te- lewizji, np. na nowojorskim kanale 9-tym - po pół godziny przez pięć dni w tygodniu (od 6:00 do 6:30 nowojorskiego czasu).

Nie bez znaczenia jest działanie instytutów badawczych, jak np. Instytut Monroe, który szkoli adeptów w podróżach poza ciałem. Coraz bogatsza także jest literatura związana z UFO i channelingiem. Zresztą, te sprawy są Państwu dobrze znane.

W tej sytuacji odpowiednie organa władz politycznych wysta- wione są na ciężką próbę. Współczesna wiedza naukowa nie mo- że tych spraw wyjaśnić. Organizacje religijne, nawet posługując się dogmatami, też nie na wszystko mają odpowiedź. Ujawnienie fizycznej prawdziwości wielu zjawisk naruszyłoby paradygmat naszej kultury, powodując nieprzewidywalne skutki. Jest chyba oczywiste, że zmiana taka nie może dokonać się zbyt szybko, gdyż postawa skierowana na przetrwanie jest głęboko zakorze- niona w psychice. Dokonało się to w procesie filogenezy pokoleń. Wystarczy spojrzeć na tak absurdalny i obłędny fakt jak istnienie wojen, gdzie z masowego zabójstwa czyni się cnotę - i niewielu lu- dzi to zdumiewa.

Wracając do przekazów Stwórców Skrzydeł można sobie wy- obrazić, że w procesie utajniania wydarzeń niewygodnych, wła- dzom politycznym wydarzył się wypadek w pracy. Mianowicie nastąpił niekontrolowany „przeciek”, raczej nieprzypadkowy, u- możliwiony istnieniem internetu. Władze muszą tę dziurę zała- tać. W takich sprawach służą od dawna wypróbowane metody. Należy przejąć inicjatywę informacyjną i jak najmniej mówić o faktach materialnych, fizycznych, które mogłyby zakłócić istnie- jące związki i procesy społeczne. Uwagę natomiast zwrócić na mi- tyczny charakter przekazów, które mogą wprawdzie zaowocować zmianami w organizacjach religijnych, ale nie osłabią zdolności manipulowania gatunkiem ludzkim przez władze.

W tym względzie może istnieć chwilowa zgodność między wła- dzami i autorami przekazów. Obu stronom przecież nie zależy na nagłym przyśpieszeniu wypadków. Autorom przekazów - głównie dlatego, że mieszkańcy Ziemi nie są na razie przygotowani na przyjęcie tak istotnych objawień. Kości jednak zostały rzucone. Przy współczesnej technice informatycznej i demokratycznych ustrojach politycznych popularyzację przekazów można opóźnić, ale nie da się ich wyeliminować.

Treść przekazów, jak już pisałem, jest związana ze zmianą postawy psychofizycznej Ziemian skierowanej na przetrwanie na postawę skierowaną na sksplorację. Zbliża się czas w którym ziemska kreacja gatunku ludzkiego „wylęgnie się z jajka”, chociaż echo postawy przetrwaniowej chyba nie szybko zaniknie. W prze- kazach czas trwania tego procesu rozciąga się na szereg pokoleń. Mówi się tam, że procesem sterują wysoko rozwinięte humano- idalne (a więc ludzkie) istoty pozaziemskie, które zostały w tym celu wydzielone przez Stwórców Skrzydeł i występują pod zbior- czą nazwą Lyricus. Część z nich jest już ponoć od dawna inkar- nowana na Ziemi. Ilość tych inkarnacji w krótkim czasie ma się znacznie powiększyć.

W uzupełnieniu do tego listu załączam:

1. Fragment przekazu zawierającego wyjątki z tzw. Kosmolo- gii Liminalnej.

2. Wyciąg z mego udziału w Forum Dyskusyjnym WingMa- kers.

—————————

Synchronizcja prekognicyjna

Czytanie Nieznanego Świata zaczynam zwykle od wstępniaka redakcyjnego. W ostatnim, marcowym numerze (3/05) w artykule ZNAKI autor, z ostrożnym dystansem, dotknął związku pewnych zdarzeń drobnych lub indywidualnych (poprzedzających) ze zda- rzeniami społecznymi lub politycznymi (następczymi). Od siebie chciałbym dorzucić jeszcze jedno zdarzenie: gdy Napoleon Bona- parte wylądował w Egipcie - potknął się i upadł na twarz. Chcąc zachować swą „personę”, w pozycji leżącej rozłożył ręce i zawołał z emfazą: Ziemio Afrykańska, biorę cię w swoje władanie! O póź- niejszych losach Napoleona nie ma potrzeby wspominać.

Ostrożność autora jest zrozumiała. Zjawisko synchronizacji prekognicyjnej leży bowiem blisko przesądu, zabobonu i jest związane z dość powszechnym myśleniem magicznym. Proszę so- bie wyobrazić jazdę samochodem, gdy coś trudnego ma się do za- łatwienia. Podczas dojeżdżania do zielonych świateł czasem rodzi się myśl, że korzystne załatwienie sprawy zależy od tego czy zdą- ży się przejechać przed zmianą świateł (zdrowy rozsądek nakazu- je jednak nie dotykać pedału gazu). Innym razem, gdy wątpię czy uda się zaparkować w natłoku samochodów, pomaga skoncen- trowane wyobrażenie sobie, że właśnie znalazło się odpowiednie miejsce. Radzę spróbować. W moim przypadku udaje się co drugi raz, chociaż późniejsza ocena szans wskazuje raczej na jedną do dziesięciu.

Synchronizacją zdarzeń w światach psychicznym i fizycznym zajmował się C.G. Jung pomimo, że bardzo dbał o swój wizeru- nek człowieka nauki. Pamiętam jego opis sesji terapeutycznej z pacjentką, która opowiadała swój sen o skarabeuszu i w tym właśnie momencie zaczął dobijać się do okna jakiś duży chrzą- szcz. Z dużym uznaniem wypowiadał się także o chińskiej wróż- bie, gdzie z rozrzuconych patyków (zjawisko fizyczne) odczytuje się przyszłe wydarzenia. Warto też wspomnieć, że tenże uczony uważał za szarlatanów lekarzy, którzy w diagnostyce nie korzys- tają z wiedzy astrologicznej.

Jak już pisałem poprzednio, człowiekowi naszej kultury bar- dzo trudno jest wyobrazić sobie podróże w czasie. Język i logika są bowiem związane z wyobrażeniem czasu opartym na doświad- czeniu zmysłowym. Przekazy channelingowe o skoczkach czaso- wych może nie całkiem dotyczą naszego świata fizycznego, a jed- nak można je sobie wyobrazić w oparciu o znane doświadczenia psychiczne. Mam na myśli regresję hipnotyczną. Przecież polega ona nie tylko na przypomnieniu zdarzeń, lecz przede wszystkim na przywołaniu uczuć i emocji z przeszłości, a więc na ponow- nym przeżywaniu, prawie zupełnie tracąc przy tym poczucie cza- su „rzeczywistego”.

Cóż jednak można powiedzieć o podróżach w przyszłość? Mo- że rozwój intuicji umożliwi korzystanie z synchronizacji prekog- nicyjnej, gdy dzięki znakom poprzedzającym poznaje się zdarze- nia następcze.

———————–

Czy wszechświat jest komputerem stworzonym

i sterowanym przez Świadomość Kosmiczną?

W dzisiejszej informatycznej epoce myśl taka nasuwa się jako ekstrapolacja pojęć związanych z internetem. Chciałbym nawią- zać do badań nad efektami dorocznych medytacji czytelników Nieznanego Świata, prowadzonych przez niemieckich astrofizy- ków Grażynę Fosar i Franza Bludorfa. Bardzo pragnąłbym za- poznać się ze szczegółami stosowanych przez nich metod badaw- czych.

Jak wiadomo w systemach komputerowych mamy do czynie- nia z urządzeniami materialnymi (hardware) jako nośnikami informacji oraz z oprogramowaniem (software), tj. systemami lo- gicznymi sterującymi przebiegiem i przetwarzaniem informacji. W przypadku wspomnianych badań, jak mogę przypuszczać, rolę hardwaru pełnią biologiczne struktury DNA, natomiast istotnym elementem softwaru jest jakiś program doboru pewnych fraz z wczytanego (do współczesnego komputera) bogatego ich zasobu. Istotą zaobserwowanego zjawiska jest to, że na ów dobór ma wpływ nieznany rodzaj energii emitowanej przez zbiorową świa- domość uczestników medytacji, powodując odchylenia od mate- matycznie oczekiwanych wyników. Odchylenia te mają pewien związek z treścią medytacji.

Jako matematyk mam pojęcie o rachunku prawdopodobień- stwa. Chcę tu opowiedzieć pewną własną, może trochę dziecinną przygodę. W latach siedemdziesiątych, gdy studiowałem teorię gier, postanowiłem zabawić się opracowaniem systemu opłacal- nej gry w totolotka. Oczywiście wiem, że system taki jest teore- tycznie niemożliwy. Nie pozwala na to Prawo Wielkich Liczb. Cóż jednak może stać się jeżeli warunki, w których działa to Prawo, zostaną w jakiś sposób zakłócone? Zakłócenie takie może być spowodowane np. nieodpowiednim sposobem losowania lub po- przez czyjeś oszustwo (nie brałem wówczas pod uwagę przyczyn duchowych czy świadomościowych). Bez względu jednak na przy- czyny zakłóceń, jeśli one zachodzą to rzeczywiste wyniki mogą znacząco różnić się od przewidywań probabilistycznych. Różnice te będą polegały na uprzywilejowaniu jakiejś grupy liczb z czego można by już wysnuć praktyczne wnioski. System taki, wraz z jego schematem blokowym, opracowałem w końcu lat siedem- dziesiątych, kiedy jeszcze mieszkałem we Wrocławiu. Oprogra- mowaniem zajęła się wspaniała programistka p. Bogusława Sza- jer. Niestety, mój wyjazd z Kraju nie pozwolił dokończyć tej zaba- wy.

Przypomina mi się także fragment powieści Jacka Londona (chyba Biały kieł) gdzie główny bohater opracował skuteczny sys- tem gry w ruletkę. W tej sytuacji właścicielowi kasyna groziło bankructwo, postanowił więc odkupić system od jego odkrywcy. Po dokonaniu transakcji okazało się, że stół ruletki stał za blisko pieca, co spowodowało jego odkształcenie i naruszało przypadko- wość losowań.

Wracając do badań niemieckich astrofizyków można sobie wyobrazić, że nośnikami informacji (hardware) może być nie tyl- ko DNA lecz także różne drobniejsze struktury materialne, nie koniecznie organiczne. Na przykład cząstki na poziomie atomo- wym lub subatomowym, czy wreszcie pramateria lub wyklęty przez współczesną naukę eter (gdzieindziej zwany też akaszą). „Kosmiczny komputer” mógłby więc funkcjonować w oparciu o różne poziomy budowy materii, kumulując wiedzę jak nieograni- czona „biblioteka”. Wielu myślicieli próbuje intelektualnie wyjaś- nić te sprawy tworząc takie pojęcia jak Matrix, kwarki, czy wresz- cie pole morfogenetyczne Ruperta Sheldrake’a. Praktycznie ko- rzystają z tej „biblioteki” jasnowidzowie, a w poprzednim stuleciu, wśród wielu innych, szczególnie wyróżnił się jasnowidz i antro- pozof austriacki Rudolf Steiner. **

O korzystaniu z „biblioteki kosmicznej” mogę coś powiedzieć z własnego doświadczenia, chociaż to doświadczenie nie zawsze mi się udawało i nie mogę twierdzić, że jego źródło jest takie jak je sobie wyobrażam.

Przypuśćmy, że chcemy uzyskać wiedzę na określony temat. W tym celu trzeba ułożyć odpowiednie, możliwie krótkie i jedno- znaczne pytanie. Nad tym pytaniem przez jakiś czas koncentro- wać się, szukając odpowiedzi, czasem aż do znudzenia. W nastę- pnym etapie pozostawić to pytanie w spokoju, nie myśleć o nim więcej i zająć się czymś innym. Może to trwać dość długo, np. kil- ka tygodni, a bywa że tylko jedną noc. Potem, czasem w niespo- dziewanym momencie, następuje trzeci etap: olśnienie niosące odpowiedź. Pozostaje już tylko sformułować ją w zrozumiały spo- sób.

Proces ten opisał, w wieku 90-ciu lat, jeden z wybitnych ma- tematyków francuskich dziewiętnastego stulecia, uczeń Henri’ ego Poincare, Jacques Hadamard w dziele pt. Psychologia od- kryć matematycznych, wydanym także w języku polskim. Wyróż- nił cztery etapy procesu odkrycia: Inspiracja, Inkubacja, Olśnie- nie i Sformułowanie (podobnie jak w czterotaktowym silniku sa- mochodowym).

Inną sprawą jest jednak kumulowanie oraz odczytywanie in- formacji i wiedzy - a inną wpływ na procesy zachodzące w ma- terii, sterowane wyobraźnią.

Może Kosmiczna Świadomość jest narzędziem woli Stwórcy, przejawianej przez Podmiot o naturze jednościowej lub mnogiej. W aspekcie mnogościowym człowiek, a szczególnie zbiorowość ludzka, chyba może wywoływać skutki postrzegane przez niemie- ckich astrofizyków.

**) W numerze 6/2003 Nieznanego Świata podano wykaz dzieł Rudolfa Steinera wydanych w języku polskim. Nie dopatrzyłem się tam jednak książki o duchowych przesłankach budowy ustroju państwowego o której wiem, że była także wydana po polsku. W językach obcych w internecie, pod hasłem Rudolf Steiner jest 500 (pięćset) publikacji tego autora, lub z jego autorskim udziałem.

Zjednoczenie religii

Z przekazów Stwórców Skrzydeł wynika, że warunkiem uła- twiającym osiągnięcie Wielkiego Portalu jest wszechstronna glo- balizacja polityczna, organizacyjna i religijna Ziemian, gdyż bez tego trudno osiągnąć wymaganą koordynację działań. Z drugiej jednak strony globalizacja zwiększa możliwość sprawowania wła- dzy autorytatywnej, połączonej z ograniczeniem wolności osoby ludzkiej. Dlatego globalizacja ma wielu przeciwników. Można więc spodziewać się wzmożonej aktywności, być może nawet z u- życiem przemocy, szczególnie w sferze politycznej. Przypuszcza się przy tym, że globalizacja powinna opierać się na miłości bliź- niego, z ograniczeniem motywacji egoistycznej.

Inaczej sprawa może się przedstawiać w sferze religijnej. Ro- dzi się więc istotne pytanie:

Dlaczego religiom tak trudno zjednoczyć się?

Pytanie to porusza tak obszerną i bolesną materię psychicz- ną, że może wydawać się równie banalne jak np. pytanie dlacze- go są wojny? Obrana droga dialogu międzyreligijnego wydaje się tak prosta i oczywista: działać i mówić o tym co łączy, a nie o tym co dzieli. Przecież człowiek religijny pragnie dobra i szczęścia dla siebie i dla wszystkich. Spotkania i wspólne modlitwy wyznaw- ców różnych religii zmierzają w tym właśnie kierunku. Ale efekty, jak dotąd, są raczej mizerne. Chyba nikt jeszcze nie zjednoczył się, a pojawiają się tendencje do tworzenia nowych wierzeń.

Spróbujmy zatrzymać się nad tym co dzieli religie. Weźmy pod uwagę, że człowiek wychowany w określonej kulturze i/lub wśród ludzi wyznających daną religię, czasem nie znajduje w so- bie daru przeżyć duchowych, albo może rodzić się w nim protest przeciw ludzkim błędom wprowadzanym do wierzeń lub praktyk religijnych (stąd protestantyzm). Chyba jednak istotną przyczyną podziału są różnice natury dogmatycznej (chociaż przyznaję, że tajniki tej intelektualnej ekwilibrystyki nie są mi w pełni znane).

Współczesne chrześcijaństwo, po przejściu przez ciemny ok-okres ludzkich wypaczeń tej wiary, głosi chrystusową drogę do zbawienia przez miłość, miłosierdzie, wybaczenie i inne empaty- czne cnoty oparte na głębokiej wierze, której treść podaje się w formie dogmatów. Nie ma tu słów „oko za oko”, nie ma także na- woływania do „świętej wojny” lub do czczenia „świętych krów” (chociaż głębia ezoterycznej wiedzy orientalnej może rzucić czło- wieka na kolana).

Stwórca obdarzył swoje dzieło własną, boską naturą - a jed- nak człowiek musi zdobywać prawdę samodzielnie i stopniowo, ucząc się na błędach. Pomocne jest pojęcie karmy i koło ratun- kowe jednoczącej miłości.

Według przekazów Stwórców Skrzydeł tworzeniem wyznań re- ligijnych w skali kosmicznej kieruje Hierarchia, jako najbardziej rozgałęziona i niezbędna organizacja. Nadaje ona charakter potę- żnej energii duchowej i psychicznej, którą obdarzony jest czło- wiek. W dużym stopniu zapobiega kataklizmom i łagodzi ich sku- tki. Nie cała jednak owa energia podlega takiej regulacji. Można obserwować wspaniałe nabożeństwa religijne, spotkania z papie- żem lub rytualne modły muzułmańskie, a równocześnie istnieją wojny i inne kataklizmy (nie mówiąc już o tak drobnych wydarze- niach jak burdy na stadionach sportowych).

Trzeba pamiętać, że naruszenie wierzeń jest procesem niebez- piecznym i może okazać się bardzo szkodliwym. Wystarczy przy- pomnieć ile cierpień spowodowało stwierdzenie że Ziemia nie jest płaska i nie stanowi centrum wszechświata.

Wielcy świeccy badacze wierzeń religijnych (E. Fromm, C.G. Jung) utrzymują, że religie mogą być tolerancyjne we wzajem- nych stosunkach zewnętrznych. Natomiast żadna religia nie może być tolerancyjna wewnętrznie, bo nieuchronnie prowa- dzi to do jej rozpadu. Jakże można powiedzieć, na przykład ka- tolikowi, że Zmartwychwstanie Jezusa lub Niepokalane Poczęcie jest prawdą duchową, ale nie koniecznie fizyczną, skoro tak dłu- go mówiono inaczej (a więc kłamano?!). Postępowanie takie nie tylko zadaje cierpienie osobie wierzącej, ale może wyzwolić, jak już nieraz wspominałem, nieprzewidywalną w skutkach energię destrukcyjną.

Tak więc, na obecnym etapie rozwoju, trudno oczekiwać reli- gijnego zjednoczenia. Natomiast wzajemne zbliżenie różnych reli- gii i tolerancja zewnętrzna poprzez afirmację powszechnie akcep- towanych wartości może doprowadzić do wyłonienia nowej, ezote- rycznej teologii, bardziej zbliżającej gatunek ludzki ku prawdzie. Może to nastąpi dzięki inkarnacji dusz do tego przygotowanych.

————————

Nagroda

Bardzo ucieszyło mnie uhonorowanie Jerzego Prokopiuka doroczną Honorową Nagrodą Nieznanego Świata. Jego twórczość oraz tłumaczenia dzieł Junga i innych, a także odczyty i spotka- nia pozwoliły wyrobić bardzo mi potrzebny pogląd na wiele spraw „niewidzialnych”. W pewnym stopniu czuję się jego wychowan- kiem, chociaż jestem o rok starszy. Z zainteresowaniem przeczy- tałem wywiad z Laureatem, zamieszczony w numerze 12/05 NŚ.

Szczególnie zainteresował mnie fragment: Jedyny punkt, w którym mam poważne wątpliwości, to ilość cierpienia i zła, które - jako element rozwoju - zostało dopuszczone. Mój osobisty ból za- sadza się w pytaniu, czy konieczna była aż taka maksymalizacja tych skrajnych doznań.

Takie wątpliwości miał także Budda przed jego Oświeceniem. Natomiast w Bhagawad Gicie czytamy słowa Kriszny: Zetknięcie nasze z materią rzuca nas w chłód i żar, w rozkosz i ból, lecz te są przemijające, pojawiają się i znikają. Tylko człowiek mężny, które- go one nie udręczają i nie smucą, który jest równie spokojny w radości jak i w cierpieniu, staje się zdolen do nieśmiertelności (II/14,15).

Myślę, że genetyczny umysł, który jest zakodowany w każdej cząstce ciała, zorientowany na przetrwanie, może wymagać bar- dzo ostrych środków, aby wyzwolić się z narzuconej mu hipnozy świata. Dzieje się to także na skalę zbiorową, chociaż może się wydawać sprzeczne z ludzkimi pojęciami o karmie.

Przypominam sobie opowieść Carlosa Castanedy o naukach pobieranych od meksykańskiego szamana Matusa. Na początku Castaneda był „zmiękczany” halucynogennymi ziołami, aby pod- ważyć jego materialistyczne przekonania. Nie potrzebował jednak tych zabiegów inny, meksykański uczeń Matusa, Pablito, ponie- waż nie odebrał tak mocnego wychowania materialistycznego.

W przekazach Stwórców Skrzydeł natomiast (i nie tylko) mówi się, że inkarnowana Istota planuje czasem swoje życie ziemskie skierowane na takie przeszkody, jakie tylko może sobie wyobra- zić.

Być może, że zgodnie z Prawem Jedności Przeciwieństw skala cierpienia jest równoważona ze skalą radości i szczęścia. Kierując się jednak uczuciem - odczuwam i podzielam ból Dostojnego Laureata.

Rozdział 3

Spotkanie

Spotkanie z o. Czesławem Klimuszką

Zaczęło się od horoskopu, który sporządził mi astrolog Ro- man Szuter. Było to na początku lat siedemdziesiątych. Właśnie wtedy zainteresowałem się wiedzą ezoteryczną. Spotkania z pa- nem Romanem szybko zaowocowały przyjaźnią, bardzo zresztą dla mnie pożyteczną. Człowiek ten wiele mnie nauczył i mogłem korzystać z jego bogatego księgozbioru.

Fot. 1

Nieżyjący już znany astrolog z okresu

międzywojennego, Roman Szuter (przed śmiercią

mieszkał w Świdnicy koło Wrocławia). Proszę zauważyć

jaka jest różnica wyrazu między prawym i lewym okiem.

Podczas jednej z naszych rozmów wspomniałem, że latem 1975 roku chciałbym pojechać na II Światowy Kongres Psycho- troniki do Monte Carlo, lecz niestety, nie mam na to środków ani zgody władz. Wydawało się, że pan Roman nie zainteresował się tą uwagą. Przed moim wyjściem powiedział jednak, że warto spróbować załatwić sobie wyjazd służbowy. Wiedząc, że pracowa- łem w górnictwie uważał, iż to dobry pretekst, by uzasadnić taki wyjazd możliwością wykorzystania metod radiestezyjnych, o ja- kich niewątpliwie będzie mowa podczas Kongresu, do wykrywa- nia podziemnych złóż. Jednocześnie zaznaczył, że wniosek do władz muszę złożyć w odpowiednim, sprzyjającym czasie, o któ- rym później mnie powiadomi.

Tak też się stało.

Od tego momentu wszystko potoczyło się w zawrotnym tem- pie. Stosunkowo szybko dostałem zgodę na tzw. wyjazd popiera- ny. Środki na ten cel otrzymałem z różnych, niespodziewanych zródeł, w ilości przekraczającej moje najśmielsze marzenia.

Wytyczyłem turystycznie ciekawą trasę przez Wiedeń, Wene- cję, Florencję i Pizę, a z powrotem przez Paryż i Niemcy, co spra- wiło, że wyjazd musiał mocno rozciągnąć się w czasie (sam Kon- gres trwał dziesięć dni). Przed udaniem się w podróż pan Roman udzielił mi takiej oto rady:

- Jeśli będziesz w kasynie, zagraj w ruletkę, ale obstawiaj tyl- ko czerwony kolor. Twoje szczęśliwe liczby to 16, 25 i 36.

Monte Carlo ujęło mnie pięknem krajobrazu. Zamieszkałem w wygodnym i niedrogim apartamencie hotelowym w pobliżu Pa- łacu Kongresowego, który (pałac) wkomponowano w wysoką skarpę nad zatoką morską.

Już pierwszego dnia imprezy spotkałem kilka znajomych o- sób z Polski, a wśród nich Lecha Emfazego Stefańskiego, który przedstawił mnie ojcu Czesławowi Klimuszce (przedtem znałem go tylko z jednego odczytu). Zakonnikiem opiekowała się Wanda Konarzewska, która pomagała mu także w redagowaniu książek. Odtąd trzymaliśmy się razem.

Fot. 2

Od lewej: autor publikacji - Marian Wasilewski, Czesław Klimuszko

i Wanda Konarzewska. W tyle jeden z uczestników

Psychotronicznego Kongresu w Monaco.

Obrady Kongresu odbywały się w różnych sekcjach. Wspólne posiedzenia zorganizowano tylko pierwszego i ostatniego dnia. Wybraliśmy dwie sekcje: fizyczną i medyczną.

Podczas dyskusji w ramach sekcji fizycznej ojciec Klimuszko wyraźnie się nudził. W pewnej chwili wyszedł i długo nie wracał. Nieco zaniepokojony zajrzałem do holu i zobaczyłem, że siedział przy stole z Lechem E. Stefańskim, pełniącym rolę tłumacza. Otoczony grupką obcokrajowców najwyraźniej czuł się w swoim żywiole. Trafiłem na moment gdy dwaj sceptycznie uśmiechnięci Anglicy podawali własne zdjęcia chcąc dowiedzieć się czegoś o sobie. Ojciec Klimuszko, zanim obejrzał fotografie, zapytał jedne- go z nich:

- Jaki to metal nosi pan w lewej nodze?

- A pan - zwrócił się do drugiego - po powrocie do domu niech niezwłocznie pójdzie do dentysty. Jeszcze pan nie czuje silnego bólu, ale lewa górna trójka jest w bardzo złym stanie.

Trzeba było widzieć zdumione twarze obu mężczyzn.

W międzyczasie z windy wysiadł potężny, łysawy brodacz kie- rując się w naszą stronę. Jak się okazało, był to pan Christopher Bird z Waszyngtonu, badacz i autor kilku książek z dziedziny ra- diestzji. Oczywiście także on chciał usłyszeć coś o sobie.

I usłyszał:

- Pan nie przyjechał sam lecz z kobietą, która nieskutecznie zabiega o pana względy, a na razie jest tylko pana gosposią.

Fot. 3

Wanda Konarzewska, badacz z Waszyngtonu p.Bird, Marian Wasilewski, szwedzki dziennikarz o nazwisku, nomen omen Nobel, ojciec Klimuszko i trójka polskich uczestników Kongresu.

Trafił w dziesiątkę. W rewanżu zostaliśmy zaproszeni do re- stauracji na kolację. W jej trakcie ktoś wpadł na pomysł, by wspólnie wstąpić do kasyna.

Ponieważ wizyta w kasynie w towarzystwie autentycznego ja- snowidza wydawała się niebywałą gratką, propozycja została za- akceptowana.

Po oddaniu aparatów fotograficznych do depozytu znaleźliśmy się w olbrzymiej sali z zielonymi obiciami, w której było kilka wielkich stołów, a przy każdym z nich sześciu krupierów i oczy- wiście gracze. Rozbawiony o. Klimuszko powiedział:

- Może bym tą kulką mógł pokierować, Wandeczko, postaw na czerwone.

Nie mając czasu na wykupienie żetonu Wanda Konarzewska rzuciła na czerwone pole 10 franków i wygrała. Ja nie grałem, gdyż już wcześniej spłukałem się z przeznaczonych na ten cel pieniędzy (mimio, że postępując zgodnie z zaleceniami p. Romana zarobiłem w pewnym momencie ponad cztery tysiące franków, później mnie poniosło i wszystko przepadło).

Po chwili o. Klimuszko odezwał się ponownie:

- Wandeczko, jeszcze raz na czerwone - zadysponował.

Dziennikarka rzuciła wygrany poprzednio żeton i znów wy- grała. W chwilę potem sytuacja powtórzyła się:

- Jeszcze raz na czerwone, ale przy innym stole … , następ- nym.

I tym razem Wanda wygrała. Poczułem podekscytowanie.

- Proszę Ojca, a może by tak jakiś numer - zagadnąłem.

Twarz o. Klimuszki jakby pociemniała. Zamyslił się przez mo- ment.

- Zaczekajcie, zaraz wrócę - oznajmił, a po powrocie do nas powiedział kategorycznie:

- Idziemy do domu, nic więcej nie wygracie.

Wanda wychodziła ostatnia. Zagrała jeszcze raz - i przegrała. Zatrzymała sobie na pamiątkę tylko jeden żeton.

Opowiedziałem tę przygodę obecnemu na Kongresie doktoro- wi Zbigniewowi Williamowi Wolkowskiemu z Instytutu Para- psychologii przy Uniwersytecie Paryskim (zachowałem jego wizy- tówkę), który skomentował całą rzecz następująco:

- To są procesy energetyczne. Gdybyście za pierwszym razem zagrali wysoko, moglibyście wygrać. Potem połączona energia psychiczna uczestników gry utworzyła trudną do pokonania blokadę.

