“Nieznany Świat” Nr 6/2003

Nieznany epizod z życia jednego z najwybitniejszych polskich jasnowidzów, Czesława Klimuszki, oraz seria wydarzeń stanowiących jego późniejszą kontynuację. Bardzo interesujące wspomnienia, które zawdzięczamy mieszkającemu od 22 lat w USA polskiemu naukowcowi, Marianowi Wasilewskiemu.

MOJE SPOTKANIE Z OJCEM CZESŁAWEM KLIMUSZKĄ

Czesław Klimuszko

Marian Wasilewski, Norwalk, USA

Zaczęło się od horoskopu, który sporządził mi astrolog, Roman Szuter. Było to na początku lat siedemdziesiątych: właśnie wtedy zainteresowałem się wiedzą ezoteryczną. Spotkania z panem Romanem szybko zaowocowały przyjaźnią, bardzo zresztą dla mnie pożyteczną. Człowiek ten bowiem wiele mnie nauczył i mogłem korzystać z jego bogatego księgozbioru.

Fot. 1

Nieżyjący już znany astrolog z okresu międzywojennego, Roman Szuter (przed śmiercią mieszkał w Świdnicy koło Wrocławia).

Podczas jednej z naszych rozmów wspomniałem, że latem 1975 roku chciałbym pojechać na II Światowy Kongres Psychotroniki do Monte Carlo, lecz, niestety, nie mam na to środków ani zgody władz. Wydawało się, że pan Roman nie zainteresował się tą uwagą. Przed moim wyjściem powiedział jednak, że warto spróbować załatwić sobie wyjazd służbowy. Wiedząc, że pracowałem w górnictwie uważał, iż to dobry pretekst, by uzasadnić taki wyjazd możliwością wykorzystania metod radiestezyjnych, o jakich niewątpliwie będzie mowa podczas Kongresu, do wykrywania podziemnych złóż. Jednocześnie zaznaczył, że wniosek do władz muszę złożyć w odpowiednim, sprzyjającym czasie, o którym później mnie powiadomi.

Tak też się stało.

Od tego momentu wszystko potoczyło się w zawrotnym tempie. Stosunkowo szybko dostałem zgodę na tzw. wyjazd popierany. Środki na ten cel otrzymałem z różnych, niespodziewanych zródeł, w ilości przekraczającej moje najśmielsze marzenia.

Wytyczyłem turystycznie ciekawą trasę przez Wiedeń, Wenecję, Florencję i Pizę, a z powrotem przez Paryż i Niemcy, co sprawiło, że wyjazd musiał mocno rozciągnąć się w czasie (sam Kongres trwał dziesięć dni). Przed udaniem się w podróż pan Roman udzielił mi takiej oto rady:

- Jeśli będziesz w kasynie, zagraj w ruletkę, ale obstawiaj tylko czerwony kolor. Twoje szczęśliwe liczby to 16, 25 i 36.

Monte Carlo ujęło mnie pięknem krajobrazu. Zamieszkałem w wygodnym i niedrogim apartamencie hotelowym w pobliżu Pałacu Kongresowego, który wkomponowano w wysoką skarpę nad zatoką morską.

Już pierwszego dnia imprezy spotkałem kilka znajomych osób z Polski, a wśród nich Lecha Emfazego Stefańskiego, który przedstawił mnie ojcu Czesławowi Klimuszce (przedtem znałem go tylko z jednego odczytu). Zakonnikiem opiekowała się Wanda Konarzewska, która pomagała mu także w redagowaniu książek. Odtąd trzymaliśmy się razem.

Obrady Kongresu odbywały się w różnych sekcjach; wspólne posiedzenia zorganizowano tylko pierwszego i ostatniego dnia. Wybraliśmy dwie sekcje: fizyczną i medyczną.

Podczas dyskusji w ramach sekcji fizycznej ojciec Klimuszko wyraźnie się nudził. W pewnej chwili wyszedł i długo nie wracał.