Utarło się, że lunch jadaliśmy w moim pokoju hotelowym, gdzie było najbliżej i najwygodniej. Ojciec Klimuszko bawił wszy- stkich wspaniałym humorem, czasem trochę rubasznym, jednak bardzo sympatycznym i wyważonym. Ciekawie opowiadał o swo- jej przeszłości w Zakonie, czego nie czuję się upoważniony w tym miejscu powtarzać. O zdolnościach w sferze terapii ziołami mó- wił, że właściwości lecznicze lub szkodliwe roślin po prostu wy- czuwa. W niezrozumiały dla niego sposób wie, na co poszczegól- ne zioła pomagają i jak je trzeba stosować.

Któregoś dnia po lunchu poprosił mnie o zdjęcie. Podałem swój paszport. Przyglądał mu się przez chwilę, a potem zapytał:

- Nie masz innego zdjęcia?

Wyjąłem legitymację służbową. Spojrzał na fotografię i powie- dział:

- Nie, daj z powrotem paszport. Znów przyglądał się mojemu zdjęciu, a potem oznajmił:

- To dziwne, widzę tu trzy bardzo różne osoby … Chłopka-roz- tropka, który do trzech nie umie zliczyć, wnikliwego naukowca o rozwiniętej intuicji, a także organizatora, który nie próbuje się wy- bić. Nie powiem do czego dojdziesz, ale … bogaty nie będziesz.

Po chwili kontynuował:

- Widzę cię w dużym niebezpieczeństwie. Wyglądasz na kilka- naście lat. Jesteś uczepiony między dwoma wagonami jadącego małego pociągu. Jest zima, dookoła dużo śniegu. Prawą reką trzy- masz się ukośnego pręta przy wagonie. Nie masz rękawic, twoje ręce zmarzły. Boisz się, że nie wytrzymasz do następnej stacji.

Oniemiałem, gdyż wydarzenie to dobrze pamiętam do dziś. W tamtym czasie dojeżdżałem do szkoły w Nowym Tomyślu koło Po- znania wąskotorówką, tzw. ciuchcią. Pewnej nocy spadł obfity śnieg i torów nie zdołano oczyścić w rezultacie czego skład, w pe- wnym momencie, utknął na szlaku. Wysiedliśmy by pomóc usu- nąć śnieg, po czym maszynista, chcąc nabrać rozpędu, szybko ruszył. Nie mogłem wskoczyć na stopnie wagonu bo nie było na nich miejsca, stali tam inni pasażerowie. Pozostał zderzak między wagonami, gdzie prawą ręką uchwyciłem się ukośnego pręta. My- ślałem, że nie wytrzymam do następnej stacji i wpadnę pod po- ciąg, ale wszystko ostatecznie zakończyło się szczęśliwie.

Fot. 4

Odczyt w sekcji fizyki. Na pierwszym planie o. Czesław Klimuszko,

po jego prawej stronie autor publikacji.

Upłynęło trochę czasu, zanim ojciec Klimuszko zaczął znów mówić:

- Teraz masz chyba rok. Siedzisz na dworze w wózku dziecię- cym … On jest wykonany z jakichś patyków, kółka są wycięte z okrągłego pnia. Przy tobie nie ma nikogo. Właśnie podbiega biała koza i rogami przewraca wózek. Chce się bawić, a ty jesteś tak przerażony, że nawet nie płaczesz.

Tego, niestety, pamiętać nie mogłem. Gdy jednak po powrocie do Polski odwiedziłem później moją starszą siostrę mieszkającą w Kołobrzegu i opowiedziałem jej wizję jasnowidza, zakrzyknęła:

- Maryś, przecież ja to widziałam! Zaczekaj, chyba mam gdzieś fotografię całej rodziny i ciebie w tym wózku.

Fot. 5

Rok 1930. Autor wspomnienia (w wózku)

w otoczeniu najbliższej rodziny.

Wróćmy jednak do Monte Carlo. Po kilku dniach ojciec Kli- muszko stał się wśród uczestników Kongresu osobą bardzo po- pularną. Już nie mogliśmy spokojnie chodzić na lunch do mego hotelu. Nieustannie zatrzymywali go dziennikarze i fotoreporte- rzy. Pod koniec pobytu jasnowidz zwierzył się z zakłopotania, w jakie wprawiła go rozmowa z pewnym Chorwatem:

- Podał mi zdjęcie, a ja nie mogłem nic zobaczyć. Przecież nie będę blagował. Nazajutrz przyniósł inną fotografię. Powiedziałem, że jego ojciec jest ciężko chory. Odparł z uśmiechem, że to niepra- wda, cieszy się dobrym zdrowiem. Uściśliłem mówiąc, że mam na myśli ojca biologicznego.

Efekt okazał się piorunujący. Nie wolno mi było tego powie- dzieć, zagalopowałem się.

Po zakończeniu Kongresu, gdy już opuściłem hotel, ojciec Kli- muszko poprosił, abym przedłużył pobyt o jeden dzień i towarzy- szył mu przy spotkaniu z żoną ambasadora USA we Francji. Była chora na raka i szukała ratunku. Powiedział:

- Zawracają mi głowę, cóż ja mogę pomóc? Jej obecność będzie tylko przeszkadzała, wystarczyłaby fotografia. Ale nie wypada odmówić. Możesz przespać się w moim hotelu, mam w pokoju dwa łóżka.

W drodze powrotnej do Polski rozmyślałem nad bogactwem zaprezentowanych na Kongresie wyników badań nad zjawiskami parapsychicznymi. Dziś wiele z nich jest znanych, ale wówczas były czymś nowym. Jednocześnie - ku swemu zdumieniu - cie- szyłem się w duchu, że nie wygrałem w kasynie. Miałem bowiem przytłaczający sen: śniło mi się, że wróciłem z Monaco z pokaźną kwotą pieniędzy, lecz władze PRL nie uwierzyły w moją wygraną uważając, że jest to zapłata za jakąś działalność szpiegowską.

Z ojcem Klimuszką spotkałem się później kilkakrotnie w Pols- ce, głównie przy okazji jego odczytów. Podczas jednego ze spot- kań żartobliwie naurągał mi za przesłanie pocztą do Klasztoru fo- tografii z Kongresu:

- Czy wiesz, jaką burę otrzymałbym od moich przełożonych, gdyby te zdjęcia trafiły w ich ręce?

Z wielkim żalem przyjąłem wiadomość o jego odejściu na zaw- sze.

Czy jednak naprawdę na zawsze?

Mieszkałem we Wrocławiu. Pewnego dnia przyszedł do mego mieszkania dobrze zbudowany mężczyzna po czterdziestce o bar- dzo wyrazistych rysach twarzy. Dziś już nie pomnę jego nazwis- ka. Wiem tylko, że miał na imię Edward. Powiedział, że należy do grupy spirytystycznej i że na jednym z seansów, za pośrednic- twem medium, przemówił do nich Czesław Klimuszko. Miał po- wiedzieć między innymi:

- Zawiadomcie tego lenia Wasilewskiego, że ma przestać zaj- mować się głupstwami. Powinien napisać o tym, co dzieje się w Polsce.

Ponoć podał też mój adres.

Rzeczywiście pisałem wówczas w wolnych chwilach rozprawę o zmienionych stanach świadomości.

Umówiłem się z panem Edwardem na spotkanie w mieszka- niu pewnego małżeństwa lekarzy. Było to gdzieś w okolicach Pla- cu Grunwaldzkiego. Przyszedłem tam z moją żoną Grażyną. Gos- podyni, z którą poznaliśmy się, dysponowała umiejętnością szyb- kiego przechodzenia w zmieniony stan świadomosci. Natomiast wspomniany pan Edward, który okazał się hipnotyzerem, wspól- nie z dwudziestoletnim studentem (nazwiska nie pamiętam) peł- nili rolę medium.

Niestety, eksperyment był nieudany. Poddany hipnozie stu- dent pomimo kierowanych doń, moim zdaniem prawidłowych su- gestii, nie odezwał się ani słowem. W końcu pani domu zadyspo- nowała:

- Obudź go natychmiast, kontakt z Klimuszką jest dziś niemoż- liwy.

Następne spotkanie odbyło się w moim sąsiedztwie, na Szcze- pinie, w mieszkaniu pani Grażyny Stolarek. Oprócz niej ponow- nie uczestniczyli w nim pan Edward i ów student. Przebieg sean- su protokołowała moja żona. Rolę medium pełniła pani Stolarek, a w stan zmienionej świadomości wprowadzono także studenta jako osobę wspomagającą.

Po pewnym czasie medium odezwało się trochę zachrypnię- tym, niemal męskim głosem:

- No, Klimuszko, jestem z wami.

Kontaktowaliśmy się przez pana Edwarda. Zapytałem:

- Czy mógłbym upewnić się, z kim rozmawiamy? Klimuszko musi wiedzieć jak były ustawione szafki nocne w jego pokoju ho- telowym w Monte Carlo.

W odpowiedzi usłyszałem wyraźnie poirytowany głos:

- Ty niedowiarku! Przyrosłeś do materii. Na wszystko musisz mieć materialne dowody. Szafki stały normalnie, jak wszędzie. Tracisz czas, jak ostatnio w Moskwie. Zamiast wysiadywać w miękkich fotelach, mogłeś tam rozejrzeć się za ludźmi szukającymi prawdy duchowej.

Rzeczywiście przed trzema tygodniami wróciłem z Moskwy, gdzie uczestniczyłem w Światowym Kongresie Stosowania Elekt- roniki w Górnictwie. Impreza ta została zbojkotowana przez Za- chód z powodu wojny w Afganistanie. Z braku lepszych kandyda- tur niespodziewanie wybrano mnie przewodniczącym Sekcji Te- chnologii Górniczej. Zajęcie to okazało się bardzo absorbujące czasowo, a fotele faktycznie były miękkie.

Spośród osób obecnych na seansie o moim pobycie w Mosk- wie nie wiedział nikt a o pełnionej w czasie obrad Kongresu funk- cji nie wiedziała nawet żona (nie było czym się chwalić).

Tymczasem Klimuszko kontynuował:

- Nie o tym jednak chciałem ci powiedzieć. Trzeba coś napisać o całej tej komunistycznej bredni. Ty możesz to zrobić. Miej zaw- sze przy sobie coś do pisania. Będę przekazywał myśli, pomogę. Niektórzy będą ci przeszkadzać.

Na to pan Edward:

- Czy możemy go jakoś ochraniać?

- Nic nie róbcie, on sam dobrze się broni - padła odpowiedź.

Na tym seans zakończył się.

Wkrótce wyjechałem z rodziną do USA. To był właściwie wy- jazd turystyczny, choć oficjalnie posłużyłem się argumentem ko- nieczności zebrania materiałów do pracy naukowej. Władze PRL chętnie wydały nam paszporty, chyba stałem się dla nich osobą niezbyt wygodną. I właśnie tam zastał nas stan wojenny, jaki og- łoszono w Polsce 13 grudnia 1981 r.

To dziwne, ale czułem potrzebę zastosowania się do zaleceń księdza Klimuszki. Wkrótce napisałem i wydałem w języku pols- kim oraz angielskim małą książkę Psychiczne źródła komunizmu. W urzeczywistnieniu tego zamysłu, zarówno pod względem edy- torskim jak i finansowym, pomogło mi wiele osób. Wszystko prze- biegło tak sprawnie, jakby było sterowane niewidzialną ręką. W USA otrzymałem azyl polityczny, a później przyznano mi obywa- telstwo tego kraju i pozostałem w nim na stałe, choć nadal jes- tem i czuję się Polakiem.

Rozdział 4

Nauka o złu

Ponerologia

Mieszkając w USA miałem szczęście poznać Andrzeja Łobaczewskiego, który jako psycholog-klinicysta ukuł zaczerpnięty z greki termin Ponerologia.

Terminem tym określił wyniki swoich i nie tylko swoich wielo- letnich badań, stanowiących swego rodzaju uzupełnienie etyki, ale w ujęciu niejako psychiatrycznym. Niestety, nie zawsze miał możliwość „przebicia się” ze swoją wiedzą i większość jego prac, o ile wiem, nie była opublikowana.

Bliższy kontakt z Andrzejem Łobaczewskim skłonił mnie do zapoznania się także z innymi materiałami o podobnej problema- tyce, przemyconymi z byłego Związku Sowieckiego i z Węgier. Po- nieważ w tamtym czasie (był to rok 1984-ty) udzieliłem kilku wy- wiadów związanych z wydaniem mojej książki Psychiczne źródła komunizmu - postanowiłem dodatkowo przeznaczyć jeden wy- wiad radiowy temu właśnie tematowi. Zawarte w nim wypowiedzi były poprzednio sformułowane wspólnie z Andrzejem Łobaczews- kim, który w owym czasie nie ujawniał swego autorstwa (miał obawy przed działaniem PRL-owskich służb specjalnych). Cho- ciaż było to dość dawno - przypuszczam, że temat nie jest jeszcze dostatecznie spopularyzowany. Przytaczam więc ten wywiad, przeprowadzony przez Andrzeja Holika, dziennikarza radia Głos Ameryki:

Andrzej Holik: Mówił Pan kiedyś o wpływie osób dotknię- tych pewnymi anomaliami psychicznymi na rozwój stosun- ków społecznych. Także jeden z rozdziałów Pana książki ma tytuł „Społeczne struktury zła”. Czy zechciałby Pan powie- dzieć o tym coś więcej?

Marian Wasilewski: Cieszę się, że Pan o to właśnie pyta, cho- ciaż temat częściowo wykracza poza treść opublikowanej pracy. Z niektórymi wynikami badań psychologicznych zetknąłem sie już po jej napisaniu i dlatego chętnie o nich tu powiem. Wymagają jednak pewnej wypowiedzi przygotowawczej, bez której trudno u- chwycić istotę sprawy.

Przede wszystkim chciałbym nawiązać do tzw. filtrów społecz- nych, stanowiących barierę ograniczającą świadomość normal- nych, psychicznie zdrowych ludzi. Wiadomo, że jednym z tych fil- trów jest język. Z pełnienia przez język takiej właśnie roli pocho- dzi wieloznaczność, a właściwie dwoistość znaczenia słów, umoż- liwiająca ochronę naszego „ja”, w tym także racjonalizację psychi- czną, ułatwiającą spełnianie egoistycznych pragnień. Innym filt- rem jest dwuwartościowa logika, dominująca w naszej kulturze. Jest przystosowana do poznawania świata zewnętrznego, a nie psychiki człowieka. Jeszcze innym - społeczna treść doświad- czeń. Każe ona przystosowywać się do postawy i poglądów innych ludzi, aby uniknąć izolacji w przypadku gdy nasze poglądy i pos- tępowanie nie są powszechnie akceptowane. Ponadto istotną rolę pełnią wierzenia, stereotypy, nawyki, itp.

W tych warunkach wytworzył się system myślenia zdroworoz- sądkowego. Uszlachetniony zdrowy rozsądek usiłuje pogodzić re- alia świata zewnętrznego z całokształtem naszych reakcji uczu- ciowych i postaw emocjonalnych. Kształtuje normy współżycia, akceptuje moralne oburzenie w przypadku ich naruszenia. Jest - i słusznie zresztą - powszechnie szanowany.

Nasz zdrowy rozsądek zamyka się jednak w obszarze ograni- czonym ową barierą, utrudniającą obiektywne spojrzenie na świat, a głównie na siebie, na innych ludzi i w ogóle na sprawy społeczne.

A. H. : Czy oznacza to, że psychologia może tę barierę przełamać?

M. W.: Może nie tyle przełamać, co przekroczyć. Chyba moż- na już dziś twierdzić, że rozwój psychologii głębi, a przede wszy- stkim ogromny postęp w dziedzinie badań testowych, jaki doko- nał się w ciągu ostatnich kilkunastu lat, umożliwia przekroczenie tej bariery w oparciu o obiektywne badania naukowe. Pozostaje jednak jeszcze do pokonania to, co można by nazwać bezwładno- ścią paradygmatu naszej kultury. Trzeba także pamiętać, że nau- kowcy są też ludźmi podlegającymi owym ograniczeniom.

Powrócę jednak do głównego tematu. Otóż światowe statysty- ki wykazują, że w różnych krajach i warunkach życia od 2% do 4% ludzi stanowią jednostki psychicznie chore lub upośledzone. Mają one zwykle różnego rodzaju ubytki sprawności psychicznej, ale nie stanowią poważniejszego zagrożenia dla innych ludzi, a w każdym razie zagrożenia na skalę społeczną.

Ludzie normalni są zwykle bardzo zróżnicowani pod wzglę- dem charakteru, typów psychicznych, kierunku zainteresowań i sprawności. Jest to wielkim darem natury, umożliwia bowiem wszechstronny rozwój ludzkości.

Istnieje jednakże pewien rodzaj chorób lub deficytów psychi- cznych, których objawy są na tyle umiarkowane lub pokryte dy- symulacją, że otoczenie ich nie postrzega i ocenia zazwyczaj po- stępowanie takich osób w zdroworozsądkowych kategoriach mo- ralnych.

A. H.: Takie choroby, jeśli istnieją, to prawdopodobnie musiały istnieć zawsze. Czy postrzeganie ich umożliwiają do- piero nowoczesne metody badań psychologicznych? Czy da- wniej nic o nich nie wiedziano?

M. W.: Oczywiście istniały one zawsze i były postrzegane przez licznych specjalistów. Nie dostrzegało ich jednak i nadal nie dostrzega społeczeństwo, zwyczajni ludzie. Specjaliści natomiast mieli trudności w diagnostyce. Nowoczesna diagnostyka, a głów- nie metody testowe pozwalają dziś wyodrębnić tego rodzaju przy- padki. Ich liczba przekracza około dwukrotnie liczbę innych osób chorych lub psychicznie upośledzonych w stopniu postrzegalnym dla otoczenia. Lecz tylko niektóre z nich, stosunkowo nieliczne, można uznać za złogenne, tzn. mogące szkodzić innym ludziom bądź to z ich bezpośredniego otoczenia, bądź też na skalę społe- czną.

A. H.: Jakiego rodzaju schorzenia ma Pan na myśli? Czy może Pan podać jakieś charakterystyczne przykłady?

M. W.: Specjaliści wskazują na niektóre charakteropatie, spowodowane organicznymi uszkodzeniami mózgu. Na przykład pola frontalne kory mózgowej stanowią ośrodek wewnętrznej projekcji pojęć abstrakcyjnych i wyobraźni, pozwalający na ich o- gląd i krytyczne przetwarzanie. Uszkodzenie tych pól, szczególnie dokonane we wczesnym dzieciństwie lub w czasie porodu, powo- duje wyrastanie dotkniętych nim osób na patologicznych egoty- ków, mściwych fascynatów i fanatyków.

Jeżeli matka, na przykład, jest dotknięta takim ubytkiem psychicznym odbija się to nieuchronnie, w fatalny sposób, na wychowaniu dzieci, powodując u nich ciężkie dewiacje psychicz- ne. Wpływ matki przechodzi bowiem na dzieci na drodze identyfi- kacji, sugestii, fascynacji, albo wyzwalając postępowanie protes- tujące, odwrotne do tych wpływów.

Środowisko społeczne, jak już wspomniałem, uznaje zwykle takie jednostki za psychicznie normalne, a ich postępowanie in- terpretuje w kategoriach moralnych. Umożliwia to im fascynator- skie oddziaływanie, nieraz na szeroką skalę społeczną.

Wiele wskazuje na to, że do tej kategorii osób można zaliczyć Stalina, Pol Pota lub Chomeiniego. Na podstawie opinii specja- listów, których nazwiska nie mogą być tu podane, przekazanych głównie ze Związku Sowieckiego, można przypuszczać, że Breż- niew nie zdradzał żadnych tego typu ubytków psychicznych. Na- tomiast u Andropowa dopatrują się wyraźnych symptomów psy- chopatycznych. Takie „makroskopowe” oceny powinno się pot- wierdzić szczegółowymi badaniami klinicznymi, co praktycznie nie wydaje się możliwe. Do anomalii psychopatycznej, jako szcze- gólnie znaczącej, powrócę jeszcze później.

Innym rodzajem schorzenia organicznego są uszkodzenia międzymózgowia, które jest ośrodkiem regulacyjnym samej pracy mózgu. Utrzymuje także tonus hamowania w korze mózgowej. Ośrodek ten jest wrażliwy na agresje bakteriologiczne.

W celu zilustrowania tego typu schorzenia przytoczę tu wypo- wiedź pewnego polskiego klinicysty (niestety jeszcze nieopubliko- waną), którego nazwiska również nie mogę podać:

„Proces myślenia przebiega u nich szybko, ale z obniżoną dokład- nością. Bardzo łatwo spychają z pola świadomości skojarzenia niewy- godne i przechodzą do wypowiedzi paralogicznych. Bywają skłonni do wyznawania różnych, niezbyt dojrzałych ideologii. Co obmyślą w ciągu bezsennych nocy, rano rzucają na papier z paranoidalnym poczuciem genialności. Są asteniczni i na codzień bywają łagodni, ale rzeczową kry- tykę przyjmują z urazą, czasem reagując epitetami pod adresem kryty- ka.

O jednym z cięższych przypadków tego typu tak pisał Wasylij Gros- sman: , … był zawsze delikatny i miękki, uprzejmy. A jednocześnie ce- chowała go niezmącona ostrość, bezwzględność i brutalność wobec prze- ciwników politycznych. Nigdy nie dopuszczał możliwości, że mogą oni mieć minimalną słuszność, lub że on sam może choć trochę nie mieć racji’ .”

Ludzie tacy wykazują pewną podwójność osobowości. Zacho- wują bowiem normalne ludzkie dziedzictwo, oparte na prawidło- wym podłożu instynktowym. Ich twórczość, po odfiltrowaniu pa- tologicznych zniekształceń, w wielu przypadkach może służyć do- bru społeczeństwa. Dlatego trudno się dziwić, że często znajdują oddźwięk w świadomości innych ludzi, osłabiając ich zdolność do posługiwania się zdrowym rozsądkiem.

A. H.: Opis ten chyba odpowiada osobowości Lenina. Czy zgadłem?

M. W.: Być może. Myślę jednak, że należy zachować pewną powściągliwość w ocenie twórców ideologii. Chciałem tylko poka- zać, że twórczość ta może być nośnikiem wpływów patologicz- nych, atakujących świadomość społeczeństwa. Na przykład do- tychczas nie jest wyjaśniona naukowo zagadka, jak mogło dojść do tego, że naród niemiecki wybrał sobie na przywódcę psycho- patę, a następnie wykonywał jego rozkazy także w czasie, gdy Hi- tler był już psychicznie chory, w stanie kwalifikującym do lecze- nia zamkniętego?

Omówię teraz pewną anomalię psychiczną, która ma zasadni- czy wpływ na przebieg procesów złogennych w skali społecznej. Przedstawione już charakteropatie mają zwykle znaczenie inicja- tywne, tworzą zaczyn chorobowy, wgryzający się w tkankę huma- nitarnych ideologii i działający fascynująco na otoczenie. Potem przychodzą inni bez których procesy złogenne nie mogłyby rozwi- nąć się na tak wielką skalę, jaką wyrażają się dziś ustroje totali- tarne. Ci inni to osoby dotknięte psychopatią.

Chyba większość specjalistów nie wątpi już dziś, że tzw. psy- chopatia właściwa przekazuje się dziedzicznie. Częstotliwość wys- tępowania jest w przybliżeniu równa częstotliwości daltonizmu i wynosi około trzech promili. Jednakże badanie samej anomalii i jej wpływu na procesy złogenne wymaga wyodrębnienia różnych odmian psychopatii właściwej od zjawisk patologicznych o po- dobnej symptomatyce, których jest ponad 10-krotnie więcej. Jest bardzo prawdopodobne dziedziczenie psychopatii właściwej (wed- ług wspomnianego psychologa-klinicysty) przez chromosom X, ale przez gen niezupełnie dominujący.

A. H.: Wspomniał Pan już kiedyś, że psychopata jest czło- wiekiem zdrowym …

M. W.: Tak. Jest zdrowy psychicznie i fizycznie. Jego anoma- lia polega na wymazaniu pewnych rezonansów uczuciowych, właściwych zwyczajnemu człowiekowi. Aby lepiej scharakteryzo- wać tę anomalię - zacytuję znów fragment owej nieopublikowanej pracy klinicysty:

„Istotę zjawiska stanowi częściowy deficyt naturalnych, ludzkich od- powiedzi instynktu, tego pierwszego wychowawcy człowieka. Na podłożu tego deficytu, w procesie rozwojowym, wytwarza się korespondujący de- ficyt uczuciowości wyższej oraz ubogie i zniekształcone pojęcia światopo- glądu psychologicznego i społeczno-moralnego. To prowadzi do uczucia obcości w świecie, gdzie dominują ludzie zwyczajni i który stawia im na- der trudne wymagania. Buntują się przeciw takiemu społeczeństwu, gdzie się ,wciąż gada o tych głupich’, niezrozumiałych teoriach moral- nych, aby nimi potępić ich swobodę i radość życia.

Poczucie odmienności rodzi się u nich bardzo wcześnie … Podobnie wcześnie pojawia się charakterystyczna zdolność, pewien swoisty rezo- nans, który ułatwia im wzajemne rozpoznawanie się. Nie tylko tworzą szybko własne siatki więzi wewnątrz społeczeństw, ale także zdają sobie sprawę z tego, że istnieją wszędzie, we wszystkich grupach społecznych i we wszystkich krajach. Znają więc pewne fakty biopsychiczne, z których istnienia przeciętny człowiek nie zdaje sobie sprawy, a których nauka nie wyjaśniła jeszcze dostatecznie i nie spopularyzowała.

Typowych psychopatów spotykamy wszędzie gdzie działa już zło za- początkowane, gdzie działa się sprytem, bezwzględnością, i pogardza obyczajem normalnego człowieka. Organizowali czekę, byli i są komen- dantami, nadzorcami i esesmanami w obozach koncentracyjnych i zag- łady, organizują mafie i handel narkotykami, stanowią główny człon bez- pieki. Bywają … także pozornie gładkimi a odrażającymi dyplomatami.”

Ciekawe jest, że inteligencja psychopatów niewiele ustępuje inteligencji ludzi zwyczajnych. W teście Wechslera (na inteligen- cję) skala słowna jest u nich zawsze wyższa od czynnościowej. Są więc elokwentni. Brak tylko umysłów o najwyższej skali uzdol- nień. Ich świat jest zawsze podzielony na my i oni.

Społeczeństwo, w którym władzę sprawują ludzie normalni, potępia psychopatów, podporządkowuje swoim prawom i spycha na margines życia, często przestępczy. Odczuwają to boleśnie, ja- ko rażącą niesprawiedliwość. Dlatego, jak bakterie, aktywnie włą- czają się we wszelkie ruchy społeczne, a szczególnie takie, które noszą już w sobie patologiczny zaczyn, wprowadzany przez oso- bowości charakteropatyczne lub działające pod wpływem takich osobowości. Psychopaci znajdują dla siebie wyjątkowe szanse w ruchach rewolucyjnych. Budują sieć patologicznej tkanki i zaczy- nają naginać sens ruchu do swoich potrzeb. Pociągają za sobą ludzi u których inne deficyty psychiczne osłabiły krytycyzm, a także słabych i przeciętnych.

Ideologia stanowi dla nich nieodzowny pancerz. Im więcej nie- sie w sobie treści pozytywnych tym dłużej służy jako zewnętrzna forma, podczas gdy wewnętrzną treść ruchu toczy już tajemnicza choroba. Rzeczywistych wyznawców ideologii uznaje się wówczas za odszczepieńców i traktuje jak najgorszych wrogów, bo też w is- tocie są nimi.

Między omówionym tu społecznym procesem złogennym a przywłaszczoną przez niego ideologią zachodzi podobny stosunek jak między chorobą psychiczną, a systemem towarzyszących jej urojeń.

A. H.: Jakie widzi Pan środki zaradcze? Jaka powinna być stosowana terapia do usuwania tej dziwnej choroby?

M. W.: Przede wszystkim należałoby mówić o profilaktyce. Już samo stworzenie warunków do prowadzenia nieskrępowa- nych badań naukowych w tej dziedzinie wymaga pokonania owej bezwładności wiedzy, o której mówiłem na początku naszej roz- mowy. Nie jest to sprawa łatwa. Oprócz oporu wielu specjalistów, który jest zjawiskiem naturalnym, występującym w każdej dzie- dzinie wiedzy jako reakcja na fundamentalne koncepcje rozwojo- we, należy również przekroczyć zdroworozsądkową postawę spo- łeczną - na rzecz postawy obiektywnej, trudnej do zaakceptowa- nia przez wielu ludzi.

Warto także wspomnieć o zarzutach, jakie wysuwa się prze- ciw takim badaniom. Mówi się mianowicie, że zmierzają one do ograniczania wolności osobistej, stwarzając możliwość przypina- nia ludziom etykietek. Takie niebezpieczeństwo oczywiście istnie- je. Wystarczy wspomnieć, że psychiatrię w Związku Sowieckim skierowano prawie wyłącznie na zwalczanie opozycji politycznej. Jednakże prawdopodobnie najskuteczniejszą terapią przeciw społecznym skutkom działania procesów złogennych będzie w przyszłości samo rozpowszechnianie wiedzy w tym zakresie, głó- wnie w trakcie wychowania i kształcenia młodzieży. Uodpornienie tą drogą ludzi na fascynatorskie wpływy złogenne może działać jak uzdrawiający antybiotyk i dezintegrować, rozbijać społeczne struktury zła.