Nieco zaniepokojony zajrzałem do holu i zobaczyłem, że siedzi przy stole z Lechem E. Stefańskim, pełniącym rolę tłumacza. Otoczony grupką obcokrajowców najwyraźniej czuł się w swoim żywiole. Trafiłem na moment gdy dwaj sceptycznie uśmiechnięci Anglicy podawali własne zdjęcia chcąc dowiedzieć się czegoś o sobie. Ojciec Klimuszko, zanim obejrzał fotografie, zapytał jednego z nich:

- Jaki to matal nosi pan w lewej nodze?
- A pan - zwrócił się do drugiego - po powrocie do domu niech niezwłocznie pójdzie do dentysty. Jeszcze pan nie czuje silnego bólu, ale lewa górna trójka jest w bardzo złym stanie.

Trzeba było widzieć zdumione twarze obu meżczyzn.

W międzyczasie z windy wysiadł potężny, łysawy brodacz kierując się w naszą stronę. Jak sie okazało, był to pan Christopher Bird z Waszyngtonu, badacz i autor kilku książek z dziedziny radiestezji. Oczywiście także on chciał usłyszeć coś o sobie.

I uslyszał.

- Pan nie przyjechał sam, lecz z kobietą, która nieskutecznie zabiega o pana względy, a na razie jest tylko pana gosposią.

Trafił w dziesiątkę.

W rewanżu zostaliśmy zaproszeni do restauracji na kolację. W jej trakcie ktoś wpadł na pomysł, by wspólnie wstąpić do kasyna. Ponieważ wizyta w kasynie w towarzystwie autentycznego jasnowidza wydawała się niebywałą gratką, propozycja została zaakceptowana.

Po oddaniu aparatów fotograficznych do depozytu znaleźliśmy się w olbrzymiej sali z zielonymi obiciami, w której było kilka wielkich stołów, a przy każdym z nich sześciu krupierów i oczywiście gracze. Rozbawiony o.Klimuszko powiedział:

- Może bym tą kulką mógł pokierować, Wandeczko, postaw na czerwone.

Nie mając czasu na wykupienie żetonu Wanda Konarzewska rzuciła na czerwone pole 10 franków i wygrała. Ja nie grałem, gdyż już wcześniej spłukałem się z przeznaczonych na ten cel pieniędzy (mimio, że postępując zgodnie z zaleceniami p.Romana zarobiłem w pewnym momencie ponad cztery tysiące franków, później mnie poniosło i wszystko przepadło).

Po chwili o.Klimuszko odezwał się ponownie.

- Wandeczko, jeszcze raz na czerwone - zadysponował.

Dziennikarka rzuciła wygrany poprzednio żeton i znów wygrała. W chwilę potem sytuacja powtórzyła się:

- Jeszcze raz na czerwone, ale przy innym stole… następnym.

I tym razem Wanda wygrała. Poczułem podekscytowanie.

- Proszę ojca, a może by tak jakiś numer - zagadnąłem.

Twarz o.Klimuszki jakby pociemniała. Zamyslił się przez moment.

- Zaczekajcie, zaraz wrócę - oznajmił, a po powrocie do nas powiedział kategorycznie:
- Idziemy do domu, nic więcej nie wygracie.

Wanda wychodziła ostatnia. Zagrała jeszcze raz - i przegrała. Zatrzymała sobie na pamiątkę tylko jedem żeton.

Opowiedziałem tę przygodę obecnemu na Kongresie doktorowi Zbigniewowi Williamowi Wolkowskiemu z Instytutu Parapsychologii przy Uniwersytecie Paryskim (zachowałem jego wizytówkę), który skomentował całą rzecz następująco:

- To są procesy energetyczne. Gdybyście za pierwszym razem zagrali wysoko, moglibyście wygrać. Potem połączona energia psychiczna uczestników gry utworzyła trudną do pokonania blokadę.

Fot. 2

Od lewej: autor publikacji - Marian Wasilewski, Czesław Klimuszko i Wanda Konarzewska. W tyle jeden z uczestników Psychotronicznego Kongresu w Monaco.

Utarło się, że lunch jadaliśmy w moim pokoju hotelowym, gdzie było najbliżej i najwygodniej. Ojciec Klimuszko bawił wszystkich wspaniałym humorem, czasem trochę rubasznym, jednak bardzo sympatycznym i wyważonym. Ciekawie opowiadał o swojej przeszłości w Zakonie, czego nie czuję się upoważniony w tym miejscu powtarzać. O zdolnościach w sferze terapii ziołami mówił, że właściwości lecznicze lub szkodliwe roślin po prostu wyczuwa. W niezrozumiały dla niego sposób wie, na co poszczególne zioła pomagają i jak je trzeba stosować. Któregoś dnia po lunchu poprosił mnie o zdjęcie. Podałem swój paszport. Przyglądał mu się przez chwilę, a potem zapytał:

- Nie masz innego zdjęcia?

Wyciągnąłem legitymację służbową.

- Nie, daj z powrotem paszport - zażyczył sobie. Znów przyglądał się mojej fotografii, a potem oznajmił:

- To dziwne, widzę tu trzy bardzo różne osoby… Chłopka-roztropka, który do trzech nie umie zliczyć, wnikliwego naukowca o rozwiniętej intuicji, a także organizatora, który nie próbuje się wybić. Nie powiem do czego dojdziesz, ale… bogaty nie będziesz.

A po chwili kontynuował:

- Widzę cię w dużym niebezpieczeństwie. Wyglądasz na kilkanaście lat. Jesteś uczepiony między dwoma wagonami jadącego małego pociągu. Jest zima, dookoła dużo śniegu. Prawą reką trzymasz się ukośnego pręta przy wagonie. Nie masz rękawic, twoje ręce zmarzły. Boisz się, że nie wytrzymasz do następnej stacji.

Oniemiałem, gdyż wydarzenie to dobrze pamiętam do dziś. W tamtym okresie dojeżdżałem do szkoły w Nowym Tomyślu koło Poznania wąskotorówką, tzw. ciuchcią. Pewnej nocy spadł obfity śnieg i torów nie zdołano oczyścić, w rezultacie czego skład w pewnym momencie utknął na szlaku. Wysiedliśmy z niego, by pómoc usunąć śnieg, po czym maszynista, chcąc nabrać rozpędu, szybko ruszył. Nie mogłem wskoczyć na stopnie wagonu, bo nie było na nich miejsca, stali tam inni pasażerowie. Pozostał zderzak między wagonami, gdzie prawą ręką uchwyciłem się ukośnego pręta. Myślałem, że nie wytrzymam do następnej stacji i wpadnę pod pociąg, ale wszystko ostatecznie zakończyło się szczęśliwie.

Fot. 3

Wanda Konarzewska, badacz z Waszyngtonu p.Bird, Marian Wasilewski, szwedzki dziennikarz o nazwisku, nomen omen Nobel, ojciec Klimuszko i trójka polskich uczestników Kongresu.

Upłynęło trochę czasu, zanim ojciec Klimuszko zaczął znów mówić.

- Teraz masz chyba rok. Siedzisz na dworze w wózku dziecięcym … On jest wykonany z jakichś patyków, kółka są wycięte z okrągłego pnia. Przy tobie nie ma nikogo. Właśnie podbiega biała koza i rogami przewraca wózek. Chce się bawić, a ty jesteś tak przerażony, że nawet nie płaczesz.

Tego, niestety, pamiętać nie mogłem. Gdy jednak po powrocie do Polski odwiedziłem później moją starszą siostrę mieszkającą w Kołobrzegu i opowiedziałem jej wizję jasnowidza, zakrzyknęła:

- Maryś, przecież ja to widziałam! Zaczekaj, chyba mam gdzieś fotografię całej rodziny i ciebie w tym wózku.