Zrozumienie tego makroskopowego zjawiska zła, które roz- przestrzeniło się na wielkiej części globu, a właściwie nęka wszy- stkich, gdyż infekuje resztę - nie wydaje się możliwe wyłącznie w obszarze pojęć zdroworozsądkowych i przy pomocy języka natu- ralnego. Leży bowiem częściowo poza zasięgiem stosowalności te- go języka, podobnie jak budowa atomu leży poza zasięgiem geo- metrii euklidesowej. To jest także tajemnicą potęgi i nieuleczalno- ści ustroju komunistycznego, jak również słabości demokracji, gdyż demokracja opiera się wyłącznie na afirmacji pojęć zawar- tych w języku naturalnym.

Opieka nad osobami, które zostały dotknięte złogennymi uby- tkami psychicznymi, wymaga oddzielnych, rozległych badań. W każdym jednak razie powinna być nacechowana troską i - nie waham się powiedzieć - miłością. Należy postępować w taki spo- sób, aby eliminować negatywne skutki ich działania, a równocze- śnie unikać represji pochodzących z oburzenia moralnego.

Autorzy omawianych tu badań utrzymują, że moralne obu- rzanie się nie tylko nie prowadzi do przyczynowego przeciwsta- wienia się złu, ale wręcz przeciwnie: do moralizującej interpreta- cji przejawów patologicznych, do emocjonalnego zaangażowania, które rodzi żądzę karania i mściwe uczucia, wiodące z kolei do nowego zła.

Chciałbym jeszcze zauważyć, że niemożliwe jest przyczynowe, a więc skuteczne eliminowanie społecznych struktur zła, bez wy- raźnego oddzielenia ideologii od ukrywającej się pod jej osłoną choroby. Jeżeli chcemy zrozumieć zjawisko w jego procesie histo- rycznym, a następnie umiejętnie, przyczynowo przeciwstawić się jemu - najpierw trzeba wyróżnić te jego dwa człony.

Mówienie że jakaś ideologia jest fałszywa lub prawdziwa wy- nika więc z uproszczenia i jest z tego punktu widzenia niesłusz- ne. Atakowanie ideologii jedynie wzmacnia proces chorobowy. Zwalczanie ideologii odnosi podobny skutek jak bezpośrednia deziluzja obrazów imaginacyjnych u psychicznie chorego: nie ła- godzi a raczej zaostrza proces chorobowy. Treść ideologii jest w tym przypadku sprawą drugorzędną, tak jak nieistotny jest ro- dzaj iluzji psychicznie chorego, chociaż ludzie, a czasem nawet lekarze, na podstawie treści iluzji utrzymują, że ktoś zachorował na tę samą chorobę „na tle” seksualnym, religijnym, albo polity- cznym. Zafascynowanie treścią ideologii - co zwykle zachodzi w sferze zdroworozsądkowego myślenia - przesłania rzeczywiste przyczyny procesu chorobowego.

Istotnym krokiem terapeutycznym jest pozbawienie tej choro- by jej oparcia ideologicznego, co należałoby osiągnąć odfiltrowu- jąc pozytywne treści ideologii i w miarę możliwości uwzględniając je w procesie rozwojowym społeczeństw.

Chciałbym zakończyć akcentem optymistycznym, wyrażają- cym niezmienność natury ludzkiej, ukształtowanej w oparciu o instynkt i zdolność myślenia, przekazane w drodze filogenezy po- koleń. Powtórzę więc powiedzenie owego psychologa-klinicysty:

„Gdyby władza złożona z samych osobników, którzy nie rozróżniają kolorów czerwonych i zielonych, chciała zmusić całe społeczeństwo, aby przestało odróżniać pomidory dojrzałe, czerwone od zielonych - wówczas wielu obywateli, pod okiem srogich nadzorców, byłoby skłonnych zjeść zielonego pomidora. Po odejściu zaś przedstawicieli takiej władzy - zak- ropiliby jednym głębszym, a potem zrobiliby sałatkę z dobrze dojrzałych pomidorów.”

Rozdział 5

Meandry

Meandry świadomości

Jak to jest ze świadomością i z cierpieniem? Gdy mówimy o świadomości nasuwa się obraz drabiny w której kardynalne szcz- eble są związane z kolejnymi stadiami rozwoju życia. Ostatnio owe kardynalne szczeble czasem nazywa się gęstościami świado- mości. Materia nieożywiona nie ma zagęszczenia, świadomość ma w niej stan „elementarny”. Najniższy, pierwszy stopień zagę- szczenia mają rośliny. Wyższe stopnie mają odpowiednio zwie- rzęta i ludzie. Mówi się, że w tym stuleciu część gatunku ludz- kiego ma przejść do czwartej gęstości.

Wspominam tylko o tych szczeblach drabiny, które są lub mogą być w zasięgu ludzkiego postrzegania. Chyba drabina owa rozciąga się w dół i w górę, ale nie zawsze musi dotyczyć tego co potocznie nazywamy życiem. Między kardynalnymi szczeblami (gęstościami) istnieją szczeble pośrednie. Obowiązuje przy tym ogólna reguła, że postrzega się tylko to, co znajduje się lub dzieje się na szczeblu własnym i na szczeblach niższych. Zjawiska zachodzące na szczeblach wyższych, jeśli w ogóle postrzega się je, są redukowane do pojęć właściwych dla własnego szczebla.

Weźmy jako przykład psa i jego pana. Pies rozumie swego pa- na gdy chodzi o pożywienie, polowanie lub może nawet zabawę w chowanego. Natomiast nie pojmuje jak można spokojnie czytać książkę lub słuchać muzyki gdy tuż obok przebiega zając.

Może to nie jest najlepszy przykład, dlatego zwróćmy uwagę na szczeble pośrednie. Złodziej uważa altruistę za głupca, szcze- gólnie gdy ma on okazję do kradzieży, ale nie kradnie. Chyba, że złodziej podejrzewa go o tak zręcznie dokonywaną kradzież, że sprawca nigdy nie daje się na niej przyłapać. Wtedy może nawet nabrać dlań respektu.

Otóż pokonywanie tych pośrednich szczebli wymaga wiele czasu i trudnych doświadczeń, a także cierpień. Przykładowy zło- dziej może doznać wtajemniczenia, „awansu” na wyższy szczebel, gdy na przykład ów altruista bezinteresownie wybawi go z cięż- kiego nieszczęścia i trwogi. Myślę, że ten aspekt rozwoju świado- mości (ściślej mówiąc - rozwoju samoświadomości, gdyż właś- ciwie rozwojowi podlega materialna forma z którą świado- mość utożsamia się) rzuca światło na rolę cierpienia w ogóle.

Przekonująca jest interpretacja ewangelicznego nauczania: Jeśli cię kto uderzy w policzek, nadstaw mu i drugi. Jeśli bierze ci płaszcz, nie broń mu i szaty (Łuk. 6/29; BT). A jednak Jezus jaw- nie i ostro występował przeciw zakłamaniu ówczesnych władz ży- dowskich. Chodzi więc o to, aby nie dać się ściągnąć na niższy szczebel samoświadomości i nie walczyć bronią narzuconą przez przeciwnika, dla którego niedostępna jest miłość bliźniego. Koś- ciół w Polsce, jak już wspomniałem, w czasie władzy komunisty- cznej stosował te nauki Jezusa nie dając się wciągnąć do rozgry- wek politycznych i działając z wyższego szczebla samoświadomo- ści, niedostępnego dla ówczesnych władz państwowych. Podobnie skutecznie, bez używania przemocy, działał Gandhi. Stalin nato- miast ironicznie zapytywał: ile papież ma dywizji wojska. Okazało się, że „dość dużo”.

Meandry życia

Mówi się, że Stwórca jest hojny dla swego dzieła. Człowieka obdarzył osobowością, wyobraźnią, wolą, sprawnym ciałem, bo- gactwem uczuć i emocji, inteligencją, zasobami planety i Bóg wie czym jeszcze. „Poskąpił” jednak prawdy, wiedzy o sobie. Ten skarb nakazał zdobywać samemu. Widocznie taki jest Jego plan stworzenia. Wszak Jezus powiedział: … poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli (Jan 8/32; BT).

Zastanówmy się więc nad osobą ludzką. Ciało fizyczne, tak jak psychika i umysł, są genetycznie zorientowane na przetrwa- nie. Ciało instynktownie unika zagrożeń. Psychika reaguje podo- bnie, walczy lub ucieka. Jedynie umysł, władając myślą i wolą, zachowuje się nieco inaczej. Ale i w tym przypadku sprawą nad- rzędną jest ochrona „ja”, ego. Na naszym szczeblu rozwoju myśle- niem włada głównie język. I właśnie językiem posługuje się umysł do ochrony ego.

Słowa, zwłaszcza rzeczowniki abstrakcyjne dotyczące przeżyć wewnętrznych, tworzą się tak, aby zamaskować binarną polary- zację pojęć i tym samym ułatwić racjonalizację psychiczną nie- etycznego, egoistycznego postępowania.

Gdzieś już pisano o dwubiegunowości pojęcia, któremu przy- porządkowano słowo „sprawiedliwość”. Biegun pozytywny jest nacechowany ufnością, ofiarnością i wybaczeniem, a biegun ne- gatywny - odwetem, karą, zemstą i zawiścią. Tym dwóm biegu- nom nie nadano jednak oddzielnych, operatywnych słów, gdyż utrudniałyby życie przeciętnemu człowiekowi. Nie są mu potrzeb- ne. Podobnie jest z pojęciem „miłość”. Nie ma słów odróżniają- cych miłość ofiarną, jednoczącą - od miłości egoistycznej, która łatwo przemienia się w nienawiść.

Ta nieuświadamiana zazwyczaj dwoistość pojęć, ukrywana przez język, tworzy „przestrzeń” w której zdobywa się wiedzę o so- bie. Wydawać by się mogło, że nie ma w tym nic szczególnego i że ludzie „samorzutnie” powinni stawać się coraz lepsi. A jednak wygląda na to że, poza tym, Duch wytapia się z żywej materii jak szlachetny kruszec z rudy w piecu hutniczym. Paliwem jest cier- pienie. Jest ono podtrzymywane przez niewielki odsetek ludzi do- tkniętych określonymi dewiacjami psychicznymi. Nie są oni zdol- ni oderwać się od owych negatywnych biegunów. Mają wyreduko- wany rezonans uczuć wyższych i sugestywnie oddziałują na in- nych. Gdy to nie wystarcza - jesteśmy „dosmucani” wojnami i klęskami żywiołowymi.

Działanie owych złogennych dewiacji psychicznych dostrze- gamy także w Polsce. Przejawiają się na tle obecnej sytuacji, gdy po upadku nieludzkiej władzy komunistycznej szerzy się korup- cja i w ogóle jest dużo powodów do narzekania.

Na przykład Waldemar Łysiak w okresie dwóch ostatnich de- kad wydał kilkadziesiąt publikacji. W ostatnich latach znajdują się środki na profesjonalne, luksusowe wydania jego prac. Autor powołuje się w nich na liczne wydarzenia historyczne oraz z dzie- dziny kultury i sztuki (najczęściej bez szczegółowych odnośni- ków). W treści tego pisarstwa przeważa generalna krytyka wszy- stkiego. Autor ściąga do swego poziomu wszystko co go prze- rasta. Czasem stawia osoby godne najwyższego uznania między ludzi nieszanowanych (stary, propagandowy chwyt ubecki). Pisze:

Kościół polski przetrwa … (różne na niego) ataki są bowiem „tylko” zagrożeniami zewnętrznymi. Dużo groźniejsza jest „piąta kolumna” w nadwiślańskim Gmachu Bożym - silna frakcja dy- wersantów („liberałów” vel „reformatorów”) wśród książąt Kościo- ła, torpedująca hierarchię patriotyczną i mająca wielkie nagłośnie- nie medialne. Wszystkie te Tichnery i Pieronki gadające języ- kiem masonów i libertynów … („Stulecie kłamców” str. 215).

Są stawiane liczne zarzuty o defraudację międzynarodowej pomocy finansowej - kierowane m. in. wobec takich sław jak Bu- jak, Kuroń czy Janas. (j.w. str. 230. Nie widziałem natomiast wzmianki o defraudacji, przez osoby podległe o. Rydzykowi, pie- niędzy pochodzących ze zbiórki na ratowanie Stoczni Gdańskiej. MW).

Powie ktoś: przecież Chopin i Wojtyła (a nawet Wałęsa) są znani całemu światu! Tak, lecz jest bardzo wątpliwe czy Chopin zyskałby światowy rozgłos, gdyby nie był dzieckiem francuskiej krwi i francuskiej kultury; Jana Pawła II nienawidzi dużo większa część ludzkości (Żydzi, muzułmanie, hinduiści, protestanci, prawo- sławni, wszelcy sekciarze) niż ta która go kocha i szanuje; Wałęsa jest symbolem buntu antykomunistycznego tylko dla nieświado- mych cudzoziemców … (j.w. str. 233).

Antykomuna uczyniła dużo, aby zmitologizować płk. R. Kuk- lińskiego (który jako agent CIA zadał komunie ciężki prestiżowy cios), tymczasem okazało się, że jego przyjaciel i pełnomocnik nad Wisłą, J. Szaniawski, to wieloletni kapuś, który od czasów stu- denckich pracował dla SB i WSW … (j.w. str. 234).

Popiełuszkę zamordował KGB, rękoma swoich zbirów. Roz- kazy zdążył wydać jeszcze Andropow. Czyli Kreml i Łubianka. Czyli Moskwa. Czyli Rosja. A największym marzeniem wielkiego aktora i turysty, papieża globtrottera, było odwiedzić Rosję. Starał się o to uporczywie przez cały swój pontyfikat, pilnie bacząc, by czymkolwiek nie wkurzyć Rosji. Choćby kanonizacją zamordowa- nego przez Rosję księdza. („Najgorszy”, str. 170). W innym miejs- cu wspomina, że Jan Paweł II opóźniał kanonizację ks. Popiełu- szki z zawiści, by rodak nie okazał się lepszy od niego.

Wyznaję, że nie mogłem więcej tego czytać, a przedstawione tu cytaty podaję ze względu na ludzi młodych, dla których te wy- darzenia są już historią, którą jak widać można aż tak, po orwel- lowsku zakłamywać.

Tak działają charakteropaci. Trzeba jednak wskazać głównie na psychopatów. Psychopaci wolą działać z ukrycia. Idealnym miejscem dla nich są tajne służby. Wprost humorystyczne było szumne rozwiązanie w Polsce Wojskowych Służb Informacyjnych, przy czym były „przecieki” że nieskrupulatnie kompletowano tam ewidencję zatrudnienia, a więc nie całkiem było kogo rozwiązy- wać. Można spodziewać się, że praca tych służb w dużym stopniu polegała na gromadzeniu tzw. haków w celu szantażowania ludzi pełniących funkcje państwowe i społeczne. A więc psychopaci mogą nadal sprawować ukrytą władzę posługując się strachem.

Godna szczególnej uwagi jest inna sprawa. Często człowiek, przechodząc przez szkołę życia, zaczyna lepiej dostrzegać owe po- zytywne bieguny pojęć. Wiem co mówię, bo doświadczyłem tego na sobie. Michnik czy Kuroń przeżyli wewnętrzną przemianę. W związku z tym byli prześladowani przez władze komunistyczne. A ilu obecnych, starszych wiekiem luminarzy politycznych uaktyw- niło się dopiero wtedy, gdy stało się jasne kto zwycięży i że nie ry- zykują?

Także Jaruzelski i Kiszczak nie są tymi samymi ludźmi co dawniej, chociaż chyba nie działali z pobudek egoistycznych. Mnie osobiście zaimponował Jaruzelski gdy nie wyraził zgody na jego awans do stopnia marszałka. A w Ewangelii - nawet św. Pa- weł był kiedyś prokuratorem ścigającym chrześcijan (pomijając już przypowieść o synu marnotrawnym, którego, po jego powro- cie, Ojciec umiłował nade wszystko, bo właśnie dla takich jak on ustanowiono tę ziemską szkołę życia).

Inaczej potoczyły się losy Lecha Wałęsy. Trudno się dziwić utracie przez niego nadziei na początku lat 70-tych, gdy machina policji politycznej łamała ludziom kości. Może też trochę wierzył wówczas w możliwość poprawienia ustroju. Przecież, np. podczas powrotu do władzy Władysława Gomułki, wielu ludzi w to wierzy- ło. Pamiętam jak przed Pałacem Kultury sto tysięcy Polaków, ze łzami uniesienia śpiewało Gomułce „sto lat”. Później Gierkowi także odpowiadano: „pomożemy!”. Przypuszczam, że gdyby nie ówczesna postawa Wałęsy - nie zdołałby on osiągnąć późniejsze- go sukcesu. Zostałby zawczasu zlikwidowany. Potem dla władz było już na to za późno. Jedynie nieskutecznie liczyły na możli- wość manipulowania nim.

Wałęsa dźwignął się i osiągnął sukces na skalę światową. Wy- kazał niezrównaną intuicję polityczną chroniąc naród przed pro- wokacją władzy, zmierzającej do krwawej konfrontacji. Uważam, że w owym czasie tylko on mógł tego dokonać (np. gasząc strajki). Działacze Solidarności, z wiodącym udziałem Lecha Wałęsy, orga- nizując Okrągły Stół zrozumieli, że warunkiem sukcesu jest od- dzielenie ludzi omamionych ideologią od psychopatów i innych psychotyków. To nie było łatwe, ale okazało się skuteczne.

Wałęsa później może nie w pełni wyjaśnił swoją wcześniejszą postawę. Ułatwiło to atak na niego ze strony niektórych zaślepio- nych i zawistnych przeciwników politycznych. Jest wielką posta- cią historyczną, obdarzoną charyzmą ducha narodowego o robot- niczym zabarwieniu ideowym. Odegrał istotną rolę w procesie o- balenia komunizmu.

Inną sprawą jest taktyka działania politycznego. Na przykład niekwestionowany dziś w historii Polski autorytet, Józef Piłsud- ski, był posądzany o współpracę z wywiadem austriackim. Póź- niej należał do socjalistów, głoszących ideologię zbliżoną do ko- munistycznej. Wreszcie, po zwycięstwie, wiarygodnie oświadczył, że „jechał czerwonym tramwajem jedynie do stacji Niepodleg- łość”.

Kościołowi Katolickiemu po II Soborze zarzucano, że zmienił swój stosunek do Sowietów, że potępia ich mniej niż przed Sobo- rem. A przecież chodziło o to, żeby Kościół zaczął lepiej dostrze- gać w ludziach Jaźń, Iskrę Bożą, a nie tylko zaślepienie ideowe.

Chciałbym teraz, poniekąd zmieniając temat, ponownie za- chęcić osoby, które nie miały okazji zapoznać się z dziełami Ru- dolfa Steinera, aby przeczytały jego Kronikę akaszy. Ten genial- ny autsriacki jasnowidz, aktywny i wszechstronny działacz społe- czny, przedstawia proces tworzenia i rozwoju życia we wszech- świecie. Mówi w jaki sposób Duch kształtuje materię. W procesie rozwojowym część nienadążająca zostaje oddzielona, aby część postępowa mogła nadal rozwijać się. Materia nieożywiona wyło- niła świat roślinny, a sama, w swej przeważającej masie, niejako „stwardniała”. Podobnie ze świata roślinnego wyłonił się świat z- wierzęcy, a następnie pojawił się człowiek. Człowieka czeka z ko- lei dalszy rozwój, do którego nieuchronnie prowadzi globalizacja na naszej planecie, oparta na miłości bliźniego.

Godne uwagi są także dzieła innego, szwajcarskiego ezotery- ka i jasnowidza Josepha Antoniego Schneiderfrankena który, u- żywając swego duchowego imienia Bo-Yin-Ra, wydał ponad 40 książek zawierających jego nauki duchowe.

Rozdział 6

Rozmaitości

Książka Waldemara Witkowskiego

Właśnie skończyłem czytać książkę Waldemara Witkowskiego Tworzenie rzeczywistości. Muszę przyznać, że sympatyczna jest w tej książce dedykacja autora: Moim Przyjaciołom Jezusowi, Arie- lowi, Hermesowi i Stwórcom Skrzydeł, a także mojej żonie pracę tę dedykuję.

O autorze słyszałem, że prowadzi kursy wiedzy duchowej, ale nie znałem ich treści (ja też prowadziłem podobny kurs w pierw- szej połowie lat 80-tych w nowojorskiej dzielnicy Greenpoint). Nie czytałem jego artykułów w NEXUSIE. A jednak, drogi poszukiwa- nia prawdy mieliśmy podobne. Najbardziej przekonujące wydało mi się stwierdzenie autora, że na wiedzy zewnętrznej, podawanej przez różnych nauczycieli czy autorów, można opierać się tylko do pewnego czasu, uznając ją jedynie za wskazanie kierunku po- szukiwań. Natomiast szukać prawdy trzeba we własnej Istocie. Podobne przeżycie miał także Robert Monroe, gdy jego nauczy- ciel, Inspek, przestał się pojawiać.

Chciałbym zwrócić uwagę na metodyczne ujęcie opisywanej problematyki. W pierwszej części autor prezentuje filozoficzny Model Przejawienia. W drugiej części podaje siedemnaście wta- jemniczeń służących pracy nad sobą, a w trzeciej części odpowia- da na pytania pochodzące z listów, przesyłanych chyba pocztą elektroniczną. Ujawnia przy tym, że w swoim rozwoju otrzymał bezpośrednią pomoc od znanych mu Wysokich Istot Duchowych.

Całość pracy, moim zdaniem, stanowi pomoc w szukaniu drogi w duchowym rozwoju człowieka. Jednoczy dawne przekazy i rzuca światło na naturę magii.

Potknięcia intelektu

Chciałbym teraz poplotkować o tym, na jakie manowce może prowadzić ludzki intelekt, gdy nie jest wspierany przez intuicję. Czterdzieści lat temu w tygodniku Przekrój drukowano autenty- czne wycinki z prasy sprzed stu oraz sprzed pięćdziesięciu lat. W jednym z takich wycinków informowano, że przed budową wieży Eiffla do władz Paryża wpłynęła poważna petycja, podpisana przez czterystu wybitnych intelektualistów, żeby zaniechać tej budowy i uniknąć w ten sposób zeszpecenia Metropolii. Jak wy- kazał czas, wieża stoi a zeszpecenia nie było.

Innym razem usatysfakcjonowany dziennikarz zawiadamiał: … właśnie policja zatrzymała oszusta który twierdzi, że wkrótce pojawi się wynalazek umożliwiający rozmowę na duże odległości, nawet między miastami. Dobrze się stało, bo przecież wiadomo że jest to niemożliwe. Nie powinno się ogłupiać ludzi takimi brednia- mi. Natomiast grono naukowców angielskich poważnie zastana- wiało się dlaczego woda w spłóczce łazienkowej wiruje w lewą stronę. Przypuszczano, że ma to jakiś związek z lewostronnym ruchem drogowym. Ale nie padło pytanie: w którą stronę wiruje woda na półkuli południowej?

I jeszcze jeden znamienny przypadek, o którym już gdziein- dziej wspominałem i za który mogę oberwać wielkie cięgi. Świat nauki twierdzi że prędkość światła jest stała. Nie ustrzegł się przed tym nawet Waldemar Witkowski (a może to on ma rację?). Według niego zmienna jest tylko „prędkość przepływu czasu”, głównie w jego „aspekcie pionowym”. Szczególnie wielkie są róż- nice w prędkości przepływu czasu między mikro, makro (naszym) i mega światem.

Ze stałej prędkości światła logicznie wynikają zawrotnie wiel- kie odległości między różnymi obiektami w kosmosie. W związku z tym pytam: dlaczego ludzie noszą okulary? I odpowiadam: bo prędkość światła w szkle jest mniejsza niż w powietrzu, dzięki te- mu światło może być skupiane lub rozpraszane przez soczewkę. Oczywiście mówi się o stałej prędkości światła w próżni, ale cóż to jest próżnia, czy w ogóle ona istnieje? W owej rzekomej próżni przejawia się przecież grawitacja, działają więc potwornie wielkie siły. Zresztą materia, podobnie jak światło, ma naturę polową i falową. Rozumując tą drogą można dojść do fantastycznego wnio- sku, jak już gdzieś wspomniałem, że ewentualna podróż do gwiazd może okazać się podróżą w głąb materii (a może do innych wymiarów?).

W lipcowym (2006) numerze miesięcznika Nieznany Świat przeczytałem wstrząsający artykuł lekarza Krzysztofa Chudziń- skiego o manowcach na jakich błądzi psychiatria. Dawniejsze stosowanie elektrowstrząsów i operacji chirurgicznych, wynikają- ce z braku rozróżnienia między mózgiem a umysłem, powodowało potworne cierpienia pacjentów, bez uzyskania innych efektów niż przytłumienie ich aktywności psychicznej. Obecne terapie farma- kologiczne czasem dają podobne efekty. Pamiętam głośną sprawę nestora polskiej psychiatrii prof. Tadeusza Bilikiewicza, który „le- czył” homoseksualistów pozbawiając ich poczucia seksu. Oczy- wiście, zachowując obiektywność, nie można pominąć psychiatrii humanistycznej (Karen Horney, Antoni Kępiński, Kazimierz Dąb- rowski, Kazimierz Jankowski i wielu innych), która z pewnym trudem toruje sobie drogę.

Inną podobną sprawą było odkrycie niemieckiego lekarza-praktyka I. Semmelweisa w dziedzinie bakteriologii, który naka- zywał rygorystyczne utrzymywanie higieny przy porodach aby uniknąć gorączki połogowej. Był postponowany i ośmieszany przez ówczesnych luminarzy wiedzy medycznej. Dopiero wsta- wiennictwo B. Pascala, cieszącego się powszechnym autorytetem, zmieniło ten stan rzeczy.

Niefortunne sąsiedztwo strachu i wesołości

Przejdźmy do spraw bardziej związanych z życiem codzien- nym. Opowiadał mi kiedyś mój przyjaciel mieszkający w pagór- kowatym Wałbrzychu, jak wielką wesołość pasażerów autobusu wzbudził spóźniony mężczyzna, który kurczowo trzymając kubek z kawą rozpaczliwie gonił odjeżdżający z przystanku ich auto- bus. Wesołość jednak natychmiast prysła gdy któryś z pasażerów zawołał: przecież to nasz kierowca!

Chcę zauważyć, że strach i wesołość wzajemnie likwidują się, nie mogą występować razem na pierwszym planie samoświado- mości człowieka. Dlatego w wielu ustrojach społecznych tak moc- no jest ścigana anegdota i satyra polityczna. Pomniejsza bowiem strach, który jest niezbędnym narzędziem władzy, gdy władza nie ma dostatecznego autorytetu i przymusem buduje swój „autory- tet”, czasem nawet w postaci kultu jednostki.

Pamiętam anegdotyczną, choć równie prawdziwą wiadomość. Otóż Gazeta Wyborcza z 23-go czerwca 2006 informowała: Po 15 miesiącach żmudnego śledztwa warszawska prokuratura ustali- ła, że dziennikarze tygodnika „Przekrój” dopuścili się znieważenia funkcjonariusza publicznego za pomocą słowa na „d”. Staną przed sądem za to, że w tytule tekstu Podupadły prokurator użyli słowa „podupadły”. Nie byłoby w tym nic obraźliwego, bo przecież także prokurator może mieć problemy, na przykład natury gos- podarczej. Prokuratura nie poradziłaby chyba sobie bez pomocy językoznawcy dra R. Pawelca z polonistyki UW, który zwrócił u- wagę na fakt, że litery w słowie podupadły, składające się na sło- wo „podły”, zostały podcieniowane, przez co słowo na „d” wyłoniło się w całej okazałości i dostojeństwie.

W zamierzchłych latach, kiedy Jerzy Urban był jeszcze pow- szechnie lubianym dziennikarzem i felietonistą, opisywał czasem zabawne wydarzenia z pyskówek sądowych. Otóż pewien docent, mieszkający we wspólnym bloku, drażnił sąsiadów swoją wynios- łością i zarozumiałością. Poczuł się dogłębnie urażony gdy jeden z sąsiadów nazwał swego nowonabytego psa-boksera imieniem Docent. To było nie do zniesienia, zaskarżył więc sprawcę do są- du. Sąd jednak nie dopatrzył się niczego obraźliwego.

Innym razem dwie wiejskie kobiety, wracając z grabiami z po- la, serdecznie się posprzeczały. Doszło do rękoczynu w którym jedna z nich straciła parę zębów. Sprawa trafiła do sądu. Okazało się, że gdy poszkodowanej zabrakło dość mocnych słów w sprze- czce - odwróciła się tyłem, głęboko pochyliła się i podniosła spód- nicę, ukazując sekretną część ciała, przy tym obserwowała mię- dzy kolanami, jaki efekt wywiera to na uczestniczce kłótni. Ta natomiast, nie mogąc znieść okazanej zniewagi, szturchnęła ją rękojeścią grabi. Uderzyła jednak niecelnie i niechcący wybiła dwa górne siekacze.