Wróćmy jednak do Monte Carlo. Po kilku dniach ojciec Klimuszko stał się wśród uczestników Kongresu osobą bardzo popularną. Już nie mogliśmy spokojnie chodzić na lunch do mego hotelu. Nieustannie zatrzymywali go dziennikarze i fotoreporterzy. Pod koniec pobytu jasnowidz zwierzył się z zakłopotania, w jakie wprawiła go rozmowa z pewnym Chorwatem.

- Podał mi zdjęcie, a ja nie mogłem nic zobaczyć. Przecież nie będę blagował. Nazajutrz przyniósł inną fotografię. Powiedziałem, że jego ojciec jest ciężko chory. Odparł z uśmiechem, że to nieprawda, cieszy się dobrym zdrowiem. Uściśliłem mówiąc, że mam na myśli ojca biologicznego. Efekt okazał się piorunujący. Nie wolno mi było tego powiedzieć, zagalopowałem się.

Po zakończeniu Kongresu, gdy już opuściłem hotel, ojciec Klimuszko poprosił, abym przedłużył pobyt o jeden dzień i towarzyszył mu przy spotkaniu z żoną ambasadora USA we Francji. Była chora na raka i szukała ratunku. Powiedział:

- Zawracają mi głowę, cóż ja mogę pomóc? Jej obecność będzie tylko przeszkadzała, wystarczyłaby fotografia. Ale nie wypada odmówić. Możesz przespać się w moim hotelu, mam w pokoju dwa łóżka.

W drodze powrotnej do Polski rozmyślałem nad bogactwem zaprezentowanych na Kongresie wyników badań nad zjawiskami parapsychicznymi. Dziś wiele z nich jest znanych, ale wówczas były czymś nowym. Jednocześnie - ku swemu zdumieniu - cieszyłem się w duchu, że nie wygrałem w kasynie. Miałem bowiem przytłaczający sen: śniło mi się, że wróciłem z Monaco z pokaźną kwotą pieniędzy, lecz władze PRL nie uwierzyły w moją wygraną uważając, że jest to zapłata za jakąś działalność szpiegowską.

Z ojcem Klimuszką spotkałem się później kilkakrotnie w Polsce, głównie przy okazji jego odczytów. Podczas jednego ze spotkań żartobliwie naurągał mi za przesłanie pocztą do Klasztoru fotografii z Kongresu:

Czy wiesz, jaką burę otrzymałbym od moich przełożonych, gdyby te zdjęcia trafiły w ich ręce?

Z wielkim żalem przyjąłem wiadomość o jego odejściu na zawsze.

Czy jednak naprawdę na zawsze?

Mieszkałem we Wrocławiu. Pewnego dnia przyszedł do mego mieszkania dobrze zbudowany mężczyzna po czterdziestce o bardzo wyrazistych rysach twarzy. Dziś już nie pomnę jego nazwiska. Wiem tylko, że miał na imię Edward. Powiedział, że należy do grupy spirytystycznej i że na jednym z seansów za pośrednictwem medium przemówił do nich Czesław Klimuszko. Miał powiedzieć między innymi:

- Zawiadomcie tego lenia Wasilewskiego, że ma przestać zajmować się głupstwami. Powinien napisać o tym, co dzieje się w Polsce.

Ponoć podał też mój adres. Rzeczywiście pisałem wówczas w wolnych chwilach rozprawę o zmienionych stanach świadomości. Umówiłem się z panem Edwardem na spotkanie w mieszkaniu pewnego małżeństwa lekarzy. Było to gdzieś w okolicach Placu Grunwaldzkiego. Przyszedłem tam z moją żoną Grażyną. Gospodyni, z którą poznaliśmy się, dysponowała umiejętnością szybkiego przechodzenia w zmieniony stan świadomosci. Natomiast wspomniany pan Edward, który okazał się hipnotyzerem, wspólnie z dwudziestoletnim studentem (nazwiska nie pamiętam) pełnili rolę medium.

Fot. 4

Odczyt w sekcji fizyki. Na pierwszym planie Czesław Klimuszko, po jego prawej stronie autor publikacji.