Samo życie, chociaż niestety czasem podobnie przejawia się także w skali społecznej. Ostatnio na przykład prezydent Lech Kaczyński nie mógł znieść odniesionej do niego satyry porównu- jącej go do kartofla, która pojawiła się na stronie satyrycznej w małonakładowej, prywatnej gazecie sąsiedniego kraju. Uznał to za osobistą zniewagę i przejęty tym wydarzeniem zaniedbał pew- ną ważną sprawę wagi państwowej. Jak widać on i jego otoczenie nie rozumieją procesów globalizacyjnych na świecie i posługują się starym modelem myślenia politycznego, prowadzącym do po- działu. Nie wiedzą przy tym jaka jest rola satyry i uważają że Pa- ństwo, tak jak w ustroju totalitarnym, powinno kontrolować w- szystkie krytyczne wypowiedzi środków przekazu. Mylą patrio- tyzm z nacjonalizmem, który chyba odejdzie w niepamięć. I cóż z tego, że chodzi o prezydenta? Infantylizm może dotknąć każdego. Skoro jednak przeszedł przez „sito wyborcze” - to już stał się s- prawą wyborców. Mają to czego chcieli lub jakim wpływom ulegli w czasie wyborów i, być może, nadal ulegają. Albo wcale nie gło- sowali.

Pamiętam też jak to skoczek o tyczce Władysław Kozakiewicz został oskarżony w prasie sowieckiej o obrazę narodu gdy na o- limpiadzie w Moskwie, po zwycięskim skoku, zrobił znany gest rękoma w odpowiedzi na deprymujące gwizdy widowni w czasie jego rozbiegu do skoku.

Ach, jeszcze jedno (znowu coś dodaję). Pewnego razu, gdy prezydent Ronald Reagan przemawiał publicznie, w obecności żo- ny i różnych oficjeli, żona prezydenta nieostrożnie poruszyła się i o mało nie spadła z krzesła. Podtrzymał ją stojący w pobliżu „go- ryl”. Na to Reagan, nie wyłączając mikrofonu:

- Przecież umówiliśmy się, że spadniesz z krzesła dopiero wte- dy, gdy zacznę mówić głupstwa.

I usłyszał odpowiedź:

- To prawda, ale wtedy mogłoby nie być przy mnie tego przy- stojnego pana, który mnie podtrzymał.

Może to było wyreżyserowane, ale z całą pewnością nie mog- łoby się zdarzyć żadnemu sowieckiemu przywódcy lub innemu totalitarnemu dyktatorowi.

Pranie mózgu

Przypominam sobie własne przygody gdy podczas wojny, pod okupacją sowiecką, chodziłem do rosyjskiej szkoły na Wileń- szczyźnie, w rodzinnym miasteczku Dzisna. Pewnego dnia w szkole wybuchła wielka awantura, połączona z uciążliwym śledztwem. Mianowicie w ubikacji szkolnej, gdzie jako papieru toaletowego używano pociętych na kawałki gazet, ktoś, chyba przez nieuwagę, pozostawił kawałek gazety z podobizną Stalina. Było to absolutnie niedopuszczalne. Potem we wszystkich kla- sach, na specjalnych lekcjach, pouczano jaką czcią trzeba darzyć tego genialnego wodza ludzkości. Także w piśmie nie wolno było dzielić jego imienia przenosząc do następnej linii.

W ramach indoktrynacji młodzieży, w godzinach pozalekcyj- nych, odbywały się zajęcia w „grupach” studiowania życiorysów sowieckich geniuszy: Lenina, Stalina, Miczurina, i in. Mnie przy- dzielono do „grupy” studiowania życiorysu biologa Olgi Lepie- szyńskiej, która po raz pierwszy na świecie sztucznie wytworzyła żywą komórkę z materii nieożywionej. Był to wówczas rejwach na cały świat.

Pewnego dnia „grupę” tę niespodziewanie rozwiązano. Jej opiekun, nauczyciel gimnastyki, nie podał przyczyny rozwiąza- nia, a uczniom zabronił rozmawiać o tym. Z ciekawości zajrza- łem do szkolnego egzemplarza sowieckiej encyklopedii i ze zdu- mieniem stwierdziłem, że hasło Olga Lepieszyńska, biolog (obok innego hasła Olga Lepieszyńska, primabalerina) jest zaklejone papierem. Gdy zapytałem o to byłego opiekuna - nie tylko ober- wałem po plecach pejczem, z którym się nie rozstawał, ale usły- szałem dużo ostrych i bardzo niepochlebnych słów o mnie (a nie o Oldze Lepieszyńskiej).

Później dowiedziałem się, że naukowcy na Zachodzie, chcąc powtórzyć ów eksperyment stwierdzili, że badaczka nie przest- rzegała niezbędnych warunków sterylności. Była to więc wielka kompromitacja sowieckiej propagandy.

Tak oto już wówczas doświadczyłem tego, co potocznie na- zywa się praniem mózgu. Nie sądźmy jednak, że nie dzieje się coś podobnego, wprawdzie w innej formie, w obecnej naszej rzeczy- wistości. Na przykład, chcąc zachęcić klienta do zakupów, us- tawia się cenę jakiegoś produktu na poziomie 9.99 zł (a nie, gdy- by chciało się być rzetelnym w kalkulacji: 10 zł minus 1 grosz). Przecież to jest po prostu kpina z klienta (a może tylko żart?). A jednak, zamiast zniechęcić urażonego klienta - raczej skutecznie zachęca się go w ten sposób do zakupu. Podobnie działa rekla- ma. Zamiast rzetelnie informować - przeważnie kłamie. Tak więc jesteśmy manipulowani. Statystyka dowodzi, że chyba rzeczywi- ście na to zasługujemy.

Wybory w Polsce 2007

Po powrocie z dłuższej podróży niezwłocznie zajrzałem do in- ternetu, a tu w polskiej polityce się narobiło. Ojej, jak narobiło. Nie będę jednak udawał, że już wcześniej nie wiedziałem co się święci. W każdym razie powiedziałem sobie:

  • będę głosował, i to jest dla mnie w tej materii sprawa is- totna,

  • będę głosował na PO i to nie jest sprawa istotna, ale na pewno nie zagłosuję na PiS.

Ktoś może zapytać: Co temu Marianowi odbiło? Niby taki ezo- teryk, a paprze się polityką. I tu odwołam się do mojej Afirmacji Jaźni: Dostrzegam losy bliźnich. Cieszę się ich sukcesami. Poma- gam jeśli trzeba i jeśli mogę, ale nie naruszam ich woli (chyba, że czynią oczywistą krzywdę - podkreślenie dzisiejsze, MW). Pamię- tajmy, że przez jakiś czas będziemy żyć w materii, gdzie życie jest oparte na łańcuchu pokarmowym. I tu nie będzie obojętne co ko- mu kto, itd.

Przypomnijmy sobie że PiS, dwa lata wcześniej, na skutek małej frekwencji wyborczej zdobyła władzę dzięki 12 procentom ludzi uprawnionych do głosowania, w tym przy wydatnym popar- ciu słuchaczy Radia Maryja. Nie chciano podzielić się władzą z Platformą Obywatelską, bo nie można by całkowicie panować nad tzw. resortami siłowymi, niezbędnymi do osiągnięcia władzy autorytatywnej. Swój program oparto populistycznie na ciem-niejszym biegunie słowa „sprawiedliwość”. Aby osiągnąć przewa- gę w sejmie zawarto koalicję z ludźmi o mentalności kryminalnej lub szowinistycznej. W tych warunkach, w połowie kadencji, trze- ba było „zbankrutować” i ogłosić przedterminowe wybory do par- lamentu.

Myślę, że osoby kwestionujące ten pogląd mogą zastanowić się skąd czerpią swoje informacje oprócz źródeł pochodzących z kręgów zbliżonych do Radia Maryja? Czy skonfrontowali je z po- glądami ludzi o tak światłych umysłach jak Jeziorański, Barto- szewski, Brzeziński czy także nasz papież lub niektórzy inni hie- rarchowie Kościoła (jak np. kard. Stanisław Dziwisz), których lu- dzie pokroju Kaczyńskich czy Rydzyka nie odważą się atakować?

Nie smuci mnie fakt, że ktoś nie idzie do wyborów. Tu nie ma przymusu, każdy ma wolną wolę i według niej postępuje. Nato- miast wydaje się trochę zastanawiające gdy czasem decyzji tej to- warzyszy pewna wyniosłość. To mi się kojarzy z postawą niektó- rych jaroszy, którzy odczuwają swą wyższość w stosunku do in- nych.

Teraz znów powtórzę coś o czekających nas zmianach w świe- tle przekazów Stwórców Skrzydeł. Osiągnięcie Wielkiego Portalu powinno poprzedzić globalne zjednoczenie ludzi w oparciu o mi- łość bliźniego. Inaczej nie będzie możliwe włączenie się do społe- czności pozaziemskiej. Musi więc być ograniczona motywacja egotyczna zarówno u władz politycznych jak i kościelnych. Myślę że bunt zakonnic Betanek w Kazimierzu Dolnym nieprzypadkowo zbiegł się w czasie z wyborami do parlamentu. Objawienie dozna- ne przez przełożoną sióstr Betanek zostało zaliczone przez Koś- ciół do tzw. objawień prywatnych gdyż nie spełnia jednego z pod- stawowych warunków: bezwzględnego posłuszeństwa władzom kościelnym.

Właśnie tu następuje owo „odstrojenie” od Hierarchii. Przy- puszczam, że są to już śladowe przejawy nieświadomych (na razie) tendencji, prowadzących do przyszłego ezoterycznego zjed- noczenia kościołów. Natomiast egzoteryczna natura kościołów „wyczuwa” nadchodzące ograniczenie ich władzy i mniej lub bardziej widocznie daje temu wyraz. Gdyby w części Episkopatu Polskiego nie przejawiały się pewne tendencje zachowawcze, tolerujące aktywność polityczną o. Rydzyka - to nie byłoby wtrą- cania się Radia Maryja do polityki, nie zaistnieliby w polityce bra- cia Kaczyńscy i im podobni, ani ten cały polityczny bałagan i krzywda społeczna (służba zdrowia, nauczyciele, emeryci i inni).

Przypuszczam jednak, że nie jest to cała prawda o obecnej sytuacji politycznej w Polsce. Poprzednia władza także nie była dobra. Chodzi tu o niedoskonałość ustroju demokratycznego w ogóle. Jest jednak pewna ważna cecha demokracji. O ile ustrój totalitarny nie daje się reformować - to demokrację można roz- wijać i poprawiać. Chodzi o coraz mocniejsze przestrzeganie służebnej roli władzy, jak to dzieje się już w innych krajach. Na przykład w Szwecji odsuwa się od władzy nawet za drobne prze- winienia, jak nielegalne zatrudnienie pomocy domowej. Dotyczy to także członków rządu. Przypominam sobie żartobliwą notkę w prasie, że pewien angielski policjant ukarał sam siebie manda- tem za jakieś wykroczenie drogowe. Oprócz żartu dostrzegam tu efekt wpojonego systemu wartości. Natomiast w przypadku wyborów - nawet drobne kłamstwo wyborcze powinno dyskwali- fikować kandydata.

Być może kiedyś do tego dojdzie. W każdym razie uważam, że nie należy pozbywać się praw oddając je walkowerem, bo i te dro- bne prawa, jakie posiada każdy wyborca, łatwo można utracić.

Wspominam mądre słowa mego wychowawcy z przedwojennej Szkoły Powszechnej (tak się wówczas nazywała Szkoła Podstawo- wa):

Pamiętajcie, jeśli ktoś jest uczciwy i rzetelny w drobnych sprawach, to w sprawach wielkich może być lub nie być uczciwy. Natomiast jeśli jest nieuczciwy w drobnych spra- wach to jest prawie pewne, że w sprawach wielkich nie bę- dzie uczciwy.

Jakże łatwo przełożyć to na sprawy społeczne. Na przykład w Warszawie jest (lub był) dobrze zaopatrzony Hotel Poselski dla posłów dojeżdżających z prowincji. Zdarzały się jednak przypadki że świecił pustkami z powodu korzystania przez posłów, na koszt Państwa, z dużo droższych luksusowych hoteli. Znane są też przypadki nadużywania immunitetu lub rażącej arogancji ze strony przedstawicieli władzy. Otóż takie drobne sprawy, jak już poprzednio wspomniałem, mogłyby być rygorystycznie oceniane - z pozbawieniem pełnionej funkcji co najmniej na dłuższy czas. Świadczą bowiem o rewersji etycznej, polegającej na traktowaniu obdarzenia wyborem społecznym jako „namaszczenia” jedynie do władania, a nie do służenia.

Kara śmierci

W październiku 2004 oglądałem program w TV Polonia, nada- ny z okazji rocznicy śmierci księdza Jerzego Popiełuszki. W pro- gramie tym było wiele wspomnień ludzi znających osobiście księ- dza, a także współpracujących z nim. Zastanowiła mnie wypo- wiedź kobiety, która była świadkiem krytykowania księdza za to, że w swoich kazaniach potępiając zło nie wymienia nazwisk kon- kretnych osób. Słysząc to ksiądz na długo zasłonił dłońmi twarz, a potem powiedział: Przecież wy nic nie rozumiecie. Ja walczę ze złem, a nie z jego ofiarami.

Byłem wstrząśnięty trafnością tej wypowiedzi. Przecież zło i powodowane nim cierpienie jest przejawem ludzkiej niewiedzy o sobie i innych, wspartej egotycznymi pragnieniami. Jego ofiarami są także ci którzy cierpienie zadają. Zrozumienie tego nie jest łat- we, wymaga wiele czasu i doświadczeń, a przede wszystkim po- konania w sobie pewnego rezonansu emocjonalnego, skłaniają- cego do odwetu i zemsty.

Można chyba powiedzieć, że czyniący zło są jego czynnymi ofiarami, a pokrzywdzeni są ofiarami biernymi. W tym ujęciu walka ze złem, aby oszczędzić cierpień krzywdzonym, wymaga szczególnego zajęcia się czynnymi ofiarami zła. Niewątpliwie po- trzebne są do tego rozległe badania psychologiczne, prawne i organizacyjne.

Rocznica zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki dziwnym trafem zbiegła się w czasie z debatą w sejmie polskim nad przywróce- niem kary śmierci. Debata ta może kojarzyć się z paleniem cza- rownic. Uważano przecież wówczas, że cierpienie jest zadawane szatanowi, który opętał człowieka, a człowiek ginie niejako „przy okazji”, bo nie da się inaczej przepędzić szatana. Podobno w po- czątkowym stadium komputeryzacji, gdy systemowi zadano pyta- nie jak zwalczyć raka, odpowiedź brzmiala: uśmiercić pacjenta. Jeszcze dziś niektórzy egzorcyści sądzą że zły duch, który opętał człowieka, jest bardziej niż człowiek podatny na ból. Zadawanie bólu opętanemu (może także elektrowstrząsami, bo przecież żyje- my w czasach rozwiniętej techniki) pomaga w pozbyciu się demo- na.

Czytałem gdzieś, że w którymś z prymitywnych krajów karę śmierci dawniej wykonywano przez „rozerwanie”, przywiązując nogi ofiary do wierzchołków dwóch nagiętych młodych drzew. Po- stęp techniczny usprawnił tę kaźń, gdyż zamiast drzew używa się teraz dwóch traktorów.

Zwolennicy kary śmierci są zaślepieni owym rezonansem e- mocjonalnym. Mają na ustach słowa „sprawiedliwość” i „bezpie- czeństwo”. A przecież oba te wymagania mogą być spełnione bez pozbawiania życia czynnych ofiar zła.

Zachowanie bezpieczeństwa jest oczywiście istotną sprawą. Tu jest właśnie olbrzymi ugór, pole dla polityków, psychologów i prawników. Czynne ofiary zła nie powinne być ciężarem dla spo- łeczeństwa. Gdy są zdrowi mogą zarabiać na swoje utrzymanie pracując w godziwych warunkach lecz będąc pozbawionymi mo- żliwości krzywdzenia innych. Chyba w tym kierunku będą prze- biegać zmiany w systemie penitencjarnym. Szczególną uwagę należałoby poświęcić osobom ze złogennymi obciążeniami dzie- dzicznymi.

Wyzwolenie

Ostatnio kupiłem ciekawą książkę pt. Wyzwolenie, autorstwa Zbigniewa Jana Popko. Zaskoczył mnie brak daty wydania (w internecie sprawdziłem, że chodzi o październik 2005, wydaw- nictwo Olivia) oraz brak copyright, co częściowo wyjaśnia uwaga: zapiski medium. Chodzi więc chyba o channeling.

Bardzo zainteresował mnie fragment o koncentracji (str. 115), jako że mam w tej dziedzinie pewne własne doświadczenie, w du- żym stopniu zgodne z wypowiedzią autora. Przytoczę cały ten fragment gdyż myślę, że naprawdę jest godny uwagi:

„Koncentracja to silnie kreatywne spojrzenie na siebie poprzez pryz- mat materialnej i duchowej rzeczywistości. To umiejętność manipulowa- nia energią na poziomie materii i ducha. Wypracowane w tym celu tech- niki są bardzo proste, bardzo szybkie i bardzo skuteczne. A techniki Hu- ny zdecydowanie prostsze i zdecydowanie skuteczniejsze od możliwości Jogi, której prawdziwym obszarem zainteresowania jest rozwój duchowy, a nie kształtowanie materii według własnego uznania. Mówiąc, rozwój duchowy, mam raczej na myśli usilne dążenie do osiągnięcia stanu oś- wiecenia. Medytacja daje wgląd, pozwala wiele zrozumieć, chociażby przez sam fakt zapoznania się z jej założeniami, ale nie potrafi wyręczyć koncentracji w kształtowaniu naszej fizycznej rzeczywistości. Tu i teraz jest tylko nasza fizyczna obecność, nasz ból i nasza miłość. Medytacja to jedna z wielu form zdobywania wiedzy, bez której można się obyć. Kon- centracja to coś więcej niż tu i teraz: choć nie sięga kresu poznania, do- pasowuje ramy świata do naszych wyobrażeń. Modyfikuje materię i światy tajemne. Jest potężna i niebezpieczna, a jej właściwe zastosowa- nie wprowadza często nieodwracalne zmiany. To ona zmienia aktywnie treść życia, to ona potrafi wydobyć z nieszczęścia i ona wreszcie może sprowadzić kataklizm.

Oczywiście aspekt duchowy jest wspólny obu tradycjom. W Hunie bazuje on na poziomie egzystencjalnej zborności wewnętrznej, takiego zrozumienia aktywnej istoty człowieka, która - zawracając go ze złej drogi - umożliwia mu dokonywanie twórczych zmian w otoczeniu. Nie ma tu miejsca ani czasu, przynajmniej na początku, na bezwzględne podporządkowanie życia wyższym ideałom, które stanowią główny nurt dociekań systemów Jogi. Dążenie człowieka do stawania się lepszym jest dla Huny tak naturalne, iż nie poświęca ona temu zagadnieniu zbyt wie- le miejsca. Człowiek jest z natury dobry, a jeśli czyni zło, to powinien to zrozumieć i naprawić. Prędzej czy później stanie się dobry i potężny. Krótko i rzeczowo. I jakże zgodnie z prawem moralnym w zaświatach.”

Od siebie dodam jednak, że nie bardzo przekonuje mnie ślepe zapatrzenie w dobroć człowieka. Gdyby w pełni tak było to nie istniałoby zło. Zdobycie władzy nad materią dla wielu ludzi sta- nowi zbyt wielką pokusę, chociaż Jose Silva utrzymuje, że w stanie mózgu alfa człowiek nie potrafi postępować nieetycznie.

W swoim życiu nie dążyłem do uzyskania władzy. Nie była mi potrzebna, w każdym razie dla celów osobistych. Ufam, że spo- kojne kroczenie obraną drogą prowadzi w kierunku celu.

Pamiętam słowa mego bardzo serdecznego przyjaciela, star- szego kolegi, nieżyjącego już Kazika Chmielowca, który był dużo bardziej ode mnie rozwinięty duchowo. Mówił: Nie trzeba się śpie- szyć, nie jesteśmy tu przypadkowo. Nie wystarczy samemu po- siąść prawdę. Trzeba pamiętać o innych.

Mieszkał w Wałbrzychu i często odwiedzał mnie we Wrocła- wiu. Oczekując jego wizyty czasem przygotowywałem nurtujące mnie pytania. I było to fascynujące - podczas spotkania nie mu- siałem o nic pytać. Odpowiedzi przychodziły same.

Ostrzegał przed nieuważną wyobraźnią, bo jej treść może się naprawdę wydarzyć. Był zawsze spokojny i zrównoważony, nie zwracał na siebie uwagi. Nie mówił, że ma zdolności uzdrowi- cielskie, ale swoją obecnością czasem uzdrawiał ludzi. Ożenił się dopiero w podeszłym wieku i zamieszkał w Warszawie. Tam za- kończył życie. Pozostawił w mym sercu niezatartą pamięć o nim.

Rozdział 7

Trochę o Hermetyźmie

Rozdział ten opracowano głównie na podstawie publikacji wy- danej w języku rosyjskim autorstwa Dymitra Wł. Strandena: Hermetyzm, jego pochodzenie i podstawowe nauki (wydawnictwo A.I. Woroniec, 1914), przełożonej przeze mnie na język polski i wydanej w PRL (w tzw. drugim obiegu) przez wydawnictwo „Łop- szyc”, Wrocław 1977.

Tablica Szmaragdowa

Przytoczę tu tekst, któremu powszechnie przypisuje się po- chodzenie ze starożytnego Egiptu. Jest on znany pod nazwą Tablica Szmaragdowa. Można chyba powiedzieć, że stanowi ty- powe dzieło z zakresu tak zwanej wiedzy hermetycznej. A oto jego treść:

Prawdziwie, bez cienia kłamstwa, wiarygodnie i ze wszech miar prawdziwie: to co znajduje się na dole, jest analogiczne do tego, co znajduje się na górze. I to, co na górze, jest ana- logiczne do tego co znajduje się na dole, aby spełnić cuda rzeczy jedynej. I podobnie do tego jak wszystkie rzeczy po- wstały z Jedynego (za pośrednictwem Jedynego, czyli przez myśl Jedynego).

Słońce jest jej ojcem. Księżyc jest jej matką. Wiatr nosił ją w swym łonie. Ziemia jest jej karmicielką. Ta rzecz, to oj- ciec wszelkiej doskonałości w całym wszechświecie. Jej siła pozostaje w całości (to jest nie zużyta), gdy przekształca się ona w ziemię. Oddzielisz ziemię od ognia, subtelne od cięż- kiego (grubego) ostrożnie i z dużym kunsztem. Rzecz ta wstępuje z ziemi do nieba i znów zstępuje na ziemię, odczu- wając siłę tak wyższych, jak też niższych sfer świata. W ten sposób zdobywasz sławę całego świata. Dzięki temu opuści cię wszelka ciemnota. Ta rzecz to siła wszelkiej siły, gdyż pokona ona wszelką najbardziej usubtelnioną rzecz i przenik- nie sobą wszelką ciężką (twardą) rzecz. W ten sposób został stworzony świat. Stąd wynikają zdumiewające przystosowa- nia, taki jest sposób działania. Dlatego zostałem nazwany Hermesem Trzykroć Wielkim, gdyż władam wiedzą trzech części filozofii wszechświata.

Jest to zupełne, co powiedziałem o pracy dzieła, dokona- nego przez słońce.

Aby uniknąć przekłamań, podaję ten tekst także w wersji łacińskiej (Chrysogonus Polydorus, Nuremberg 1541):

[Tabula Smaragdina Hermetis

Verum, sine mendacio, certum et verissimum: Quod est inferius est sicut quod est superius, et quod est superius est sicut quod est inferius, ad perpetranda miracula rei unius. Et sicut res omnes fuerunt ab uno, meditatione unius, sic omnes res natae ab hac una re, adaptatione.

Pater eius est Sol. Mater eius est Luna. Protavit illud Ventus in ventre suo. Nutrix eius terra est. Pater omnis telesmi totius mundi est hic. Virtus eius integra est si versa fuerit in terram. Separabis terram ab igne, subtile ab spisso, suaviter magno cum ingenio. Ascendit a terra in coelum iterumque descendit in terram, et recipit vim superiorum et in- feriorum. Sic habebis Gloriam totius mundi. Ideo fugiet a te omnis obs- curitas. Haec est totius fortitudinis fortitudo fortis, quia vincet omnem rem subtilem, omnemque solidam penetrabit. Sic mundus creatus est. Hinc erunt adaptationes mirabiles, quarum modus est hic. Itaque voca- tus sum Hermes Trismegistus, habens tres partes philosophiae totius mundi.

Completum est quod dixi de operatione Solis.]

Trzeba zauważyć, że dzieła tego rodzaju zawierają zwykle różne warstwy pojęciowe, zależnie od kontekstu i wewnętrznego przygotowania czytelnika. Nieraz odsłaniają się one przy kolej- nym czytaniu. Niektórzy badacze wyróżniają do siedmiu znaczeń: 1) metafizyczne, 2) kosmogeniczne, 3) antropogeniczne, 4) psy- chologiczne (lub mistyczne), 5) okultystyczne, 6) astronomiczne, 7) historyczne.

Nie wchodząc w szczegóły zwróćmy uwagę na metafizyczne i mistyczne znaczenie Tablicy Szmaragdowej. Hermetyści sądzą, że we wstępnych słowach Tablicy jest zawarta wskazówka o ważnej roli jaką odgrywa w filozofii hermetycznej prawo troistości, czyli trojakiego rodzaju wiarygodności. Verum est sine mendacio (prawdziwie, bez cienia kłamstwa) - jest to wskazówka o wiary- godności doświadcznia, opartego na rzetelnie sprawdzonej per- cepcji zmysłowej, czyli wiarygodności danych leżących u podstaw nauki. Certum - to wskazanie wiarygodności filozoficznej, opartej na poprawnych założeniach rozumowych, ustalonych na podsta- wie ściśle sprawdzonych i oczywistych faktów (aksjomatów). I wreszcie verissimum (wiarygodnie, ze wszech miar prawdziwie) - to uznanie nadrzędnej wartości doświadczenia mistycznego, któ- re jest wynikiem bezpośredniego kontaktu samoświadomości człowieka ze Świadomością Kosmiczną. Według hermetystów ta- kie poznanie jest najbardziej wiarygodne (oczywiście, jeśli nie jest skażone wpływami subiektywnymi, fantazją, itp). Najmniej nato- miast pewnym źródłem poznania są wskazania naszych zmysłów zewnętrznych.

Zauważmy, że z tego punktu widzenia poznanie powinno być całkowicie oparte na danych doświadczenia mistycznego z jednej strony, i doświadczenia naukowego (w wąskim tego słowa zna- czeniu) z drugiej strony. Z punktu widzenia hermetyzmu nie mo- że być sprzeczności między wiarygodnymi danymi tych obu ro- dzajów doświadczenia. W ten sposób wtajemniczenie hermetycz- ne ma wyzwalać człowieka od męczącego współczesną ludzkość konfliktu między religią i nauką.

Wspominając o wtajemniczeniu warto zastanowić się, jak je określają hermetyści. W najprostszym ujęciu uważają, że jest to przyśpieszenie normalnej ewolucji człowieka. W toku ewolucji ludzkość może uzyskiwać nowe stany świadomości, nowe moż- liwości, dostępne obecnie tylko nielicznym osobom, które w swo- im rozwoju nieco wyprzedziły pozostałych ludzi. Człowiek może rozwinąć w sobie szereg nowych zdolności i doświadczyć nad- osobowych stanów świadomości, pod wpływem których jak gdyby całkowicie odrodzi się duchowo i fizycznie, stając się zupełnie no- wym człowiekiem.

Na świecie opracowano cały szereg metod prowadzących do takiego rozszerzenia samoświadomości. Szczególnie dobrze opra- cowano te metody na Wschodzie przez jogów hinduskich i tybe- tańskich. Jogowie wyróżniają szereg dróg, którymi człowiek może kroczyć do uzyskania nadświadomości. Wśród nich, jako główne, można wymienić: Jogę Woli, Jogę Mądrości, Jogę Miłości, Jogę związku ciała fizycznego z psyche (Hatha Joga). Są także takie drogi jak Huna, Zen, Medytacja Transcendentalna i inne, lecz nie zetknąłem się z nimi w literaturze hermetycznej. Istnieje bogata literatura szczegółowo omawiająca te sprawy, dlatego nie będzie- my tu nad nimi się zatrzymywać.

Teraz pokrótce omówimy główne zasady hermetyzmu, w pew- nym stopniu oparte na Tablicy Szmaragdowej.

Podstawowe nauki hermetyzmu

Z głębokiej starożytności zachował się krótki zestaw nauk hermetycznych w formie zbioru aforyzmów, przekazywanych przez nauczycieli podczas wtajemniczania uczniów, którzy uczyli się ich na pamięć. Zestaw ten nosi nazwę Kabała. Tego zestawu aforyzmów nie wolno było zapisywać i ujawniać, jednak niektóre z nich czasem pojawiały się w dziełach hermetystów. Dopiero w ostatnich czasach uznano, że możliwe jest ogłoszenie części tych aforyzmów.

U podstaw hermetyzmu leży siedem następujących praw:

1) prawo mentalizmu,

2) prawo analogii lub odpowiedniości,

3) prawo wibracji,

4) prawo biegunowości,

5) prawo rytmu,

6) prawo przyczynowości,

7) prawo dwoistości czynnego i biernego pierwiastka, leżące

u podstawy tworzenia na wszystkich planach bytu i świa- domości.

Omówimy pokrótce te prawa.

1. Prawo mentalizmu

Prawo to zawiera się w następującym sformułowaniu z Ka- bały:

Wszystko (w sensie Absolutnego, Całego, Wszechjedynego) jest rozumem. Wszechświat jest czymś umysłowym. U pod- staw istniejącego i zmieniającego się wszechświata, lub poza tym wszechświatem, można zawsze znaleźć substancjalną rzeczywistość - podstawową Prawdę.

Inaczej mówiąc, filozofia hermetyczna uznaje, że poza świa- tem przemijających zjawisk znajduje się jakaś wieczna, niez- mienna Istność. Natomiast wszechświat, podporządkowany for- mom przestrzeni, czasu i przyczynowości, jest tylko przejawem. Zgodnie z nauką hermetyzmu Istność ta nie jest do końca poz- nawalna. Jedynie Wszechjedyne może do końca znać Samo Sie- bie. Lecz i my możemy poznać coś niecoś z tej Substancjalnej Rzeczywistości, której istnienie objawia się nam jako dostrze- galny wszechświat. Wiemy, że ta Rzeczywistość zawiera w sobie wszystko co jest, było i będzie. Wiemy, że jest Ona wieczna, nieskończona i niezmienna, tj. dokonana, zakończona i zupełna. Wiemy, że pojawia się jako rozum, jako energia i jako materia. Materia to niższe, najbardziej iluzoryczne przejawienie Wszech- jedynego, rozum jest wyższym Jego przejawem. Jakkolwiek nie- możliwe jest podanie w jakimś stopniu wyczerpującego okreś- lenia Wszechjedynego, czyli Absolutu, to jednak możemy powie- dzieć, że jest On przede wszystkim życiem i rozumem - nieskoń- czonym żywym rozumem, innymi słowy tym, co przyjęto rozu- mieć przez słowo Duch.

Wszechświat jest zawarty w umyśle Wszechjedynego. Wszechjedyne stwarza w swym nieskończonym rozumie nie- zliczone wszechświaty, które trwają w ciągu eonów; a jednak dla Wszechjedynego tworzenie, rozwój, upadek i śmierć mil- ionów wszechświatów stanowią jakby jedno mgnienie.

Tak więc wszystko co istnieje w świecie zjawisk, jest zawarte w umyśle Wszechjedynego; cały wszechświat jest tylko obrazem myślowym, stworzonym przez nieskończony rozum, lecz z drugiej strony - Wszechjedyne znajduje się we wszystkim, jest immanen- tne (zawarte) we wszystkim. Jakkolwiek Ono przebywa w przeja- wionym wszchświecie, jednak nieskończenie go przewyższa, a także nie zużywa się przez wszechświat i zawiera w sobie moż- liwość tworzenia nieskończonych nowych wszechświatów.

Jeśli wszechświat jest tworem umysłowym, zawartym w rozu- mie Wszchjedynego, to w takim razie wszystko jest iluzją, wszy- stko jest snem pozbawionym wszelkiej realności! Lecz jeśli prze- siąkniemy takim światopoglądem to staniemy się jakimiś bezza- sadnymi idealistami, zupełnie niezdolnymi do energicznej, prak- tycznej działalności, której żąda od nas życie.

Obawy te są jednak całkowicie nieuzasadnione. Prawa wszch- świata nie stają się mniej niewzruszone przez to, że dowiadujemy się, że są to li tylko formy myślowe, utworzone przez nieskończo- ny rozum. Pogwałcenie tych praw powoduje całkiem jednakowe cierpienia, bez względu na sposób patrzenia na wszechświat: jak na agregat czysto mentalny, czy jak na wynik wzajemnych od- działywań energetycznych, bądź też jak na twór myślowy, stwo- rzony rozumem Wszechjedynego i zawarty w Nim.

Każda próba uchylenia się od tych praw powoduje srogie cier- pienia, zmuszając do refleksji i zrozumienia, że prawa naszego życia nie stały się ani o drobinę mniej ustępliwe i realne dzięki temu, że poznaliśmy umysłowość natury wszechświata oraz sto- sunkową nierealność materii, a nawet energii.

Kabała zawiera na ten temat następującą, niezwykle charak- terystyczną wypowiedź:

Ludzie, którzy przyswoili sobie prawdziwą mądrość tylko połowicznie, uznawszy względną nierzeczywistość wszech-świata wyobrażają sobie, że mogą oni rzucić wyzwanie jego prawom. Ludzie tacy są próżnymi, beznadziejnymi głupcami. Na skutek swojej głupoty rozbijają się na proch o skały i są rozdzierani na strzępy przez żywioły.

2. Prawo analogii lub odpowiedniości

Zgodnie z prawem analogii zachodzi odpowiedniość między zjawiskami i prawami trzech światów: duchowego, umysłowego (psychicznego) i fizycznego. Prwo to pozwala wysnuć prawidłowe wnioski dotyczące światów niewidzialnych na podstawie faktów ze świata widzialnego. Opanowanie tego prawa pozwala stosować go do badania najbardziej abstrakcyjnych problemów, podobnie jak ten kto opanował podstawy geometrii może stosować jej re- guły do rozwiązywania skomplikowanych zagadnień astronomi- cznych i, siedząc w swoim pokoju, badać związki między ciałami niebieskimi.

Zastosowanie prawa analogii do badania najrozmaitszych problemów, potwierdzone doświadczeniem poznania pozazmys- łowego, stanowi najlepszy dowód istnienia jedynego, rozumnego planu, leżącego u podstaw wszechświata.

3. Prawo wibracji

Filozofia hermetyczna naucza, że w przyrodzie nic nie znaj- duje się w stanie spoczynku, wszystko jest w ruchu, wszys- tko wibruje. Tak wyrażono to prawo w Kabale. Hermetyści na- dawali mu olbrzymie znaczenie, jak widać to z następujących słów pewnego starożytnego hermetysty: Kto zrozumiał prawo wibracji, ten ujął berło władzy.

Zgodnie z nauką hermetystów całą różnorodność zjawisk we wszechświecie tłumaczy się różnicą w szybkości i charakterze wi- bracji jedynej światowej substancji.

Na jednym biegunie ogromnej skali wibracji kosmicznych - tam gdzie są one najszybsze - znajduje się Duch. Na przeciw- ległym biegunie - to, co nazywamy „ciężką materią”. Między tymi dwoma biegunami są zawarte niezliczone rodzaje i stopnie wib- racji, odpowiadające różnym przejawom energii i umysłu. Nauka uznaje, że ciepło, światło, magnetyzm i elektryczność są różnymi rodzajami drgań, rozchodzących się w środowisku eterycznym. Niektórzy utrzymują, że także siła spójności, powinowactwo chemiczne i siła grawitacji są szczególnego rodzaju wibracjami niezwykle rozrzedzonego środowiska. Nie wyczerpuje to jednak całej skali wibracji. Myśli, emocje, wola i w ogóle wszystkie inne stany psychiczne są także wibracjami środowiska jeszcze subtel- niejszego niż eter i niższy astral. Wibracje takie, powstałe w móz- gu jednego człowieka, mają tendencję do wzbudzania podobnych wibracji u innych ludzi tak jak dzieje się to z indukcją prądów elektrycznych. Wyjaśnia się tym zjawiska telepatii, hipnozy i w ogóle wpływu jednego umysłu na drugi.

Zdolność dowolnego wywoływania w sobie takich lub innych astralnych i mentalnych wibracji, a także przekazywania ich in- nym ludziom, dotyczy duchowej lub umysłowej (psychicznej) al- chemii, którą bardzo gorliwie uprawiają adepci hermetyzmu jako najcenniejszą sztukę.

4. Prawo biegunowości

Prawo to, odpowiadające współczesnemu prawu binarnej po- laryzacji, jest sformułowane w następującej wypowiedzi z Kabały:

Wszystko jest dwojakie; wszystko posiada bieguny; wszy- stko ma do siebie coś przeciwstawnego; podobne i różne jest jednym i tym samym; przeciwieństwa są z natury tożsame (identyczne); między nimi zachodzi różnica tylko ilościowa, skrajności zbiegają się; wszystkie prawdy są tylko półpraw- dami; wszystkie paradoksy mogą być usunięte.

Z punktu widzenia hermetyzmu biegunowość jest prawem uniwersalnym. Przejawia się ono we wszystkich dziedzinach przyrody i życia. Ciepło i zimno, światło i ciemność, Duch i ma- teria, miłość i nienawiść, dobro i zło, pierwiastek męski i żeński, biegunowość elektryczności i magnetyzmu, itd. itd. - są to wszy- stko przejawienia prawa biegunowości. Hermetyści utrzymują, że absolutna przeciwstawność dodatniego i ujemnego bieguna, we wszystkich takich parach przeciwstawnych pierwiastków i zja- wisk, jest czymś tylko pozornym. Biegunowość jest zawsze wzglę- dna. Przeciwstawne bieguny są zawsze tylko różnorodnymi wib- racjami jednej i tej samej światowej substancji. Dlatego we wszel- kim plusie jest zawsze chociażby znikoma część minusa i odwrot- nie. W dodatnim biegunie tylko przeważa, lub jest aktywny plus, a w ujemnym minus; zatem - jeden biegun, gdy znamy prawo wi- bracji, może być zamieniony przez drugi, przeciwny mu.

Mówiąc o prawie wibracji już częściowo poruszyliśmy zagad- nienie, że nie ma żadnej nieprzebytej przepaści między Duchem a materią. Te dwa biegunowe stany jedynej światowej substancji są związane jej stanem pośrednim, w którym przejawia się ona jako energia. Ponadto nie ma materii całkiem martwej i pozbawionej wszelkich przejawów świadomości, tak jak nie ma też Ducha cał- kowicie pozbawionego wszelkiej cielesnosci.

Szczególnie ważne jest uświadomienie sobie zastosowania prawa biegunowości, jak go rozumieją hermetyści, w dziedzinie stosunków moralnych i w ogóle, zjawisk psychicznych. Często jesteśmy skłonni uważać dobro i zło za absolutne przeciwieńs- twa, są to jednak nasze zupełnie względne, ludzkie pojęcia o jed- nym i drugim. Niewątpliwie jednak im bardziej rozwijamy się u- mysłowo i moralnie, tym lepiej zaczynamy rozumieć względność tych pojęć, tym bardziej uświadamiamy sobie, że to co jest złem dla jednego, bardziej rozwiniętego człowieka, jest niewątpliwie do- brem dla drugiego, znacznie mniej rozwiniętego. Zaczynamy co- raz bardziej i bardziej widzieć w różnych rodzajach tak zwanego zła moralnego - tylko niższe stopnie dobra. Nie wynika z tego wcale, że człowiek wysoko rozwinięty ma moralne prawo oddawać się niskim namiętnościom, wstrzymującym jego postępy coraz wyżej po stopniach ewolucji. Oznacza to tylko, że powinniśmy uz- nać względność i subiektywność naszej oceny dobra i zła i zacho- wać skrajną cierpliwość oraz tolerancję dla przejawów u innych ludzi tego, co my uważamy za zło. Pobłażliwość dla siebie przy- niosłaby nam oczywiście jedynie szkodę, zatrzymując nasz rozwój w samorealizacji.

Miłość i nienawiść wydają się nam zwykle absolutnymi prze- ciwieństwami. Jeśli by jednak tak było to jak wyjaśnić, że najgo- rętsza miłość łatwo może zamienić się w największą nienawiść i odwrotnie? Przecież, jeśli możliwe są podobne przekształcenia, oznacza to, że znów nie mamy tu do czynienia z przeciwieństwem absolutnym, lecz jedynie ze względnym. Możliwe jest więc, po zrozumieniu praw powstawania i propagacji odpowiednich wib- racji, opanowanie tej sztuki alchemii duchowej, która pozwoli nam zamienić niepożądane emocje na pożądane, zmieniając w ten sposób siebie i innych. Oto co głosi jeden z cytatów Kabały:

Dany stan umysłu może być zmieniony na inny (tak jak mogą być zmienione metale i inne pierwiastki chemiczne); dany jeden stopień stanu umysłu można zamienić na drugi; dane warunki jego przejawienia na inne; jeden biegun - na drugi; dane wibracje umysłowe - na inne.

5. Prawo rytmu

Wszystko odpływa i przypływa; wszystko ma swoje przy- pływy i odpływy; wszystkie rzeczy powstają i upadają; miara rozmachu na prawo jest także miarą rozmachu na lewo; dzięki rytmowi jedno kompensuje się drugim.

Takimi słowami wyrażone jest prawo rytmu w Kabale. Prawo to jest ściśle związane z omówionymi już prawami biegunowości i wibracji. Można by przytoczyć niezliczone przykłady ilustrujące to prawo. Periodyczna zmiana dnia i nocy, przypływów i odpły- wów, pór roku, przeciwnych nastrojów, rewolucyjnych i reakcyj- nych epok, materialistycznych i duchowych światopoglądów, itd. - są to przykłady jak prawo to przewija się w zjawiskach przyrody i w życiu ludzkości.

Hinduscy jogowie mówią o „dniach i nocach Brahmy”, lub o „manwantarach i pralajach”, o wdechu i wydechu światów przez Brahmana; są jednak przy tym zdania, że chociaż we wszech- światach, tworzonych przez Wszechjedyne, okresy działania zmieniają się z okresami spoczynku, to jednak samo Wszechje- dyne nigdy nie pozostaje bezczynne, gdyż w czasie gdy w jednych systemach słonecznych i w systemach systemów zachodzi stan spoczynku, w innych trwa działanie, a jeszcze inne w tym czasie powstają.

W zastosowaniu do ewolucji pojedynczego człowieka prawo rytmu przejawia się w postaci kolejnych wcieleń na Ziemi lub na innej planecie, z okresami pobytu duszy na innych płaszczyz- nach bytu, w światach astralnym oraz mentalnym, gdzie dusza jakgdyby odpoczywała po pracy, dokonanej przez nią w okresie jej wcielenia. Opracowuje i asymiluje zdobyte przez nią doświad- czenia.

6. Prawo przyczynowości

Prawo to leży u podstaw całej współczesnej nauki. Zwróćmy tylko uwagę na pewien jej aspekt grający ważną rolę lecz nie bra- ny pod uwagę przez tych, którzy stoją na gruncie światopoglądu pozytywistycznego bądź materialistycznego. W Kabale prawo przyczynowości wyraża się w słowach:

Każda przyczyna ma swe następstwo; każde następstwo ma swą przyczynę; wszystko przebiega zgodnie z prawem; przypadek jest tylko nazwą, którą nadajemy sprawom jesz- cze nie poznanym; jest wiele płaszczyzn przyczynowości, lecz nic nie wymyka się prawu.

Zwróćmy uwagę na końcową część przytoczonego fragmentu: jest wiele płaszczyzn przyczynowości, lecz nic nie wymyka się prawu. W tych słowach wyraża się ważna cecha rozumienia prawa przyczynowości, którą różni się ono (rozumienie) w istotny sposób od zwykłego, pozytywnego rozumienia.

Z punktu widzenia tzw. naukowego światopoglądu uznanie niczym nie ograniczonego panowania prawa przyczynowości, czy- li determinizmu we wszystkich zjawiskach wszechświata, całkiem znosi wszelką teologię, wszelkie uznanie rozumnych i moralnych celów leżących u podstaw procesu ewolucji. Prawo przyczynowo- ści jest jednak tylko narzędziem, którym posługuje się Rozum Ś- wiatowy w osiąganiu swoich celów - celów w najwyższym stopniu mądrych i dobrych. Istnieje więc wiele płaszczyzn przyczynowości - tyle co płaszczyzn świadomości. Jeżeli na niższej, materialnej płaszczyźnie przyczynowość może po prostu nam się wydawać ślepym losem, działającym całkiem mechanicznie zgodnie z pra- wem, bez żadnego odniesienia do jakichkolwiek celów moralnych i duchowych - to na wyższej, duchowej płaszczyźnie staje się jas- nym, że takie pojęcie o przyczynowości jest tak samo niesłuszne i mylne, jak w ogóle wszelka wiedza osnuta wyłącznie na doświad- czeniu zmysłowym. Dla osoby, której świadomość zetknęła się ze światem duchowym staje się jasne, że cały mechanizm wszech- świata jest podporządkowany wyższemu prawu harmonii i miłoś- ci, przyporządkowującemu skutki przyczynom w taki sposób, że wszystko we wszechświecie dąży do świadomości ludzkiej, to jest rozumnej, samoświadomej istoty i że rozwój ludzkości nieugięcie dąży do spełnienia ideałów miłości, braterstwa, duchowości i w końcu świętości, poprzez którą przyroda ponownie jednoczy się z bóstwem.

7. Prawo dwoistości czynnego i biernego pierwiastka

To prawo filozofii hermetycznej zostało sformułowane w Ka-

bale w następujących słowacha:

Dwoistość czynnego i biernego pierwiastka jest wszędzie widoczna; wszędzie znajduje się pierwiastek męski i żeński; ich dwoistość przejawia się na wszystkich płaszczyznach by- tu.

„Uniwersalność tej zasady, zawsze uznawana przez ezoteryków, mo- że wkrótce będzie uznana przez oficjalną naukę. W każdym razie zasada ta otrzymała potwierdzenie w tzw. elektronicznej budowie atomu, i w o- góle, w budowie materii fizycznej. Oczywiście, w odniesieniu do proce- sów fizycznych używa się określenia ,rodzaj’, a nie ,płeć’. Niektóre now- sze obserwacje ,życia’ kryształów wskazują, że mamy tu do czynienia z procesami w pewnym stopniu podobnymi do zjawisk kopulacji w króle- stwie roślinnym i zwierzęcym.”

Hermetyści utrzymują, że z czasem nauka dojdzie do tego, że także zjawiska powinowactwa chemicznego i spójności moleku- larnej, a nawet wszechświatowa grawitacja w istocie są formami przejawienia powszechnej zasady dwoistości czynnego i biernego pierwiastka.

„W dziedzinie dwoistości psychicznej niezwykle jasno widać, jak przejawia się dwoistość naszego ,ja’ z jednej strony oraz całej emocjonal- nej reszty psyche z drugiej strony. Zjawisko owe przejawia się także w dwoistości naszego świadomego umysłu i tak zwanej podświadomości.

W tym krótkim, popularnym zarysie nie sposób szerzej omówić procesów prokreacji w przyrodzie, a przede wszystkim przejawienia męskiego i żeńskiego pierwiastka w psychice człowieka.”

Rozdział 8

Świadomość i jej związek z formą

Teraz coś bardziej współczesnego. Przedstawiam mój referat, który wygłosiłem na II Międzynarodowym Triennale Rysunku we Wrocławiu w 1981 r. Nie był on dotychczas szerzej publiko- wany, a jedynie w roboczych materiałach Triennale.

Świadomość

Świadomość a forma

Reguła tworzenia form przestrzennych

Psychologiczne uwarunkowania sztuki

Wszelka sztuka, rozumiana jako wyraz piękna i wiedzy, nieu- chronnie kojarzy się ze świadomością, aczkolwiek świadomość jest dotąd pojęciem mętnym, wieloznacznym i nieuchwytnym. Różne szkoły filozoficzne przypisują słowom „sztuka” i „świado- mość” rozmaity sens, wypełniający bardzo szerokie spektrum pojęciowe. Dotyczy to również samoświadomości. Także psycho- logia, chociaż stanowi dyscyplinę bardziej zbliżoną do empirii niż filozofia, nie wyjaśnia istoty tych pojęć.

Nie jest przeto sprawą łatwą wypowiedzieć się na tak bardzo ambitny temat, obrany przez Dostojnych Gospodarzy jako hasło II-go Międzynarodowego Triennale Rysunku: Sztuka jako forma samoświadomości. Z drugiej jednak strony jest to wspaniała okazja do przedstawienia pewnych niekonwencjonalnych poglą- dów, które ośmielam się tutaj zaprezentować.

Zanim jednak zdołam wyrazić swój krótki pogląd na temat sztuki i samoświadomości - widzę potrzebę szerszego przedsta- wienia niektórych pojęć związanych ze świadomością w ogóle, a także z określonym psychologicznym uwarunkowaniem procesu twórczego w sztuce.

Świadomość

W ustępie tym podejmiemy próbę określenia istoty świadomo- ści, jej cech i sposobów przejawienia. Przedtem jednak, aby unik- nąć nieporozumień i wieloznaczności, należałoby chwilowo za- pomnieć o dotychczasowych naszych pojęciach związanych z tym słowem, używanym w szerszym lub węższym znaczeniu zarówno w języku potocznym jak też w filozofii lub psychologii.

Określenie świadomości wyprowadzimy z powszechnie znane- go dialektycznego Prawa Jedności Przeciwieństw. Prawo to trudno jest przypisać wyłącznie jakiemuś współczesnemu kierun- kowi filozoficznemu, gdyż w różnych postaciach przejawia się ono na przestrzeni historii we wszystkich kulturach świata. Czy to będzie chińska zasada yin yang, czy hinduska tantra, o której dużo wypadnie nam tu mówić, czy wywodząca się ze starożytnego Egiptu hermetyczna zasada aktywnego i pasywnego, męskiego i żeńskiego źródła, czy wreszcie kabalistyczna dwójnia i trójnia - wszystkie one wiążą się z pewną dychotomią, rozdwojeniem, roz- darciem stanowiącym binarną polaryzację wszystkiego. W wyni- ku takiego rozdwojenia powstają zawsze dwa przeciwstawne so- bie bieguny, które wzajemnie warunkują swoje istnienie, nie mo- gą istnieć oddzielnie.

W celu jak najlepszego wyjaśnienia Prawa Jedności Przeci- wieństw, współcześnie można powiedzieć, że opiera się ono na trzech zasadach: przeciwieństwa, jedności i komplementarno- ści. Za chwilę skorzystamy z tych zasad, przez co wyjaśni się także ich znaczenie. W tym miejscu należałoby jedynie zauważyć, że według przyjętej tu konwencji, zasady w oderwaniu od prawa nie mają realnego znaczenia. Stanowią one jedynie niepodważal- ne uogólnienia, wynikające z przejawionego prawa. Obowiązuje reguła: jeśli przejawia się prawo to spełniają się również zasady, na których się ono opiera. Zasady są przeto narzędziem intelek- tualnej analizy prawa.

Przystępując do określenia świadomości zakładamy, że istnie- je jakaś niewyobrażalna na naszym, ludzkim szczeblu pojmowa- nia Rzeczywistość, Jedyna Substancja z której, jak ze wspólnego pnia, wyrastają dwie kategorie istnienia, przeciwstawne sobie lecz wzajemnie warunkujące się: świadomość [1] i materia.

Jedna z tych kategorii, materia, może być częściowo postrze- gana przez zmysły. Stąd pochodzą nasze wyobrażenia o materii. Jawi się ona człowiekowi, poznającemu podmiotowi, demonstru- jąc pewne swoje przypadłości, cechy. Możemy na przykład powie- dzieć o materii że jest ograniczona. Dostrzegamy mnogość mater- ialnych przedmiotów, ich nieprzenikliwość. Są one usytuowane w przestrzeni, zmieniają się w czasie.

Cóż natomiast możemy powiedzieć o świadomości? Nie podle- ga ona przecież zmysłowemu postrzeganiu. Przywołajmy jednak na pomoc zasadę przeciwieństwa. Jeżeli zaufamy tej zasadzie to, przeciwstawnie do materii, będziemy mogli powiedzieć o świado- mości, że jest nieograniczona. Poza tym jej cechami są jedność i przenikliwość. Nie posiada kształtu, jest niezmienna w czasie, a właściwie czas i przestrzeń jej niejako nie dotyczą, chociaż waru- nkują jej istnienie jako atrybuty materii.

Otóż uogólniając można powiedzieć, że cechy świadomości dają się określić jako przeciwstawienia odpowiednich cech ma- terii. Są jakby odwróconym (zaprzeczonym) obrazem cech materii po przejściu ich przez „soczewkę” stanowiącą przeciwstawienie wynikłe z zasady przeciwieństwa. Zasada ta odsłania nam więc nieprzebrane źródło wiedzy o różnych cechach świadomości.

Zasługuje na szczególną uwagę przeciwstawienie pewnej pow- szechnej cechy materii, wynikającej także z postrzegania, którą można by nazwać bytem. Jest to niebyt, nicość. Tak rozumiana nicość jest przeto powszechną cechą świadomości. Do sprawy tej jeszcze powrócimy gdyż nasza zdolność wyobraźni została tu pod- dana ciężkiej próbie.

Rodzą się jednak kolejne, niepokojące pytania. Na przykład: jak należy rozumieć przenikliwość świadomości, skoro jest ona nieograniczoną jednością? Co przez co ma tu przenikać?

Teraz z kolei musimy przywołać wspomnianą już zasadę jed- ności. Zgodnie z tą zasadą świadomość stanowi jedność z każdą najdrobniejszą cząstką materii, przenika ją i podtrzymuje, waru- nkuje bowiem sobą jej istnienie.

Zasada jedności zaznacza także inny, charakterystyczny rys świadomości. Odróżnia ją niejako od Ducha, a w każdym razie - od wszystkiego co nie da się przeciwstawić materii, co materię przekracza. Nie może bowiem świadomość istnieć gdzieś, gdzie nie ma materii i nie może być inna, niż do niej przeciwstawna. Oczywiście materię trzeba rozumieć w znaczeniu szerokim, także w jej różnych subtelnych, niewidzialnych dla nas postaciach.

Trzeba też zauważyć, że Prawo Jedności Przeciwieństw okreś- la wzajemnie przeciwstawne cechy w pewien osobliwy sposób. Przeciwstawność ich jest uwarunkowana zasadą jedności. To znaczy, że przeciwstawności tej nie można uznać za kategorię rodzaju, która albo jest, albo jej nie ma. Jest to kategoria stop- nia. Można powiedzieć, że w każdej cesze zawiera się choćby zni- koma cząstka cechy przeciwstawnej. Obie one stanowią jakby dwie strony tej samej monety. Można o nich powiedzieć, że speł- niają zasadę komplementarności, dobrze znaną także w fizyce w odniesieniu do innych, wzajemnie przeciwstawnych cech lub zja- wisk przyrodniczych.

Prawo Jedności Przeciwieństw stanowi więc klucz do zrozu- mienia istoty świadomości, umożliwia badanie jej natury, a także zrozumienie innych zasad i reguł zgodnie z którymi ona się prze- jawia.

Przedstawiony wyżej dedukcyjny rodowód świadomości, jako kategorii istnienia powstałej wraz z materią z Jedynej Substancji, Ducha, pomimo swej intuicyjnej oczywistości, może na wielu ro- bić wrażenie heurystycznej fikcji. Dlatego spróbujemy problem istoty świadomości przedstawić też nieco inaczej.

Świadomość, jako przedmiot badań, nie może być w swej is- tocie określona na gruncie psychologii. Nie pozwala na to pewna zasada, zgodnie z którą żadna dziedzina wiedzy nie rozstrzyga o istocie przedmiotu, którym się sama zajmuje. I tak na przykład fizyka nie wyjaśnia, co to jest elektryczność. Zajmuje się nato- miast pewnymi postrzegalnymi cechami elektryczności: prądem, jego napięciem i natężeniem, indukcją prądu, natężeniem i po- tencjałem pola elekromagnetycznego, itd. Fizycy badają wzajem- ne zależności między tymi cechami, dokonują pomiarów ilościo- wych, a technicy robią z tej wiedzy praktyczny użytek. Podobnie jak elektryczności fizyka nie wyjaśnia istoty innych przedmiotów swych badań, takich jak grawitacja, czy wreszcie materia. Spra- wami tymi zajmuje się dział filozofii zwany metafizyką, lub on- tologią, jak go niektórzy nazywają, a więc dziedzina wiedzy wyk- raczająca poza obszar nauk przyrodniczych, dla których jedynym sprawdzianem poprawności jest eksperyment, czyli obiektywne doświadczenie, którego wyniki są identyfikowane przy pomocy zmysłów.

Posługując się dość odległą analogią można powiedzieć, że stosunek metafizyki do świadomości jest podobny jak stosunek fizyki do elektryczności: metafizyka nie może wyjaśnić istoty świadomości, podobnie jak nie może tego uczynić psychologia.