Niestety, eksperyment był nieudany. Poddany hipnozie student pomimo kierowanych doń, moim zdaniem prawidłowych sugestii, nie odezwał się ani słowem. W końcu pani domu zadysponowała:

- Obudź go natychmiast, kontakt z Klimuszką jest dziś niemożliwy.

Następne spotkanie odbyło się w moim sąsiedztwie, na Szczepinie, w mieszkaniu pani Grażyny Stolarek. Oprócz niej ponownie uczestniczyli w nim pan Edward i ów student. Przebieg seansu protokołowała moja żona. Rolę medium pełniła pani Stolarek, a w stan zmienionej świadomości wprowadzono także studenta jako osobę wspomagającą. Po pewnym czasie medium odezwało się trochę zachrypniętym, niemal męskim głosem:

- No, Klimuszko, jestem z wami.

Kontaktowaliśmy się przez pana Edwarda. Zapytałem:

- Czy mógłbym upewnić się, z kim rozmawiamy? Klimuszko musi wiedzieć jak były ustawione szafki nocne w jego pokoju hotelowym w Monte Carlo.

W odpowiedzi usłyszałem wyraźnie poirytowany głos:

- Ty niedowiarku! Przyrosłeś do materii. Na wszystko musisz mieć materialne dowody. Szafki stały normalnie, jak wszędzie. Tracisz czas, jak ostatnio w Moskwie. Zamiast wysiadywać w miękkich fotelach, mogłeś tam rozejrzeć się za ludźmi szukającymi prawdy duchowej.

Rzeczywiście przed trzema tygodniami wróciłem z Moskwy, gdzie uczestniczyłem w Światowym Kongresie Stosowania Elektroniki w Górnictwie. Impreza ta została zbojkotowana przez Zachód z powodu wojny w Afganistanie. Z braku lepszych kandydatur niespodziewanie wybrano mnie przewodniczącym Sekcji Technologii Górniczej. Zajęcie to okazało się bardzo absorbujące czasowo, a fotele faktycznie były miękkie. Spośród osób obecnych na seansie o moim pobycie w Moskwie nie wiedział nikt a o pełnionej w czasie obrad Kongresu funkcji nie wiedziała nawet żona (nie było czym się chwalić).

Tymczasem Klimuszko kontynuował:

- Nie o tym jednak chciałem ci powiedzieć. Trzeba coś napisać o całej tej komunistycznej bredni. Ty możesz to zrobić. Miej zawsze przy sobie coś do pisania. Będę przekazywał myśli, pomogę. Niektórzy będą ci przeszkadzać.

Na to pan Edward:

- Czy możemy go jakoś ochraniać?

- Nic nie róbcie, on sam dobrze się broni - padła odpowiedź.

Na tym seans zakończył się…

Fot. 5

Rok 1930. Autor wspomnienia (w wózku) w otoczeniu najbliższej rodziny.

Wkrótce wyjechałem z rodziną do USA. To był właściwie wyjazd turystyczny, choć oficjalnie posłużyłem się argumentem konieczności zebrania materiałów do pracy naukowej. Władze PRL chętnie wydały nam paszporty, bo w Polsce byłem dla nich osobą niezbyt wygodną. I właśnie tam zastał nas stan wojenny, jaki ogłoszono w Polsce 13 grudnia 1981 r.

To dziwne, ale czułem potrzebę zastosowania się do zaleceń księdza Klimuszki. Wkrótce napisałem i wydałem w języku polskim oraz angielskim małą książkę “Psychiczne źródła komunizmu”. W urzeczywistnieniu tego zamysłu, zarówno pod względem edytorskim jak i finansowym, pomogło mi wiele osób. Wszystko przebiegło tak sprawnie, jakby było sterowane niewidzialną ręką. W USA otrzymałem azyl polityczny, a później przyznano mi obywatelstwo tego kraju i pozostałem w nim na stałe, choć nadal jestem i czuję się Polakiem.

powrót na górę ^