Trzeba lojalnie uznać, że pogląd taki musi budzić liczne sprzeciwy. Podejmijmy jednak to obciążenie, na razie na kredyt, z nadzieją, że uda nam się, chociaż częściowo, z niego rozliczyć. Nie łudźmy się jednak, że w tej kwestii łatwo jest kogoś przeko- nać, kto sam nie doszedł do określonych poglądów.

Otóż metafizyka, jako przedmiot swych spekulatywnych ba- dań, przyjmuje istotę bytu, a więc wszystkiego o czym można powiedzieć, że istnieje. Formalnie dotyczy to także świadomości. Pozornie można by więc przypuszczać, że metafizyka stanowi najbardziej rozległy obszar badań i że żadne pytanie o istotę by- tu, a więc także o istotę świadomości, nie wyprowadza poza ten obszar.

Jest wiele systemów filozoficznych, nieraz wzajemnie przeciw- stawnych, które uznają ten pogląd za słuszny, a tym samym ła- mią dopiero co przedstawioną zasadę. I tak na przykład, w ra- mach metafizyki, arbitralnie uznaje się pierwotność świadomości albo materii, tworząc monizm idealistyczny lub materialistyczny. Pierwotność jest zwykle rozumiana w taki sposób, że świadomość (albo materię) uznaje się za substancję posiadającą niezależny byt, a materia (albo świadomość) stanowi jedynie pewną cechę lub sposób przejawienia się tej substancji. Są także systemy du- alistyczne, nadające rangę substancji obydwu wymienionym kategoriom istnienia.

Rodzi się jednak protest przeciw równorzędnemu uznawaniu przeciwstawnych sobie systemów, gdyż logika i intuicja mówią, że prawda może być tylko jedna. Wynika stąd konieczność arbi- tralnego wyboru, uwarunkowana nie myśleniem lecz innymi, nie- świadomymi czynnikami.

Przekonanie, że są kategorie istnienia wykraczające poza ob- szar metafizyki reprezentują współcześni myśliciele tak wielkiej klasy jak Heisenberg , Weizsacker, Gadamer, a z dawniejszych - znakomity filozof i matematyk polski Józef Hoene-Wroński. Moż- na przypuszczać, że myśl taka była też bliska wielu intuicyjnym umysłom średniowiecza, a także genialnemu myślicielowi, jakim był św. Tomasz z Akwinu. Wypada również wskazać na dzieła Di- tfurtha, znakomitego współczesnego popularyzatora nauk przy- rodniczych.

Przyjmując, że świadomość jest jakąś specjalną, wyróżnioną kategorią istnienia, której istoty nie da się określić w ramach me- tafizyki, można podjąć próbę przekroczenia tych ram. Próbę taką, aczkolwiek nie używając słowa świadomość, podjął i skutecznie przeprowadził jeden z najznakomitszych umysłów naszych cza- sów, niemiecki filozof Martin Heidegger. W obszernym cytacie z jego dzieła [2] możemy prześledzić tok myśli autora, podziwiając jej ścisłość i precyzję. Heidegger, jako jeden z pierwszych przy pomocy intelektu dokonał tego, co dawniej osiągano korzystając z intuicji i innych władz umysłu. A oto wspomniany cytat:

„Tym, czego dotyczy związek ze światem, jest sam byt - i nic innego.

Tym, z czym we wtargnięciu (człowieka poznającego - w byt jako w całość; przyp. MW) ma do czynienia badawcze wyjaśnienie, jest sam byt - i nic poza nim.

Zadziwiające jest jednak, że właśnie wtedy, gdy człowiek nauki ut- wierdza się w tym, co jest mu najbardziej właściwe, mówi on o czymś in- nym.

Należy badać tylko byt - i nic innego; należy badać jedynie byt - i nic więcej; należy badać wyłącznie byt - i nic poza nim.

Jak to jest z tym ,Nic’? Czy jest przypadkiem, że całkiem spontani- cznie tak mówimy? Czy to tylko pewien sposób mówienia - i poza tym nic?

Jednakże, cóż niepokoi nas w tym ,Nic’? Nauka odpycha przecież i odrzuca to ,Nic’, jako stanowiące nicość. Kiedy jednak w ten sposób od- trącamy owo ,Nic’ czyż wtedy właśnie nie przyznajemy się do niego? Czy możemy jednak mówić o przyznawaniu się, gdy mamy przyznać się do niczego? Czy przypadkiem to wszystko nie prowadzi nas już do pustego spierania się o słowo?

Przeciwstawiając się temu nauka musi teraz na nowo utwierdzić się w swej powadze i roztropności, wyrażającej się w tym, że chodzi jej wyłą- cznie o byt. Czymże innym może być ,Nic’ dla nauki, jak straszydłem i fantazmatem? Jeśli nauka postępuje prawomocnie, to tyle tylko można powiedzieć stanowczo: nauka nie chce niczego wiedzieć o ,Nic’. Takie jest ostatecznie naukowo rygorystyczne ujęcie ,Nic’. Wiemy o nim tyle tylko, o ile nie chcemy o nim, o tym ,Nic’, niczego wiedzieć.

Nauka nie chce niczego wiedzieć o ,Nic’. Równie pewne jest jednak i to, że wtedy gdy pragnie ona wypowiedzieć własną istotę, przywołuje na pomoc to ,Nic’. Zgłasza roszczenie do tego, co odtrąca. Jakaż to rozdwo- jona istota odsłania się tu?

Zastanawiając się nad naszą aktualną egzystencją, jako określoną przez naukę, trafiliśmy w sam środek wewnętrznej rozterki. Wyłoniło się już z niej określone pytanie. Wymaga ono teraz należytego wysłowienia:

Jak to jest z nicością?”

I dalej:

„Czy nicość obecna jest dlatego tylko, że obecne jest ,nie’, tzn. za- przeczenie, czy też jest odwrotnie: zaprzeczenie i ,nie’ są obecne dlatego tylko, że obecna jest nicość? Nie jest to rozstrzygnięte, co więcej, nie było to nigdy podniesione do godności wyraźnego pytania. Co do nas, utrzy- mujemy, że nicość jest czymś pierwotnym w stosunku do ,nie’ i do zap- rzeczenia.”

Tak rozumiana nicość zachęca do jej doświadczenia przez człowieka. Powstają pytania: czy i jak można doświadczyć nicoś- ci? Odpowiedź Heideggera jest następująca: Trwoga ujawnia ni- cość… Trwoga odbiera nam mowę. Ponieważ byt w całości wyś- lizguje się i tak właśnie narzuca nicość, przeto milknie… wszelkie stwierdzenie, że coś jest.

Heidegger, a także, jak się wydaje, Hegel, nazywa nicość by- ciem (das Sein) bytu (das Seiende) [3]. Bycie nie jest więc bytem lecz jest czymś nieograniczonym, transcendentnym, czymś co wykracza poza obszar metafizyki, poza wszelkie obszary i ograni- czenia.

Zanim przejdziemy do dalszych rozważań nad nicością, czy byciem, spójrzmy jak przedstawia doświadczenie nicości amery- kański przyrodnik i pisarz Carlos Castaneda [4]. Przebywał on przez wiele lat wśród meksykańskich Indian, gdzie terminował u pewnego szamana Juana Matusa. Zdobywana u Matusa wiedza praktyczna ma także swoją wykładnię teoretyczną, zdumiewająco zbieżną z dopiero co omówioną myślą Heideggera. Byt ma tu naz- wę tonal, a nicość nagual. Tak oto opisuje Castaneda doświad- czenie nicości, które przeżył podczas wtajemniczenia, w towa- rzystwie innego ucznia Matusa, chłopca o imieniu Pablito:

„Znalazłszy się nad urwiskiem, nie zauważyłem nikogo i zacząłem podskakiwać w miejscu, oddychając głęboko. Po chwili uspokoiłem się nieco. Stałem nieruchomo, tyłem do urwiska i nagle zauważyłem przed sobą sylwetkę człowieka. Siedział z głową ukrytą w ramionach. Przeży- łem moment silnego lęku, ale zaraz wyjaśniłem sobie, że tym człowie- kiem musi być Pablito, bez wahania więc ruszyłem ku niemu. Zawoła- łem Pablitę po imieniu. Wyobraziłem sobie, że pewnie nie wiedział kim jestem, przestraszył się tak, że zakrył twarz, aby nie patrzeć. Zanim jednak się do niego zbliżyłem, ogarnął mnie niezrozumiały strach. Zesz- tywniałem w miejscu z wyciągniętą przed siebie ręką. Człowiek podniósł głowę. To nie był Pablito. Oczy jego były jak dwa olbrzymie lustra, jak ślepia tygrysa. Moje ciało odskoczyło jak sprężyna, zupełnie bez udziału woli. Wykonałem skok w tył, tak szybko i tak daleko, że w normalnych warunkach byłoby to nie do pomyślenia. Byłem tak przerażony, że ucie- kłbym stamtąd natychmiast, gdyby ktoś nie przytrzymał mnie silnie za ramię. Uczucie, że ktoś trzyma mnie za ramię, wpędziło mnie w zupełną panikę. Krzyknąłem. Mój wybuch nie był zwykłym krzykiem, ale przecią- głym, strasznym wyciem.

Zwróciłem teraz twarz w stronę napastnika. Był to Pablito, który drżał jeszcze bardziej niż ja. Moje zdenerwowanie doszło do zenitu. Nie mogłem mówić, szczękałem zębami, a po grzbiecie przebiegały mi dresz- cze, od czego kurczyłem się bezwiednie. Musiałem oddychać ustami.

Drżącym głosem Pablito powiedział, że czyhał na niego NAGUAL. Ledwie wydostał się z jego szponów, gdy wpadł na mnie, a ja o mało nie zabiłem go swoim wrzaskiem. Zacząłem się śmiać, wydając z siebie naj- dziwniejsze dźwięki. Kiedy odzyskałem panowanie nad sobą, powiedzia- łem Pablicie, że najwidoczniej to samo przytrafiło się mnie. W efekcie moje zmęczenie zniknęło i poczułem przypływ siły. Pablito najwyraźniej czuł to samo. Zaczęliśmy nerwowo chichotać.”

Tak silne przeżycie trwogi jest niewątpliwie ewenementem. Doświadczenie nicości jako przeżywanie irracjonalnych emocji stanowi wszelako przedmiot zainteresowań wielu świeckich ba- daczy doświadczeń religijnych. Na przykład znany religioznawca niemiecki Rudolf Otto opisuje doświadczenie nicości w swej książce Świętość, nazywając ją mysterium tremendum.

Powracając jednak do wcześniej zgłoszonej myśli, spróbujmy przeżywaną w ten lub inny sposób nicość uznać za przeżywanie świadomości, która jawi się człowiekowi jako bycie bytu. Świa- domość zostaje przeto określona jako kategoria istnienia wykra- czająca poza obszar metafizyki. Jest ona czymś innym niż byt, niż materia. Wraz z materią świadomość wyrasta z Wszechbytu, z Jedynej Substancji, potwierdzanej przez różne, wspomniane już źródła starożytności i współczesności.

Świadomość a forma

Świadomość pojawia się więc wraz z materią jako jej nieod- łączny drugi biegun. Wraz z materią wyrasta ze wspólnego pnia - Ducha.

Materia jest ograniczona. Jej atrybutem jest mnogość róż- nych kształtów, indywidualnych form, zmieniających się lub przechodzących jednych w drugie wraz z upływem czasu. Forma jest nieodłączną cechą materii.

Świadomość nie posiada formy, jest niezmienna w czasie i odczuwa siebie jako jedność, całość. Lecz indywidualny byt ma- terialny, przedstawiony jako forma, „pławi się” w świadomości, jest jakby w niej zanurzony. Świadomość przylega, zespala się z formą, identyfikuje się z nią. Taka zespolona świadomość „odczu- wa” siebie jako cząstkę całości, jako właśnie formę. „Przeżywa” wszelką zmianę lub zniszczenie formy jako utratę swego istnie- nia. Z drugiej jednak strony świadomość ma poczucie swej nie- zmienności, wieczności. Stąd powstaje konflikt. Utrata formy jawi się identyfikującej się z nią świadomości jako trwoga.

Nasuwa się pytanie: co dzieje się z indywidualnym bytem, z materialną formą, gdy odłączy się od niej świadomość? Można sądzić, że forma przestaje wtenczas istnieć, powraca wraz z ut- raconą świadomością na łono pramaterii lub na macierzyste łono Ducha, skąd się wyłoniła i dokąd nie sięga nasza zdolność wyob- rażni.

Przypuśćmy jednak, że istnieje coś, co można by nazwać z- miennością świadomości. Przypuszczenie takie czynimy pomimo, że pozornie przeczy ono rygorystycznie rozumianej jej niepodziel- ności lub jedności. Zezwala jednak na to zasada komplementar- ności [5].

Wyobraźmy sobie zatem, że „odspaja się” od formy nie cała świadomość, lecz jakby jej część. Być może niektóre formy, o specjalnej strukturze, mogą wiązać ze sobą pewien nadmiar świadomości, który może odspajać się, nie tracąc swej identyfi- kacji z formą. Istnienie takiego nadmiaru może leżeć u podstaw tajemnicy życia, obdarza on bowiem indywidualny byt szczegól- nymi możliwościami rozwoju. Odspojona od formy świadomość może jakby częścią siebie wyłaniać się z formy, a potem do niej powracać. Proces ten leży u źródeł percepcji i poznawania świata, wytycza także granicę pomiędzy tym co subiektywne bądź obiek- tywne, między podmiotem a przedmiotem.

Jeżeli natomiast nadmiar świadomości jest dostatecznie duży i część jej nie tylko odspaja się od formy, lecz także przestaje się z nią identyfikować - wówczas może ona odczuwać trwogę lub zi- dentyfikować się (chwilowo bądź trwale) z inną formą. Musi to powodować określone przeżycia, które są zresztą opisywane przez mistyków, jogów i innych ludzi uprawiających ćwiczenia związa- ne ze zmianą stanu świadomości. Mistycy chrześcijańscy przeży- wają zachwycenie, jogowie i buddyści - samadhi lub satori. Są to stany szczęśliwości, w których odspojona świadomość identyfi- kuje się z wyższą, doskonalszą formą. Może także nastąpić iden- tyfikacja z niższą, mniej doskonałą formą. Na przykład znane są spontaniczne przeżycia tożsamości z najbliższym otoczeniem lub z osobą, a nawet z przedmiotem martwym, na którym zatrzyma się skupiona uwaga [6].

Tak więc w każdej formie bytu widzialnego i niewidzialnego, organicznego i mineralnego, materia i świadomość występują pospołu, niejako w różnych proporcjach, tworząc liczne przebo- gate struktury i formy. Można by powiedzieć, że udział świado- mości w materii demonstruje się jako zdolność materii do orga- nizowania się. Zależnie od tego, która z tych kategorii istnienia przeważa w badanym przedmiocie - przedmiot ten w mniejszym lub większym stopniu podlega prawom działającym zawsze jed- nakowo, gdy tylko warunki, w których to prawo się przejawia, są jednakowe.

Izolacja nauk przyrodniczych, wynikająca z rygorystycznej dbałości o ich obiektywny charakter, jest naturalną konsekwen- cją dualizmu, lub monizmu materialistycznego, głęboko zakorze- nionego w naszej kulturze. Akceptuje się szczegółowe badania materii w oderwaniu jej od świadomości, traktując materię jak oddzielny, niezależny „pierwiastek” bytu. Postawa taka, ugrunto- wana w oczywistości makroskopowych doświadczeń, stanowi rodzaj dogmatu w nauce i, jak każdy dogmat, porządkuje i ułat- wia zrozumienie jednych spraw, ale dla zrozumienia innych sta- nowi zaporę. Dopiero po zredukowaniu dogmatu do rangi hipote- zy, można tę hipotezę zmienić a zaporę usunąć.

Weźmy jako przykład współczesną teorię grawitacji. Pole gra- witacyjne jest jednym z kilku rodzajów pól znanych fizyce współ- czesnej. Różni się jednak istotnie od innych pól (co stanowi prze- szkodę w opracowaniu jednolitej teorii pola) gdyż jest jednobiegu- nowe. W grawitacji ciał pozostających we wzajemnym spoczynku istnieje tylko przyciąganie, a nie ma odpychania. Zarówno New- ton, jak i fizycy współcześni, akceptują tę połowiczność teorii grawitacji, a w konsekwencji niemożliwość zmiany bądź odizolo- wania się, czy też innego pokonania pola grawitacyjnego, bez dynamicznego wykorzystania siły odśrodkowej.

Fot. 6

Zjawisko lewitacji człowieka badane

w laboratorium MERU w Szwajcarii

Być może jednak ten drugi biegun pola grawitacyjnego tkwi w świadomości, a więc w obszarze ignorowanym przez fizykę? Przy- puszczenia takie mogą nasuwać się chociażby w obliczu doświad- czeń zmiany ciężaru ciała ludzkiego na skutek zmienionych sta- nów świadomości. Tego rodzaju badania wykonuje się w instytu- tach parapsychologii na Zachodzie. Na przykład w 1977-mym roku ogłoszono wyniki badań wpływu zmienionego stanu świado- mości podczas tzw. medytacji transcendentalnej - na procesy fiz- jologiczne i fizyczne organizmu ludzkiego. Przedstawiono też zja- wisko lewitacji człowieka [7] (unoszenie się w powietrzu, Fot. 6).

Rzecz jasna, że uwzględnienie czynnika świadomości w nau- kach przyrodniczych prowadzi do fundamentalnych zmian od dawna ugruntowanych teorii, nie może przeto odbyć się bez opo- rów i bez pokonania wielorakich trudności.

Ktoś powiedział, że piękno jest wyrazem szczęśliwości pocho- dzącej z władzy Ducha nad materią. Może władza ta wynika wła- śnie ze zdolności identyfikacji i odspajania świadomości od for- my? Z pewnością tak, ale nie jest to chyba jedyne jej źródło.

Można by przypuszczać, że świadomość ma także inne cechy, mianowicie jakieś zdolności decyzyjno-energetyczne. Zdolności te przejawiają się jako wyobraźnia, wola i moc w procesie tworzenia oraz przemiany form. Są to czynniki warunkujące wszelki byt i ruch, bez nich nic by się nie działo i nie przejawiło. Na przykład hinduska mantra, wyrażana zwykle określonym dźwiękiem, jest symbolem mocy i ruchu, a sposób przejawienia mantry w jej dwojakim aspekcie, jedności i mnogości, wraz z odpowiednią ar- tykulacją, strukturą - jest słowem, sterującą instrukcją, wyraża- jącą akt woli twórczej.

Jakie jest jednak źródło tych cech, tych czynników? Czy is- totnie należy je przypisać świadomości? A może znajduje się ono poza wszelkim przejawieniem?

Postępując w miarę ostrożnie, należałoby się uchylić od po- chopnych odpowiedzi na takie pytania. Można jedynie, robiąc znów użytek z wyobraźni, przypuszczać, że pamięć określonych struktur twórczych może być zachowana w jakiejś najbardziej subtelnej formie, z którą identyfikuje się cała kosmiczna świado- mość w jej jednościowym aspekcie. Byłby to Bóg Osobowy, Oj- ciec, który zgodnie z zasadą komplementarności ma w sobie “tło” pramaterii, Pramacierzy z którą się zespolił. W przeciwnym razie - odszedłby na niepojęte łono Ducha.

Jeśli pogląd taki nie jest słuszny, wtenczas źródła woli i mocy należałoby upatrywać w obszarach wykraczających poza obie ka- tegorie istnienia, tj. świadomość i materię. Źródłem tym mogłaby być Jedyna Substancja, Duch, który w ostatecznym rozrachunku jest źródłem wszystkiego.

Bez względu jednak na źródło, zarówno wola jak też moc przejawiają się jako cechy świadomości. O tym znów poucza nas Prawo Jedności Przeciwieństw, gdyż obie te cechy są komplemen- tarne lub przeciwstawne do cech materii. Ogólnie można by po- wiedzieć, że im bardziej subtelna jest materia tym większa jest jej wrażliwość na oddziaływanie świadomości i tym większy nadmiar świadomości może być z nią zespolony. Tak więc rozwój świado- mości, aczkolwiek w swej istocie nie podlega ona żadnym zmia- nom, można rozumieć jako proces zmiany form materialnych, z którymi się świadomość identyfikuje. W tym kontekście wypada więc mówić jedynie o rozwoju samoświadomości.

Możemy uznać że świadomość, w stosunku do formy mater- ialnej, przyjmuje różną składnię. Może ona występować w ilości niezbędnej jedynie do utworzenia i zachowania formy. Tę ilość, lub cechę, nazwiemy aspektem III świadomości. Nie odspaja się ona w zasadzie, ani też nie przestaje identyfikować się z formą.

Pewien nadmiar świadomości, który wprawdzie odspaja się, ale nie może utracić identyfikacji z formą, nazwiemy aspektem II. Wreszcie aspektem I nazwiemy taki nadmiar, który może przestać identyfikować się z formą. Aby to było możliwe, musi on jednak formę ową odpowiednio przystosować, zmienić i rozwinąć. Gdy tego dokona i przestanie ze swoją formą identyfikować się, wów- czas może utrzymać z nią zespolenie, bądź też zespolić się z inną formą. Może też osiągnąć coś, co nazwalibyśmy zdobyciem wła- dzy nad formą, wyzwoleniem .

Można by też zauważyć, że te trzy aspekty świadomości odpo- wiadają tzw. trzem przejawieniom Logosu, uznawanym przez róż- ne szkoły wiedzy ezoterycznej . Są to: Matka (lub Duch Święty, III), Syn (II) i Ojciec (I). Darzą one materię: formą, życiem i czło- wieczeństwem [8].

Reguła tworzenia form przestrzennych

Spróbujmy teraz opisać pewną heurystyczną regułę przeja- wiania Prawa Jedności Przeciwieństw, zgodnie z którą mogą two- rzyć się formy przestrzenne. Zróbmy następujący eksperyment myślowy:

Wyobraźmy sobie przezroczystą kulę o niejednakowej gęstości (Rys. 1A). Niech w środku N tej kuli będzie największa, teoretycz-nie prawie nieskończenie wielka gęstość. Przypuśćmy, że gęstość

Rys. 1

Kreacja przestrzeni świetlnej.

A - anizotropowa quasi-przestrzeń,

B - dwubiegunowa przestrzeń świetlna.

ta maleje w jakiś określony i ciągły sposób, gdy oddalamy się od środka kuli. Na rysunku widać koliste izolinie, łączące punkty o jednakowej gęstości. Mamy więc do czynienia z obszarem o centralnej anizotropii. Umieśćmy w środku tej kuli źródło świat- ła S. Promienie tego światła będą rozchodziły się prostopadle do izolinii gęstości, a dla obserwatora z zewnątrz - kula powinna świecić.

Przesuńmy teraz źródło światła S w dowolnym kierunku na odległość e od środka kuli N. W tej nowej sytuacji promienie świetlne zostaną odgięte w znany sposób, przedstawiony na ry- sunku 1B, tworząc figurę przypominającą kształtem pole mag- netyczne. Nawiasem mówiąc podobieństwo to jest nie tylko wzro- kowe lecz także głębsze, gdyż tory odgiętych promieni są opisy- wane matematycznie tak samo, jak tory linii pola magnetycznego [9].

Jeżeli promień naszej przezroczystej kuli jest dostatecznie du- ży, to żaden promień światła (z wyjątkiem jednego, zorientowane- go w kierunku NS) nie powinien jej opuścić. Na tym kończymy naszą myślową konstrukcję.

Nazwijmy teraz, powołując się na terminologię zaczerpniętą z sanskrytu, przezroczystą kulę jantrą, lub anizotropową quasi-przestrzenią ze środkiem N, źródło światła - mantrą lub emite- rem S, a utworzony obszar świetlny - tantrą lub przestrzenią T. Załóżmy, że istnieje ścisły związek między ilością energii (światła) wysłanej przez mantrę S, a odległością e między biegunami N oraz S, i rozległością jantry (promieniem kuli) R. Jeżeli impuls energii, tworzącej przestrzeń świetlną (tantrę), powtarza się cykli- cznie - to być może przejawią się wtedy cechy sprężystości: man- tra S w każdym cyklu zbliża się do bieguna N, pokrywa się z nim (w tym momencie tantra całkiem zanika) i przechodzi na przeciw- ną stronę bieguna N, znów kreując tantrę. Poruszając się w ten sposób, np. ruchem harmonicznym, mantra, a tym samym prze- strzeń nazwana tantrą, podlegają osobliwej wibracji dynamicznej.

Przepraszając za wprowadzenie obcych nazw i za, być może, trochę kłopotiwy fragment związany z eksperymentem myślo- wym, chciałbym zauważyć, że ilustruje on pewną regułę kreacji, czyli tworzenia przestrzeni anizotropowej - przez „rozdwojenie”. Zgodnie z tą regułą, jak już mówiono, może przejawiać się Prawo Jedności Przeciwieństw. Jest ona oparta w dużym stopniu na wyobraźni i na historycznych analogiach. Używając słów hindus- kich wskazujemy na jej zbieżność z dawnymi poglądami filozofów orientalnych. Znajduje ona także wyraz w tzw. sztuce tantrycz- nej, co jest oddzielnym ciekawym zagadnieniem.

Omówiona reguła nie została opisana i zweryfikowana współ- czesnymi metodami badawczymi. Temat ten, być może, czeka na swego naukowego odkrywcę. Pomimo to można by pójść o krok dalej i w świetle przedstawionej reguły wyobrazić sobie, jakie re- perkusje kosmologiczne mogłoby spowodować zakwestionowanie izotropowości przestrzeni w ogóle.

Nie trzeba chyba podkreślać, jak bardzo niepopularny jest to pogląd. Oznacza przecież rewizję podstaw fizyki, a w każdym ra- zie przebudowę teoretycznych założeń niektórych jej gałęzi. Trzeba jednak zauważyć, że wśród fizyków współczesnych są wybitni badacze, jak np. brazylijski fizyk Cesar Lattes, którzy kwestionują izotropowość przestrzeni, stałą prędkość światła, a więc godzą w podstawy fizyki relatywistycznej. Także ostatnie od- krycie podłużnej składowej drgań fali świetlnej, którego dokonali znakomici fizycy L. de Broglie i Vigier, może prowadzić do uzna- nia anizotropowości przestrzeni.

Rys. 2

Przebieg promieni w Układzie Słonecznym

pomiędzy Ziemią a środkiem anizotropii

(przekrój I - I przez jantrę wg rys. 1B)

NS - bieguny przestrzeni świetlnej, Z - Ziemia

Wyobraźmy sobie, że przestrzeń jest anizotropowa i że w na- szym Układzie Słonecznym, gdzieś w pobliżu Słońca, znajduje się środek anizotropii (Rys. 2).

Szybkość światła na orbicie ziemskiej wynosi około 300 tys km/sek, lecz w tych warunkach maleje ona wraz ze zbliżaniem się do Słońca, a w miarę oddalania się - wzrasta. W jakimkolwiek kierunku wysłalibyśmy promień z Ziemi - nieuchronnie dotrze on do środka anizotropii. Tak więc cały Układ Słoneczny staje się czymś w rodzaju gigantycznego mikroskopu, ustawionego na śro- dek anizotropii N. Uwięzione w tym środku „elementarne” cząstki materii, o wielkościach odpowiednich dla długości fali przy zmniejszonej prędkości światła, są interpretowane jako gwiazdy. Wielokrotny przebieg promieni przez całą przestrzeń Układu uka- że widzowi odległe „galaktyki”. Gdybyśmy, dając upust fantazji, wyobrazili sobie podróż do gwiazd to mogłoby się okazać, że w istocie podróżujemy w głąb materii wewnątrz Układu Słoneczne- go.

Przedstawiony w ten sposób przykładowy, fantastyczny obraz Układu Słonecznego budzi zrozumiałe protesty. Nie musi się jed- nak zakładać, że środek anizotropii znajduje się w naszym Ukła- dzie Słonecznym. Równie dobrze można go umieścić np. w pobli- żu środka Galaktyki, bądź też przyjąć istnienie we Wszechświecie wielkiej ilości (kardynalnych) przestrzeni o centralnej anizotropii. Mogą też wchodzić w rachubę różne rodzaje pól, spośród których może nie wszystkie zostały już odkryte. Chciałbym tylko pokazać, jak bardzo dalekosiężne konsekwencje w interpretacji świata mo- gą wynikać ze zmiany pewnych, może zbyt arbitralnie uznanych, zbiorowych sugestii w nauce.

Wróćmy jednak do omówionej reguły kreacji. Spróbujmy za- bawić się w czarodziejów i wyobraźmy sobie że gdzieś, gdzie być może inaczej przejawiają się atrybuty czasu i przestrzeni, w ja- kimś nieznanym nam lecz dostępnym wymiarze, istnieje jako ar- chetyp opisana przez nas reguła. Replikuje się ona w przejawio- nej sferze bytu w różnych relacjach czasowo-przestrzennych o niewyobrażalnie zróżnicowanej skali wymiarowej: od najdrobniej- szej cząstki materii do planety lub gwiazdy. Skala przejawienia każdej tantry może zależeć od wielkości porcji energii wzbudzają- cej, wirtualnie (w nieznany na razie, nieobserwowany sposób) przejawiającej się w odpowiednich punktach quasi-przestrzeni.

Rys. 3

Układy kul których środki tworzą bryły foremne

(widok z góry)

A - czworościan, B - sześcian, C - ośmiościan

Obszary tantr, w pewnym zakresie, mogą zawierać się je- den wewnątrz drugiego lub mogą tworzyć wypadkowe tantry nad- rzędne i inne skomplikowane układy [10].

Wyobraźmy sobie dalej, że istnieje określona kolejność two- rzenia się i organizowania tantr w coraz to bardziej złożone for- my. Niech jako pierwsze w tej kolejności tworzą się tantry niez- różnicowane, o bardzo małych porcjach energii wzbudzającej, które mogą nam kojarzyć się np. z grawitonami, cząstkami pola grawitacyjnego. Mamy więc do czynienia ze zbiorem czegoś w ro- dzaju niesłychanie drobnych „bąbelków”, czy kulek o jednakowej średnicy. Przypuśćmy, że kulki te gromadzą się w grupy po kilka sztuk, tworząc różne możliwe układy, przedstawione na Rys. 3. Połączenie środków kul któregokolwiek z tych układów tworzy fo- remną bryłę geometryczną. Cztery kule formują czworościan, osiem kul - sześcian, sześć kul, inaczej ułożonych - ośmiościan. Jeżeli wymienione bryły uzupełnimy o dwunastościan i dwudzie- stościan foremny to będziemy mieli komplet brył platońskich (Rys. 4). Jak bowiem wiadomo Platon utrzymywał, że struktura materii jest rozpostarta na bryłach foremnych.

Rys. 4

Bryły platońskie

A - czworościan, B - sześcian, C - ośmiościan

D - dwunastościan, E - dwudziestościan

Interesujący jest przede wszystkim mechanizm grupowania się owych elementów i tworzenia coraz to bardziej skomplikowa- nych form przestrzennych. Weźmy najpierw pod uwagę grupy najprostsze, składające się z dwóch lub trzech kul. Połączenie liniami prostymi ich środków nie może tworzyć brył przestrzen- nych lecz tylko płaskie elementy geometryczne: odcinek prostej lub trójkąt. Niemniej grupy te tworzą jakby tantry drugiego rzę- du, dwu- lub trójelementowe. Z kolei tantry drugiego rzędu łą- cząc się mogą tworzyć tantry trzeciego rzędu, itd. Być może łą- czą się ze sobą także tantry różnych rzędów.

Cóż jednak wiąże, utrzymuje te składowe tantry? Zwróćmy jeszcze raz uwagę na tantrę trójelementową. Wyobraźmy sobie, że każda z trzech tantr składowych przekazała część swej energii (część mantry) na rzecz tantry wyższego rzędu. Na skutek tego gdzieś, np. w pobliżu środka ciężkości trzech tantr składowych, tworzy się „ufundowana” przez nie mantra, kreująca tantrę wyż- szego rzędu. Sposób przeniesienia energii z mantr składowych do mantry wypadkowej jest nam wprawdzie nieznany, można jednak przypuszczać, że dzieje się to poprzez jakieś zjawisko zbliżone do rezonansu podobnych do siebie wibracji.

Przypuśćmy dalej, że ilość energii przekazywanej mantrze wy- padkowej przez mantry składowe może narastać, przez co zwięk- sza się trwałość tantry wyższego rzędu, a jej mantra nabiera zdol- ności do tworzenia tantr jeszcze wyższego rzędu. W taki sposób mogą powstawać różne skomplikowane formy. Struktura tych form jest jakby zapamiętana, aczkolwiek mantry należące do tantr niższych rzędów przekazały gros swej energii na rzecz tantr rzędów wyższych, tworząc coraz masywniejsze formy materialne.

Rodzą się pytania: Jakie prawa rządzą dystrybucją energii twórczej mantr? Co powoduje, że tantry grupują się i rozpadają w taki a nie inny sposób? Skąd się bierze celowość i piękno powsta- jących form? Jakie jest źródło i istota życia?

Jest to kolejna grupa pytań, na które nie sposób znaleźć od- powiedzi w sferze racjonalnego myślenia, którego poprawność weryfikują jedynie doświadczenia zmysłowe, zewnętrzne.

Można by przypuszczać, że wszystko zależy od wyobraźni i owej woli, która określa wszelki byt i kreację. Wola „piętnuje”, naznacza sobą każdą formę i każdą żywą istotę z którą zespolił się aspekt III lub II świadomości. Procesy kreacji przebiegają w tych obszarach niejako spontanicznie, gdyż formy owe nie ma- ją poczucia swej indywidualności, podmiotu zdolnego do podej- mowania twórczych aktów decyzyjnych.

Spośród znanych nam istot dopiero człowiek, obdarzony as- pektem I świadomości, jest zdolny przejawiać uświadomioną wo- lę. Przejawia się ona wraz z ową samoświadomością, odczuwaną jako poczucie „ja”.

Psychiczne uwarunkowania sztuki

Zanim przejdziemy do uwag o psychice w kontekście twór- czości artystycznej, chciałbym wskazać na pewne wzorce budowy materii, ongiś skompromitowane i wyparte z obszaru badań przy- rodniczych jako nienaukowe. Chodzi mianowicie o koncepcje o- kultystyczne bądź teozoficzne, zaliczane do ezoterycznych, które powstały dzięki wykorzystaniu takiego fenomenu psychiki, jak szczególnego rodzaju jasnowidzenie i wyobraźnia.

Zgodnie z tymi koncepcjami nasz Układ Słoneczny jest zako- dowany liczbą siedem. Istnieje siedem stopni zagęszczenia ma- terii z których znany nam stopień fizyczny jest „najgrubszy”, naj- mniej subtelny. Psychika jest tworem materialnym składającym się z materii subtelniejszej niż fizyczna: astralnej (uczuciowej) i mentalnej (myślowej). Psychikę tworzą liczne formy (powstające, być może, zgodnie z wcześniej opisaną regułą). Poszczególne for- my zachowują określony stopień autonomii, niemniej w obrębie jednostki ludzkiej łączą się w pewien agregat, który w psycholo- gii głębi nazwano psyche.

Pośród wielu form tworzących psyche jedna jest wyróżniona, utworzona z najsubtelniejszej materii myślowej, w której odbija się Kosmiczna Świadomość, Jaźń. Odbicie to jest poczuciem „ja”, zawartym w samoświadomości naszego indywidualnego bytu. Psycholodzy formę tę nazywają ego. Otóż ego ma pozycję uprzy- wilejowaną w psyche, gdyż może władać środkami percepcji i ekspresji.

Uważność ego, w zwyczajnych warunkach, jest zwrócona na świat zewnętrzny. Nie zastanawiamy się na ogół nad źródłem i naturą naszych myśli i pragnień, lecz identyfikujemy się z nimi, uważamy je za swoje, za siebie samych. Człowiek wszakże, w pewnym okresie swego rozwoju, ma szansę zwrócenia uwagi na własną psyche, na swój świat wewnętrzny. Zaczyna wówczas stopniowo dostrzegać i pojmować, że jego uczucia, pragnienia i myśli są czymś innym niż on sam - zaczyna je traktować trochę podobnie jak zewnętrzne przedmioty. Dla ego oznacza to począ- tek indywiduacji, intensywnego rozwoju samoświadomości. Przeżywanie tego procesu należałoby uznać za niezbędny waru- nek wszelkiej autentycznej twórczości artystycznej, uprawiania sztuki.

Indywiduację twórcy można by więc rozumieć jako zdolność do utraty identyfikacji ego z napływającymi doń formami psychi- cznymi, pochodzącymi z głębi psyche. Zachowane jest przy tym zespolenie z tymi formami [11].

Należy ponadto uznać, że ego dysponuje także pewną ilością energii psychicznej poddanej swej woli, która stanowi „moc” ego. Może ono tworzyć własne idee i przejawiać je, co zazwyczaj czyni poprzez formy mentalne, najmniej energochłonne.

Zwróćmy teraz uwagę na dwie władze psychiczne człowieka: intelekt i rozum. Nie określając dokładnie tych władz zauważmy na razie, że występują one razem, jakby w różnych proporcjach, lecz istotnie różnią się od siebie.

Intelekt funkcjonuje w uświadomionym obszarze psychiki. Zależnie od ilości dysponowanej przez ego energii psychicznej może ono przejawiać większą lub mniejszą sprawność i zasięg in- telektu. Zasięg ten odgranicza pewien obszar, stanowiący racjo- nalną strefę psyche, zwaną wiedzą. Jest on również obszarem form uświadamianych niejako społecznie, gdzie funkcjonuje ję- zyk i inne środki komunikowania się ludzi. Do tego obszaru na- leżą także środki wyrazu, którymi „zmuszona” jest posługiwać się sztuka. Czyni to przypisując owym środkom głębsze, symbo- liczne znaczenie, do którego jeszcze wrócimy.

Rozum jest wyrazem braku identyfikacji ego z uświadomiony- mi sobie formami oraz wrażliwości na przekazy pochodzące od form nieuświadomionych, stanowiących irracjonalną strefę psy- che.

Dzięki indywiduacji przeto - człowiek przekracza obszar form uświadamianych społecznie, przenika swą świadomością w irra- cjonalną strefę psyche i zdobywa wiedzę oraz doznaje przeżyć, które nie dają się wyrazić konwencjonalnymi środkami społecz- nej komunikacji.

Owa wiedza i przeżycia wytwarzają pewien potencjał, skłania- jący twórcę do ich wyrażenia. Dostępne środki wyrazu pozostają jednak w całości w racjonalnej strefie psyche. Dlatego twórca w- zbogaca je nadając im sens symboliczny, pozwalający przekazać także te spośród doznań zaczerpniętych z irracjonalnej strefy psyche, które mogą być przyjęte i uświadomione, bądź doznane przez społecznego odbiorcę.

Rysunek, jako dziedzina sztuki będąca przedmiotem tego Triennale, stanowi niewątpliwie środek wyrazu szczególnie poda- tny do nadania mu głębokich treści symbolicznych. Stanowi więc wdzięczny wyraz ekspresji twórczej w sztuce.

Kończąc tę dość długą wypowiedź o świadomości i formie chciałbym zauważyć, że na pewno wiele z tego co tu powiedzia- łem można zakwestionować. Nie są to bowiem sprawy, które da- dzą się skutecznie bronić na racjonalnym gruncie. Łatwo też można posłużyć się etykietą, np. nazwać przedstawione tu po- glądy uproszczeniem hinduizmu, neoplatonizmu, bądź dopatrzeć się w nich innych źródeł. Może żadna z takich etykiet nie byłaby całkiem pozbawiona słuszności.

W używaniu etykiet kryje się jednak pewne niebezpieczeńst- wo dla tego, kto ich używa. Działa bowiem wówczas pewien me- chanizm przejawiający się zwykle przy używaniu mowy. Miano- wicie gdy wypowiadamy jakieś słowo wydaje się nam, że wiemy wszystko o przedmiocie, któremu to słowo przyporządkowano, co zwykle nie pokrywa się z prawdą. Skłania nas jednak do tego na- wyk psychiczny. Grozi to nieraz poważnymi błędami. Nie łatwo jest wyzwolić się z tej grząskiej pułapki języka. Włączając jednak wyobraźnię i w miarę poprawne myślenie mamy szansę rozwinąć w sobie władze, które pozwolą pojąć wiele spraw ważnych, a co najważniejsze - zrozumieć siebie.

Carl Gustav Jung, po długiej obłożnej chorobie, napisał: Je- dyną mocą leczniczą, która działa na nas, jest poznanie siebie w świetle pełnej prawdy. A trochę później zaznaczył: Psychoneuroza jest ostatecznie chorobą, jakiej ulega dusza, która nie odnalazła sensu swego istnienia [12, s. 11].

Przypisy

[1] Kategorię przeciwstawną do materii tradycyjnie nazywano słowem duch. Jest ono jednak używane w tak wielu znaczeniach, nieraz całkiem luźno określonych, że trudno byłoby uniknąć poważnych nieporozu- mień. Bardzo niesprzyjającą okoliczność stanowi także fakt, że słowa duch używa się w wielu systemach filozoficznych, nadających mu zna- czenie dokładne, lecz o różnych zabarwieniach pojęciowych. Dlatego też słowa Duch będziemy używać tylko jako synonimu Jedynej Rzeczywis- tości, Absolutu, pisząc je z dużej litery. Można jednak przypuszczać, że słowo świadomość, po oswojeniu się z nadanym mu tutaj znaczeniem, może być używane bez zakłóceń także w potocznym języku. Natomiast w węższym, psychologicznym znaczeniu, będziemy używać słowa samo- świadomość.

[2] Martin Heidegger, Budować, Mieszkać, Myśleć. Pisma wybrane, s. 29 ns. Czytelnik 1977.

[3] Wissenschaft der Logik, ks. I, WW III, s. 74.

[4] Carlos Castaneda: Wiedza Juana Matusa z plemienia Yaqui (Indi- ańskie wtajemniczenie). Przekład polski Z.G. Wydanie prywatne, Warsz- awa 1978. Zeszyt 2 s. 49. Na to wydanie złożyły się przekłady fragmen- tów czterech książek Carlosa Castanedy: The Teaching of Don Juan, A Separate Reality, Journey to Ixlan, Tales of Power, wydanych przez Penguin Books w latach 1970-74.

[5] Przy tej okazji można by wspomnieć, w jak wielkie zakłopotanie wprawiało fizyków nielogiczne zachowanie się przyrody np.gdy przyj mo- wano hipotezę o stałej prędkości światła, gdy stwierdzono dwoistą jego naturę lub gdy próbowano zinterpretować odwrócenie kierunku przepły- wu czasu w mikroświecie. Jednak owe kaprysy przyrody jakoś nie na długo zakłócały sen wielu rygorystycznym znawcom jej praw. Niepokoją- ce interpretacje zjawisk, po oswojeniu się z nimi, po prostu pomija się. W mikroświecie traktuje się zjawiska w wielu przypadkach jedynie for- malnie, jako funkcje matematyczne. Jest to jednak możliwe tylko tak długo, dopóki „garnitur matematyczny” pasuje do przyrody. Zasady my- ślenia, zrodzone i ukształtowane w makroskopowym obszarze doświad- czeń człowieka, przy konfrontacji z głębszymi rejestrami praw przyrody nieuchronnie podlegają rewizji. Wraz z rozwojem wiedzy zmienia się jakby „ogniskowa” umysłu, na wyższy poziom przesuwa się ostrość wi- dzenia świata. Gdy Jungowi robiono zarzuty, że jego koncepcje psycho- logiczne są mętne i nielogiczne, odpowiadał, że tak wygląda rzeczywis- tość, widziana z naszego, naukowego szczebla świadomości.

[6] Teoria i metodyka ćwiczeń relaksowo-koncentracyjnych. Praca zbiorowa. PZWL 1975.

[7] Scientific Research on the Transcendental Meditation Program. Col- lected Papers, Volume 1. Edited by David W. Orme-Johnson, Ph.D and John T. Farrow, Ph.D., Maharishi European Research University. Prin- ted in West Germany by MERU Press 1977, s. 734.

[8] Dziś (2008) intuicyjnie bliskie są mi orientalne podania, że cecha- mi Boga są: Byt (Bycie?, Istnienie?); Świadomość; Szczęśliwość; (Sat, Czit, Ananda). Ten sam Jedyny Bóg przybiera różne stany świadomości: Bezosobowy Duch (Absolut); Bóg Osobowy; Bóg Monadyczny, gdy w przejawieniu przyjmuje pseudomnogościową postać Monad. Można by chyba powiedzieć, że Monada jest pojęciem nadrzędnym w stosun- ku do Jaźni i do Istoty. Monada tworzy świat materialny. Gdy na planie fizycznym wiąże się z człowiekiem - jest jego Jaźnią. Jaźń (oraz ego) chyba posiada tylko człowiek. Gdy ego łączy się z Jaźnią - wtedy staje się Istotą człowieka.

[9] W przypadku pola magnetycznego - innego rodzaju musi być tylko przezroczysta kula, quasi-przestrzeń odginająca linie pola. Natura oma- wianej tu quasi-przestrzeni (jeśli ona istnieje) jest dotąd fizykom niezna- na.

[10] W takim ujęciu nie ma istotnej różnicy pojęciowej między przest- rzenią a materią. Zarówno każda cząstka materialna, jak też wszystkie przestrzenie, w których się ona znajduje, są przecież tantrami.

[11] W podobny sposób ego postrzega także przedmioty zewnętrzne, posługuje się jednak przy tym zmysłami, które funkcjonują, dzięki orga- nom zmysłowym, skierowanym na fizyczną strefę świata.

[12] Jacobi, J., Psychologia C.G. Junga. PAX 1968.

Rozdział 9

Przejście do czwartego wymiaru

(Relacja Indianina)

W rozdziale tym przedstawiono cytat odnotowany z warszta- tów prowadzonych w latach 1985 - 1994 przez Drunvalo Melchi- zedeka. Ten wykształcony w USA rdzenny Amerykanin, wywo- dzący się duchowo z indiańskiego pleminia zamieszkującego Ta- os Pueblo podaje, że jest obdarzony atawistyczną pamięcią i wie- dzą, związaną ze „skokowym” przejściem człowieka do czwartego wymiaru. Z jego dziełem zetknąłem się na forum internetowym www.przebudzenie.pl, gdzie z inicjatywy dwóch uczestniczek tego forum został pokazany godny szczególnej uwagi fragment.

Light&Love:

Na specjalne życzenie Doreen zamieszczam opis przemian wg Drunvalo Melchizedeka z książki Pradawna Tajemnica Kwiatu Życia, tom 2: ***

„Przed przemianą

Okres poprzedzający przemianę obejmuje zazwyczaj od 3 miesięcy do 2 lat. Rozpoczyna go najczęściej zmiana w polu geomagnetycznym, która doprowadza ludzi do szaleństwa. Powoduje upadek wszystkich sy-stemów społecznych świata. Sprawia, że giełda upada, a rządy okazują się bezsilne. Władzę przejmuje na krótko wojsko, ale i w jego szeregach występują te same problemy. W następstwie pojawiają się trudności z żywnością oraz innymi artykułami pierwszej potrzeby. Większość ludzi popada w obłęd, zabijają się nawzajem. Na całej Ziemi nie ma ani jedne- go bezpiecznego miejsca.

Jednak dzięki ogromnemu wsparciu, jakie otrzymamy od naszych kosmicznych współbraci, jak również dzięki radykalnej przemianie ludz- kiej świadomości, zrodzi się wielka nadzieja na to, że unikniemy tych za- grożeń. Jeśli to prawda - wszystko wydarzy się bardzo szybko. Nie zdzi- wiłbym się nawet, gdyby zdarzyło się bez ostrzeżenia i dowiedzielibyśmy się o wszystkim na 5 - 6 godzin przed faktem.

Pięć lub sześć godzin przed przemianą

Będzie to dziwny czas z ludzkiego punktu widzenia. Rdzenni Amery- kanie z plemienia, w którym narodziłem się na Ziemi po raz pierwszy, czyli Taos Pueblo, mają wówczas zamknąć się w namiotach, zaciągnąć zasłony, nie wystawiać nosa na zewnątrz i pogrążyć się w modlitwie. Wy- glądanie na zewnątrz wzbudziłoby niepotrzebny lęk.

Na tym etapie rozpocznie się dziwne zjawisko. Dwa wymiary nałożą się na siebie. Możecie wówczas siedzieć w pokoju, a nagle pojawi się przed wami coś, czego tam nie było i czego nie sposób będzie wytłuma- czyć. Być może będzie to przedmiot z czwartego wymiaru, nie pasujący do waszego sposobu rozumienia rzeczywistości. Ujrzycie kolory, jakich nigdy dotąd nie widzieliście. Nabiorą one nadzwyczajnej jaskrawości, jakby posiadały wewnątrz własne źródło światła. Będziecie mieli wraże- nie, że barwy te są emitowane, a nie odbijane. Tymczasem będą one przybierały kształty, jakich wasz umysł nie mógłby sobie wyobrazić. Przedmioty te okażą się najdziwniejszymi rzeczami, jakie kiedykolwiek widzieliście. Wszystko to stanowić będzie naturalny efekt zachodzącej przemiany.

Radzę, byście powstrzymali się od dotykania tych rzeczy. W chwili, w której to uczynicie, zostaniecie wciągnięci do czwartego wymiaru w przy- śpieszonym tempie. Byłoby łatwiej i lepiej dla was, gdyby wszystko odby- wało się z mniejszą prędkością. Skoro nie da się tego uniknąć - taka jest wola Boża.

Przedmioty syntetyczne i myślokształty rzeczywistości lucy- ferycznej

Inne zjawisko, które prawie na pewno będzie miało miejsce, wiąże się z naturą rzeczywistości stworzonej przez Lucyfera, czyli tej, w której żyjemy. Rzeczywistość pierwotna została stworzona w taki sposób, że wszystko co w jej obrębie istnieje, pozostaje ze sobą w boskiej harmonii. W rzeczywistości lucyferycznej technologia stworzyła materiał syntetycz- ny. Materiał ten nie występuje w naturze, toteż nie przedostanie się do rzeczywistości czwartego wymiaru. Ulegnie rozkładowi na elementy, z których został stworzony. Można wprawdzie przesłać materiał syntetycz- ny do innego wymiaru, ale jego przetrwanie w stanie nienaruszonym wy- maga zastosowania szczególnej energii.

Kiedy nastąpią zapowiadane wydarzenia najlepiej schronić się na ło- nie natury, ale jeśli okaże się to niemożliwe - widać taka była wola Boga. Nie przejmowałbym się tym. Przekazuję wam podstawowe informacje, które powinniście poznać przed przemianą.

Wyjaśnię to bardziej szczegółowo. Przedmioty syntetyczne są zaled- wie myślokształtami stworzonymi mocą eksperymentu Lucyfera. Nie istnieją w rzeczywistości pierwotnej. Być może trudno zrozumieć fakt, iż są one tylko myślami. Lepszym określeniem będą „myślokształty”. Pow- stają na płaszczyźnie mentalnej, jak ją nazywają Hindusi, w wyższym wymiarze, z którego przenikają do naszego trzeciego poziomu.

W rzeczywistości ludzkiej człowiek wymyśla coś, wyobraża to sobie, a następnie opracowuje plan wykonania takiej rzeczy. Ludzie potrafią tworzyć na różne sposoby, a ich dzieła manifestują się na Ziemi. Powsta- ją dzięki jednej osobie lub grupie, ale to jest bez znaczenia. Twórca (lub twórcy) nie utrzymują swoich dzieł na płaszczyźnie ziemskiej. Robi to nasza trójwymiarowa siatka opasająca planetę. Jest to siatka świadomo- ści wszystkich ludzi funkcjonujących na tym poziomie. Zatem kiedy u- miera twórca, jego dzieło może pozostać. Gdyby jednak rozerwała się sieć utrzymująca owe przedmioty, natychmiast uległyby one rozpadowi na elementy, z których je wykonano, nie pozostawiając po sobie śladu. A nasza siatka zostanie rozerwana tuż przed lub w czasie przemiany.

Wg Edgara Cayce’a i innych jasnowidzących na Ziemi było już wiele wysoko rozwiniętych cywilizacji, które nie pozostawiły po sobie śladu. Powodem tego były opisywane przeze mnie zdarzenia. Ich materiały syn- tetyczne nie przetrwały ostatniej zmiany wymiarów sprzed 13 000 lat lub z wcześniejszych zmian. Bóg sprząta środowisko swojej pierwotnej rze- czywistości za każdym razem, kiedy otwiera przejście do innego wymia- ru.

Kiedy jakaś zaawansowana w rozwoju kultura kosmitów przybywa na Ziemię i postanawia postawić tu swoją budowlę (na przykład pira- midę), która ma przetrwać dziesiątki tysięcy lat, nie używa do tego celu wyrafinowanych metali w rodzaju nierdzewnej stali. Za budulec służą naturalne materiały występujące na tej planecie, które odznaczają się dużą wytrzymałością oraz trwałością. W ten sposób piramida może prze- trwać naturalną zmianę wymiarów. Starożytne budowle nie są przeja- wem ograniczeń epoki kamiennej, ale inteligentnego działania.

Co więcej, zaawansowane kultury kosmitów pieczołowicie zacierają wszelkie ślady swojej bytności na innych planetach. Zabierają ze sobą swoje ciała albo też rozpuszczają je w powietrzu, aby nie złamać galakty- cznego prawa nieingerencji.

Przemiany planetarne

Zapominając o doświadczeniu narodzin i pobycie w innych wymia- rach, nałożyliśmy na siebie poważne ograniczenia. Po pierwsze, nie mo- żemy przekraczać w rzeczywistości większych odległości. Odległości w naszej rzeczywistości są tak wielkie, że nie potrafimy ich pokonać. Nie udało nam się wydostać nawet poza nasz układ słoneczny, bowiem na obecnym poziomie świadomości jesteśmy więźniami we własnym domu.

Czyż nie jest tak w istocie? Nie jesteśmy w stanie pokonać zbyt wiel- kich odległości na naszych statkach kosmicznych, dopóki zachowujemy konwencjonalną percepcję czasu i przestrzeni. Naukowcy już doszli do tego wniosku. Stwierdzenie, że nigdy nie zdołamy przekroczyć naszego układu słonecznego, odbiera nadzieję. Tymczasem podróż na najbliższą gwiazdę (Alfa Centauri, znajdującą się w odległości około 4 lat świetl- nych od Ziemi) zajęłaby nam 115 milionów lat przy pomocy najnowszej technologii kosmicznej. Ludzie nie żyją tak długo, a przecież chodzi o najbliższą gwiazdę. Dalsze podróże w przestrzeni pozostają zatem w sfe- rze niemożliwości. Musielibyśmy zmienić swój sposób pojmowania czasu i przestrzeni. Poczucie istnienia wymiarów zostało przez nas niemal utracone. Ponieważ jednak wszystko jest doskonałe, przypominamy so- bie o tym teraz, kiedy zaistniała taka potrzeba.

Zatem do dzieła. Opowiem wam szczegółowo, co się zwykle dzieje podczas zmiany wymiarów. Przekażę wam swoje osobiste doświadcze- nia, choć to, co naprawdę będzie miało miejsce, może się różnić od mojej opowieści. Wszechświat bezustannie przeprowadza swoje eksperymenty. Niektórzy woleliby zapewne, żebym przedstawił to w formie opowieści, sądzę jednak, że bardziej odpowiednia będzie najprostsza wersja wyda- rzeń.

Doświadczenie przemiany planetarnej

Pamiętajcie, że to co wam powiem, pokazałby w tej samej formie podręcznik galaktyczny. Jest to typowy scenariusz wydarzeń. Szcze- góły mogą być nieco inne, bowiem życie jest zmienne, jednak znając sce- nariusz, możecie sobie wyobrazić różnice.

Skoro rozpoczęliśmy nowe tysiąclecie, wniebowstąpieni mistrzowie uznali, że początek przemiany nie będzie aktem gwałtu na naszym ży- ciu, bowiem przebyliśmy już dostatecznie długą drogę. Wykonaliśmy og- romną pracę wspomagając narodziny ludzkiej świadomości. Zatem mó- wię wam: możecie się rozluźnić i niczym nie martwić. Cieszcie się tym, co będzie. Będziecie mogli obserwować doskonałość życia, będziecie mo- gli na powrót stać się dziećmi, do czego zawsze tęskniliście. Wiedzcie, że znajdujecie się pod dobrą opieką, że poprowadzi was czysta miłość. Fala tej energii jest o wiele silniejsza od was, więc możecie się poddać życiu i po prostu być.

Zaczynamy opowieść w chwili, w której do przemiany pozostało 6 go- dzin. Budzicie się jasnym, rześkim rankiem z doskonałym samopoczu- ciem. Wstając uświadamiacie sobie, że czujecie się lekko i trochę dziw- nie. Postanawiacie wziąć kąpiel. Obserwujecie strumień wody i w pewnej chwili czujecie czyjąś obecność za plecami. Odwracacie się i widzicie przed sobą jaskrawy świetlisty przedmiot w nieznanych kolorach, który unosi się na metr nad podłogą, tuż przy ścianie. Próbujecie się zorien- tować, co to jest, a tymczasem pojawia się drugi, mniejszy obiekt. Oba przedmioty krążą w powietrzu.

Ruszacie biegiem do sypialni, aby przekonać się, że pokój jest pełen dziwnych przedmiotów unoszących się w powietrzu. Być może przycho- dzi wam teraz do głowy, że wpadliście w chorobę psychiczną lub cierpi- cie na guza mózgu, który mąci wam obraz rzeczywistości. Nic takiego nie ma jednak miejsca. Nieoczekiwanie podłoga zaczyna się rozchodzić, a za nią rozpada się cały dom. Wybiegacie na zewnątrz, gdzie wszystko w przyrodzie pozostało bez zmian poza tym, że w powietrzu krąży mnóstwo najdziwniejszych obiektów.

Postanawiacie usiąść gdzieś w bezruchu. Zaczynacie świadomie od- dychać. Rozluźniacie całe ciało, przez które płynie teraz strumień prany. Czujecie się ugruntowani i spokojni, oczekujecie dalszych wydarzeń wie- dząc, że wszystko to dzieje się z łaski Boga. Nie trzeba donikąd wyru- szać. A przecież rozpoczęliście najwspanialszą przejażdżkę, jaką można sobie wyobrazić. To prastara, a jednocześnie zupełnie nowa i nieznana droga. Jest pięknie, a wy czujecie się fantastycznie. Czujecie w sobie więcej życia niż kiedykolwiek przedtem w ziemskiej rzeczywistości. Spo- glądacie na łąkę spowitą w czerwonej, jaśniejącej mgle, która otacza całą przestrzeń wokół was. Wygląda na to, że mgła ma własne źródło światła. Nie przypomina przy tym mgły, jaką kiedykolwiek oglądaliście. Jest wszędzie. Oddychacie nią.

W waszym ciele pojawia się nieznane odczucie. Nie czujecie się źle, tylko dziwnie. Zauważacie, że czerwona mgła zaczyna przybierać barwę pomarańczową. Za chwilę pomarańczowy przechodzi w żółty, a następ- nie kolejno w zielony, niebieski, purpurowy, fioletowy i ultrafioletowy. Teraz w waszej świadomości eksploduje potężny blask białego światła. Białe światło nie tylko was spowija. Czujecie, że to wy jesteście białym światłem. Nie istnieje dla was nic poza nim.

To ostatnie uczucie utrzymuje się przez dłuższy czas. Powoli, bardzo powoli, białe światło staje się przezroczyste, odsłania się ponownie miejsce, w którym usiedliście. Całe otoczenie nabiera metalicznego po- blasku. Wszystko wygląda tak, jakby było zrobione z czystego złota - drzewa, chmury, domy, zwierzęta, inni ludzie - wszystko z wyjątkiem waszego ciała, które nie musi wydawać się złote.

Niemal niedostrzegalnie ta złota metaliczna rzeczywistość staje się przezroczysta. Powoli wszystko wokół zaczyna przypominać złote szkło. Możecie dojrzeć co znajduje się za ścianami domów; widzicie ludzi przechodzących za murami.

Próżnia - 3 dni w ciemności

Złota rzeczywistość na koniec rozwiewa się, złoty blask ciemnieje, światło zaczyna gasnąć, aż cały wasz świat pogrąża się w całkowitej ciemności. Ciemność spowija was, a cały wasz stary świat odchodzi bez- powrotnie. Nie możecie niczego zobaczyć; nie widzicie nawet swojego cia- ła. Macie świadomość tego, że nadal siedzicie w jednym miejscu, a jed- nocześnie pojawia się wrażenie unoszenia się w powietrzu. Wszystko co znaliście do tej pory znikło bezpowrotnie. Ale nie poddawajcie się lękowi. Nie ma się czego bać. Wszystko dzieje się w sposób naturalny. Oto wkro- czyliście w próżnię pomiędzy trzecim a czwartym wymiarem, próżnię, z której pochodzą wszystkie rzeczy i do której muszą powrócić. Otworzy- liście drzwi między światami. Nie ma tu dźwięków ani światła. Wasze zmysły są bezużyteczne pod każdym względem. Nie możecie nic zrobić, tylko czekać pełni wdzięczności za takie połączenie z Bogiem. W tym mo- mencie możecie zacząć śnić. To dobrze. Czas ten pozbawiony snu mógł- by wydawać się wam wydłużony w nieskończoność. W rzeczywistości spędzicie tam zaledwie 3 dni.

Ściśle mówiąc, wasz pobyt w próżni może potrwać od 2 i 1/4 dnia (najkrótszy możliwy okres) do 4 dni (najdłuższy jaki się dotąd wydarzył). Najczęściej zajmuje on od 3 do 3,5 dnia. Są to, rzecz jasna, ziemskie dni, a czas ten jest kwestią waszego doświadczenia. Nie jest on realny, bowiem czas, jakim go znamy, nie istnieje. Oto więc dotarliście do „kresu czasu” o którym mówią Majowie oraz przedstawiciele innych religii i dróg duchowych świata.

Nowe narodziny

Kolejne doświadczenie jest szokujące. Po upływie 3 dni spędzonych w nicości i w mroku może się wam wydawać, że minęło 1000 lat. Nagle zupełnie nieoczekiwanie cały wasz świat eksploduje w jednej chwili jaskrawym białym światłem. Będzie to oślepiające zjawisko. Ujrzycie najjaśniejsze światło, jakiekolwiek widzieliście i potrzeba będzie czasu, aby wasze oczy do niego przywykły, nauczyły się wytrzymywać taką intensywność.

Doświadczenie to z całą pewnością wyda się wam czymś zupełnie nowym, bowiem właśnie staliście się dziećmi narodzonymi w nowej rzeczywistości. Jesteście dziećmi. Podobnie jak byliście nimi wtedy, gdy narodziliście się na Ziemi, przybyliście z mroku do światła; czuliście się oślepieni i nie wiedzieliście co się wokół dzieje. Teraz jest podobnie pod wieloma względami. Gratuluję! Właśnie narodziliście się we wspaniałym nowym świecie!

Kiedy zaczniecie się przyzwyczajać do nowego intensywnego światła, co może chwilę potrwać, ujrzycie kolory, jakich nigdy dotąd nie widzie- liście i nie zdawaliście sobie sprawy, że istnieją. Wszystko - cała konfi- guracja i pełnia doświadczenia tej rzeczywistości - wyda wam się dziwne, nieznane i nie widziane przedtem z wyjątkiem tych paru chwil, kiedy ujrzeliście przedmioty unoszące się w powietrzu tuż przed przemianą.

W istocie jest to coś więcej niż nowe narodziny. Kiedy rodzimy się na Ziemi, jesteśmy dziećmi, które muszą dorosnąć. Zwykle też traktujemy dorosłość jako koniec swojego rozwoju. Może wyda wam się to dziwne, ale dorosłe ludzkie ciało w nowym świecie jest ciałem dziecka. Od tego momentu zaczniecie rosnąć i dojrzewać, aż osiągniecie dorosłość nowego świata. Dorośli ludzie w świecie czwartego wymiaru są od nas zaskaku- jąco wyżsi. Dorosły mężczyzna ma około 5 m wzrostu, a kobieta około 4.

Wasze ciała będą wyglądały równie solidnie jak w trzecim wymiarze, choć ulegną przemianie. Gdybyście powrócili teraz na Ziemię, bylibyście niewidzialni. Zachowacie waszą strukturę atomową, ale wasze atomy w większości zamienią się w energię. Staniecie się istotami zbudowanymi głównie z energii i niewielkiej ilości materii. Na Ziemi moglibyście przenikać przez ściany, ale w tym świecie macie solidną strukturę. Narodziny w tej rzeczywistości będą dla was ostatnimi w znanej wam strukturze. W piątym wymiarze, w który wkroczycie już niedługo, nie będzie poszczególnych form życia. Stanowi on pozbawiony formy stan świadomości. Nie będziecie mieli ciała, za to będziecie wszędzie jedno- cześnie.

Czas w czwartym wymiarze jest pojęciem całkowicie odmiennym od tego, które było nam znane do tej pory. Kilka minut na Ziemi równa się kilku godzinom w nowej rzeczywistości, a dorosłość osiąga się tu w prze- ciągu 2 ziemskich lat. Istnieją tu również poziomy wiedzy i egzystencji, które trudno sobie wyobrazić z perspektywy nowonarodzonego w tym wymiarze, tak jak dziecko na Ziemi nie zdoła pojąć astrofizyki.

Wasze myśli a kwestia przetrwania

Jesteście zatem dziećmi narodzonymi w nowym świecie. Nie ma to jednak nic wspólnego z poczuciem bezradności. Staliście się potężnymi duchami, które kontrolują całą rzeczywistość za pośrednictwem swoich myśli. To, o czym pomyślicie, natychmiast staje się rzeczywistością! Z początku możecie tego nie zauważyć. Większość ludzi nie dostrzega tej zależności przez pierwszych kilka dni, a przecież one są tu najważniej- sze. Jeśli tego w porę nie zrozumiecie, możecie nie przetrwać w nowym świecie.

Oto więc narodziliście się zaledwie przed kilkoma minutami, a już rozpoczyna się wasza pierwsza wielka próba życiowa. Po otwarciu okna do czwartego wymiaru każdy może przedostać się do środka, ale nie wszyscy mogą tu pozostać.

Przekonaliśmy się, że na tym etapie można podzielić ludzi na trzy grupy. Pierwsza grupa składa się z osób, które są w pełni gotowe do przemiany. Przygotowywały się do niej przez całe swoje życie. Drugą grupę stanowią ludzie, którym brak gotowości. Przepełnieni są lękiem do tego stopnia, że nie pozwolą sobie na opuszczenie trzeciego wymiaru i przejście przez próżnię, czego efektem będzie natychmiastowy powrót na Ziemię. Jest jeszcze trzecia grupa, której udaje się przejść, choć brak jej przygotowania do nowego doświadczenia. Jezus mówił właśnie o nich, kiedy stwierdził, iż „wielu zostaje wezwanych, ale tylko nieliczni zostają wybrani”.

Jezus jest również autorem przypowieści o gospodarzu, którego słu- dzy pytali, co mają zrobić z chwastami zarastającymi pole pszenicy. Pan kazał im pozostawić chwasty, a kiedy nadejdzie pora żniw, ściąć je wraz z pszenicą, a następnie oddzielić ziarna od plew. Gospodarz normalnie kazałby wyplewić chwasty zanim się rozrosną, ale nie w tym przypadku. Jezus chciał przez to powiedzieć, że są dwa rodzaje ludzi - ci, którzy są gotowi oraz ci, którym brak gotowości.

Brak gotowości oznacza, że człowiek niesie za sobą cały swój lęk oraz nienawiść. Kiedy znajdzie się w nowej rzeczywistości, jego lęk i gniew potęgują się. Ponieważ nie zdaje sobie sprawy z tego, że cokolwiek pomyśli, natychmiast się spełnia, jego lęk przybiera realną formę. Nie wiedząc co się dzieje, większość ludzi z początku odtwarza znajome obrazy ze starego świata, a więc coś, co mogą rozpoznać. Czynią tak, aby nadać sens temu, co im się przydarzyło. Nie jest to działanie świadome, raczej czysto instynktowne. Ludzie odtwarzają wówczas znajome obrazy i wzorce emocjonalne. Ale nowa rzeczywistość jest zupełnie inna; tak dziwna, że cały ich lęk wypływa na powierzchnię.

„Co się tu na litość boską dzieje?” - pytają - „To czyste szaleństwo!” Nagle spotykają ludzi, którzy umarli wiele lat temu. Może się również zdarzyć, że na ich oczach ponownie rozgrywają się sceny z przeszłości, nawet z czasów ich dzieciństwa. Nic nie ma sensu. Umysł szuka więc sposobu, aby stworzyć jakiś porządek świata.

Ludzie ci sądzą, że ulegli halucynacjom, a to tylko potęguje ich lęk. Ponieważ zachowali ziemską perspektywę, sądzą, że ktoś chce im w ten sposób wyrządzić krzywdę, więc za wszelką cenę chcą się obronić. Ich ego myśli, że w tej sytuacji powinno posłużyć się bronią. Ponieważ wszy- stko o czym pomyślą, staje się prawdą, natychmiast znajdują karabin z celownikiem, dokładnie taki, jakiego pragnęli. Podnosząc broń myślą, że potrzebna im amunicja i natychmiast odkrywają całe skrzynki naboi. Ładują więc broń i zaczynają się rozglądać za złymi facetami, którzy rzeczywiście pragną ich zgładzić. Kto się wtedy pojawia? Źli ludzie uz- brojeni po zęby. Skoro ich najgorsze obawy zaczęły się potwierdzać, lu- dzie ci rozpoczynają atak. Gdziekolwiek się zwrócą, pojawiają się inni, którzy chcą ich zabić. Ostatecznie zwycięża najgorszy scenariusz i zostają zabici.

Taki lub podobny schemat zdarzeń sprawia, że powracają do świata, który opuścili. To właśnie miał na myśli Jezus, kiedy powiedział: „Kto mieczem wojuje, ten od miecza zginie”. Powiedział jednak również: „Bło- gosławieni cisi, bowiem oni odziedziczą ziemię”. Oznacza to, że jeśli po-zostaniecie w świecie pełni prostoty, miłości, harmonii, pokoju i ufności pokładanej w Bogu oraz w sobie samych, to te właśnie cechy zamani- festują się w waszym świecie. Stworzycie sobie piękny świat pełen har- monii. Będąc „cichymi”, pozwalacie sobie pozostać w wyższym świecie dzięki myślom, uczuciom i działaniom. Przetrwacie.

To, rzecz jasna, dopiero początek. Narodziliście się w nowym świecie i udało wam się przetrwać. Od tego momentu stają przed wami różne możliwości. Jedna z nich, niezmienna dla wszystkich, polega na tym, że zaczniecie badać otaczającą was rzeczywistość i przekonacie się, że wszystko dzieje się w niej zgodnie z tym co myślicie.

Na tym etapie ludzie zwykle przyglądają się własnemu ciału i mocą myśli sprawiają, że jest ono piękne i zdrowe, takie jakiego zawsze prag- nęli. Wszelkie choroby zostają w ten sposób wyleczone, odrastają im nawet odcięte kończyny. Dlaczego nie? Nowe możliwości przypominają zabawki dla dzieci. Ponieważ na tym etapie często zachowujemy swoje ego, ludzie najczęściej dodają sobie urody, wzrostu i uroku. Szybko jed- nak im się to nudzi i zaczynają głębszą eksplorację nowej rzeczywistości.

Jedno jest pewne. Nieoczekiwanie ujrzycie wówczas wielkie światła krążące w miejscu, w którym się znajdujecie. Nazywają się one matką i ojcem. Tak, będziecie mieli rodziców w czwartym wymiarze. Zdarzy się to jednak po raz ostatni, bo już w następnym świecie będzie inaczej.

W chwili, w której przejdziecie do czwartego wymiaru, nikną wszelkie problemy rodzinne, z którymi borykaliście się na Ziemi. Tutejsi rodzice obdarzą was miłością, o jakiej tam mogliście tylko marzyć. Będą was absolutnie kochali i troszczyli się o was. Skoro udało wam się prze- trwać, nie pozwolą, by przydarzyło wam się coś złego. Nie będziecie mu- sieli o nic się martwić. Nastanie czas wielkiej radości. Wystarczy, że pod- dacie się ich miłości i pozwolicie, by was prowadziła. Możecie sobie wów- czas uświadomić, że właśnie wygraliście w wielkiej grze życia.

Cały ból i cierpienie jakich doświadczaliście na Ziemi odejdą w za- pomnienie podczas gdy rozpoczniecie życie na pięknym i świetnym po- ziomie egzystencji. Teraz też objawią się wam cel oraz sens życia. Doś- wiadczycie innego, także prastarego, sposobu bycia. Zawsze mógł on być waszym udziałem, ale zrezygnowaliście z niego. Teraz za to powracacie do stanu świadomości, w którym Bóg jest wyraźnie obecny we wszelkim istnieniu. Jest w każdym oddechu, który przenika do waszego jaśnie- jącego świetlistego ciała.”

————————–

***) Zgodnie z warunkami copyright - cytat ten przedstawiono dla potrzeb poniższej recenzji (komentarza).

Mój komentarz

Dziękuję Light&Love oraz Doreen za ten tekst. Kocham Was za to szczególnie mocno. Nie dlatego żebym dosłownie przyjmował treść tekstu, ale pozwolił mi przemedytować pewną lukę, na którą dotąd nie zwracałem większej uwagi.

Trudno pojąć, dlaczego wiedza historyczna prawie nie wykra- cza poza okres dziesięciu tysięcy lat. Dlaczego dawniejsze cywi- lizacje nie pozostawiły po sobie jednoznacznych, trwałych śla- dów. Nawet u Stwórców Skrzydeł dotąd nie udało mi się natrafić na przekonujące wyjaśnienie, jak w świetle rozwoju duchowego doszło do powstania systemu skierowanego na przetrwanie. Już w świecie zwierzęcym ujawniają się pewne mechanizmy samore- gulacyjne, chociażby związane z pojawieniem się drapieżników. Przecież, pomimo symbiozy zwierząt i człowieka ze światem roś- linnym - także u roślin przejawia się tendencja do współzawod- nictwa i obrony.

Pogląd nawiązujący do poprzednich wypowiedzi, a potraktuj- my go jako „rezonans” w sferze intuicji, jest taki:

Wyzwolone istoty ludzkie mają wielką władzę nad materią. Każdy ich akt wyobraźni i woli realizuje się w materialnych for- mach. W dalszym swoim rozwoju dążą do łączenia się w postać Boga Osobowego, który „wiąże” mnogość w Jedność. Jest emi- terem jednoczącej, nadrzędnej siły miłości.

Istoty owe, w drodze ku Bogu, ale jeszcze przed zakończeniem tej drogi, doświadczają swej władzy nad materią i mogą jedno- czyć się ze sobą. W ezoteryce mówi się o „grupie” wyzwolonych istot ludzkich zjednoczonych w postać Arymana, kreującego pię- kne światy, w których jednak życie oparte jest na łańcuchu po- karmowym. Światy te podlegają kosmicznemu prawu rytmu i mają długie okresy trwania (być może stanowiące małe man- wantary). Istnieją dopóki podtrzymuje je wola Arymana. Do świa- tów tych należy Ziemia w swoim pierwotnym, przedcywilizacyj- nym stanie.

Na to nakłada się działalność innej „grupy” wyzwolonych istot ludzkich, zjednoczonych w postać Lucyfera, który przygotowuje Ziemię do emisji (erupcji) przez nią kolejnych wyzwolonych istot ludzkich. Cykl jego działania jest dużo krótszy od cyklu Arymana i na Ziemi trwa chyba tylko kilkanaście tysięcy lat.

Można by sądzić, że nasza Ziemia jest „kolebką”, w której cz- łowiek dochodzi do progu czwartej gęstości świadomości (do cz- wartego wymiaru). W stanie arymanicznym Ziemię pokrywają ro- śliny i zamieszkują zwierzęta oraz człowiek pierwotny. Rzeczywis- tym twórcą cywilizacji jest właśnie ów Lucyfer. Rozwija on w czło- wieku, według własnej wyobraźni - intelekt. Wszczepia mu kul- turę i naukę. Inspiruje do rozwoju techniki. Z konieczności sto- suje się jednak do zastanych warunków arymanicznych, do łań- cucha pokarmowego i do związanych z tym skutków. Daje także potężną broń niszczycielską. Ale poprzez takie działanie paradok- salnie rozwija też człowieka duchowo.

Wszystko co dała człowiekowi cywilizacja jest dziełem lucyfe- rycznym. Metale, plastyki, szkło, wszelkie budowle (poza kamien- nymi, ziemnymi) - nie są rzeczywiste w sensie dzieła Arymana. Ulegają rozpadowi gdy przestają być podtrzymywane przez siły lucyferyczne. Tak właśnie może wyglądać świat ziemski według cytowanego tu tekstu.

Podany w tekście podział ludzi na trzy grupy zależy od zaso- bów ukrytego lęku w ich genach. Ci najbardziej obciążeni nie przejdą do czwartego wymiaru. Mniej obciążeni przejdą, ale nie zdołają się oderwać od owych Królestw Przybrzeżnych. Będą na- dal związani z Ziemią, być może także przejawiając się później jako niektórzy kosmici. Mogą być zalążkiem nowych sił lucyfe- rycznych na Ziemi. Najmniej obciążeni lub w ogóle pozbawieni lęku (nie mylić braku lęku z odwagą, która w tym przypadku mo- że być jedynie fikcyjną kompensacją wypieranego lęku), wyzwolą się z systemu zorientowanego na przetrwanie. Nie będą podlegać reinkarnacji i znajdą swój nowy byt na jakiejś planecie niefizycz- nej. Być może, że ta niefizyczna planeta będzie w jakimś sensie „pokrywała się” z Ziemią, lecz znajdzie się w innym wymiarze, bądź pozostanie we wspólnym cyklu rozwojowym z innymi plane- tami naszego układu słonecznego.

Niektórzy astrologowie i inni ezoterycy utrzymują, że także w naszym układzie słonecznym istnieją niewidzialne planety, zbu- dowane z „subtelnej materii” (patrz C.W. Leadbeater, oraz C. Ji- narajadasa: Człowiek we wszechświecie. Biblioteka Polsko-Indyj- ska, Madras 1957).

Natomiast na „oczyszczonej” w ten sposób Ziemi wszystko za- cznie się dziać od nowa. Po naszej cywilizacji pozostaną jedynie kamienie, a życie będzie się toczyć na poziomie arymanicznym.

Ziemia „odpocznie” po kolejnej erupcji wyzwolonych istot lu- dzkich, po macierzyńskim ich porodzie. Może, gdyby owa erupcja wiązała się z kataklizmami (na co także przygotował się Lucyfer dając, trzymaną w odwodzie, broń masowej zagłady) - ten poród mógłby się kojarzyć z cesarskim cięciem.

Zakończenie

Opowiem teraz trochę dziwne zdarzenie sprzed kilkudzisięciu lat. Kupiłem książkę zachęcony tym, że w tytule, o ile pamiętam, było słowo „Absolut”. Trochę się rozczarowałem, bo treść książki specjalnie mnie nie zaiteresowała. Ciekawe natomiast było motto, które natychmiast skopiowałem (był to jakiś starożytny tekst). Dziwność polegała na tym, że gdy wkrótce chciałem ustalić au- tora tego motta - książki (wtedy i już nigdy) u siebie nie odnala- złem. Pozostało mi tylko nazwisko chyba tłumacza na łacinę Pico della Mirandola oraz tytuł O godności człowieka. Szukając póź- niej w bibliotekach znalazłem książkę o najbardziej prawdopo- dobnym tytule: Zmierzch Absolutu, ale bez tego motta (może coś przeoczyłem, dziś na internecie można znaleźć ślady tego tekstu). A oto jego treść, także w wersji łacińskiej:

„Nie dałem ci ani określonego miejsca, ani własnego obli- cza, ani żadnego daru, który byłby tobie właściwy, o Adamie, ażebyś sam zapragnąwszy swojego oblicza, swojego miejsca i swoich darów, zdobył je i posiadał. Określona granicami na- tura posłuszna jest prawom przeze mnie ustanowionym. Ale ciebie nie zamyka żadna inna granica jak tylko twój własny sąd, w którego moc cię oddałem, ty sam naturę określasz. Postawiłem cię pośrodku świata, ażebyś lepiej mógł widzieć, co się na nim znajduje. Nie uczyniłem cię ani niebiańskim, ani ziemskim, ani śmiertelnym, ani nieśmiertelnym, abyś ty podług własnej woli i godności, niby dobry malarz albo zręcz- ny rzeźbiarz, sam kształt swój uczynił…”

[Nec certam sedem, nec propriam faciem, nec munus ullum peculiare tibi dedimus, o Adam, ut quam sedem, quam faciem, quae munera tute optaveris, ea pro voto, pro tua sententia, habeas et possideas. Definita ceteris natura intra praescriptas a nobis leges coercetur. Tu, nullis angustiis coercitus, pro tuo orbitrio, in cuius manu te posui, tibi illam praefinies. Medium te mundi posui, ut circumspiceres inde commodius quicquid est in mundo. Nec te caelestem neque terrenum, neque mortalem, neque immortalem

fecimus, ut tui ipsius quasi arbitrarius honorartiusque plastes et fictor, in quam malueris tute formam effingas

Pico della Mirandola

Oratio de hominis dignitate]

Zwróćmy uwagę na słowa: Określona granicami natura pos- łuszna jest prawom przeze mnie ustanowionym. Niezależnie od tego czyje to są słowa - mówią o obiektywności praw natury. I dalej: Ale ciebie nie zamyka żadna inna granica jak tylko twój własny sąd, w którego moc cię oddałem, ty sam naturę okre- ślasz. A więc człowiek jedynie „określa”, nie ustanawia praw na- tury (tak jakby mógł używać niezniszczalnego samochodu w do- wolny sposób, ale nie mógł tego samochodu zbudować). Prawa natury nie są więc subiektywnym tworem człowieka, obojętnie na jakim szczeblu samoświadomości człowiek przebywa.

Wszechświat podlega tym „obiektywnym” prawom, ustano- wionym przez Ducha. Zgodnie z prawem rytmu, na przykład w hinduiźmie, mówi się o manwantarze i pralai, jako o przeja- wieniu wszechświata - i o jego wchłonięciu przez Ducha, wraz ze wszystkimi bogami i demonami. Zgodnie z hermetyzmem Duch (Absolut) jest jedyną, najwyższą substancją, nazywaną także Wszechrozumem. Nawet Świadomość Kosmiczna jest jedynie odbiciem Wszechrozumu w pramaterii, tworząc w ten sposób formy materialne.

W prawie analogii mówi się: jak na górze tak i na dole. Spróbujmy więc przyjrzeć się temu „dołowi”. Porównałem po- przednio Ziemię do pieca hutniczego w którym z żywej materii wytapia się szlachetny kruszec Ducha. Paliwem jest cierpienie. Czyli funkcjonuje jakaś „technologia duchowa”.

Z drugiej strony owa żywa materia w zorganizowany i rozum- ny sposób trwa i rozwija się. Istnieje tu piękno, radość i szczęś- cie. Każdy oddech, każdy ruch bywa fascynujący, jak u dziecka. Nie jest tak źle w tym piecu hutniczym. O co więc tu chodzi?

Sprawy te mogą być jasno zrozumiane przez człowieka w sta- nie głębokiej medytacji (w zmienionym stanie świadomości). Jeże- li jednak posługujemy się jedynie współczesnym ludzkim rozu- mem, wyobraźnią i językiem, to musimy polegać na własnym ob- razie prawdy, traktowanym niejako hipotetycznie. Chyba, że bez- warunkowo zaakceptujemy, zwykle uproszczony, symboliczny światopogląd religijny. W takim przypadku mamy do czynienia z wiarą, co jest zresztą zjawiskiem powszechnym.

Ciekawe spostrzeżenie uczynił C.G. Jung. Czytając biblijną Księgę Rodzaju zwrócił uwagę, że Stwórca (Elohim, nie Jahwe) po każdym dniu stwarzania stwierdzał, że dzieło Jego jest dobre. Nie uczynił jednak tego stwierdzenia po dniu drugim, gdy stworzył dwójnię, podstawę wszelkiego dalszego stwarzania, w tym także dobra i zła. Dwójnia stała się też „korzeniem grzechu pierworod- nego”, widocznie zawinionego jedynie na najwyższym szczeblu rozwoju.

Wracając do cytatu o godności powtórzmy, że człowiek w pro- cesie rozwojowym ma wielką władzę nad materią i nad swoim lo- sem. Istnieje jednak przekraczająca władzę człowieka siła, która wiedzie go ku Jedności. To jest nierozerwalna więź, narzucona przez komplementarność związku między Świadomością Kosmi- czną i pramaterią. To jest miłość właśnie.

Tu się kończy to co potrafię powiedzieć. Teraz oddaję głos po- ecie przepraszając, że przytoczę go z pamięciowej wiązanki. Jed- ną z najmocniej przeżywanych dwójni jest rozdzielenie płci, gdzie miłość dochodzi do swej pierwiastkowej natury. Gdzie zmyślony, porzucony wygnaniec Gustaw (vel Konrad) cierpi przez swą rze- czywistą Marylę:

… Idę, jak swoją własność - do piekła zagrabić !

Idę !!! … O nie, nie - odrzuca sztylet - nie żeby ją zabić …

Trzeba być gorszym niż pierwszy z szatanów.

Idę, lecz idę bez broni, idę tylko spojrzeć na nią …

Wszystko mi, wszystko niebiosa zabrały -

Lecz reszty dumy nie mogą odebrać !

Żywy o nic przed nikim nie umiałem żebrać,

Żebrać litości nie będę umarły !!!

Po krótkiej zadumie:

Jeśli w milion ludzi krzyczących: ratunku !

Patrzysz jak w zawiłe zrównanie rachunku -

Kłamcą, kto ciebie nazwał Miłością !

Ty jesteś tylko mądrością …

Gdybym swą siłę i wolę wyświecił -

Może bym sto gwiazd zgasił ! A nowe sto wzniecił …

DAJ MI RZĄD DUSZ !!!

Ja chcę je posiadać jak ty je posiadasz !

Ja chcę nimi władać jak ty nimi władasz !

To jest wołanie Lucyfera, artysty wszechczasów. Jego woła- nie zostało wysłuchane i spełnione, bo takie jest prawo natury. Wtrącił się w ziemski padół rozkoszy, łez i cierpienia.

Wołanie to ubrał w słowa inny artysta, nam prawie współ- czesny Adam Mickiewicz, w swoich Dziadach i w Wielkiej Im- prowizacji.

A jednak Kriszna w Jodze powiedział: Ja mędrca nad karmą przeniosę.

Podobnie naucza Jezus: … poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli.

Pages: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83